O pożytkach z teologii w życiu

Po co teologia komuś, kto nie będzie zajmował się nią zawodowo, np. wykładał na uczelni? Jakie są pożytki z teologii w życiu? Po co studiować teologię, albo przynajmniej nią się interesować, jeśli nie ma się zamiaru być (albo ma się zamiar, ale z różnych względów nim się nie będzie) nauczycielem akademickim?

W poszukiwaniu odpowiedzi zwróćmy się do myśliciela, który z wiarą bywał na bakier, ale w tym wypadku podsuwa pewne tropy. Otóż Leszek Kołakowski zauważa: Wiara może się obejść bez teologii. Ale wiara nie może też żądać likwidacji teologii. Trudno zabronić ludziom, żeby zastanawiali się nad sensem swojej wiary, żeby się nią interesowali lub usiłowali odpowiadać przeciwnikom i krytykom. Na próżno by oczekiwać, że popularne wśród erazmian zalecenie: „Wierzymy w Pismo takie, jakie jest, nie spierając się o znaczenie teologiczne tego czy innego zdania”, da się rzeczywiście zastosować. Jeśli sama wiara nie wymaga i nie tworzy teologii, teologia rodzi się w sposób naturalny, kiedy zderzają się różne mity [Kołakowski nie traktuje mitu jako baśni – R.M.R.] lub kiedy mit zostaje zaatakowany przez oświecenie. Teologia to przede wszystkim sposób, w jaki mit broni się przed wrogami, a dopiero potem sposób, w jaki próbuje zrozumieć sam siebie; pragnienie zrozumienia samego siebie jest zapewne również pochodną konieczności obronienia się[1].

Twierdzeniem, że wiara może obejść się bez teologii, zajmę się dalej, na razie zwróćmy uwagę na dwa wskazane przez Kołakowskiego aspekty: odpowiedź krytykom i przeciwnikom (filozof uważa go za podstawowy) oraz sposób zastanawiania się nad swoją wiarą. Na boku pozostawmy problem, który z rodzajów teologii jest wcześniejszy, nie wydaje się on szczególnie istotny.

1. Odpowiadać na krytykę, ale z głową

Św. Piotr w swoim liście domaga się obrony chrześcijańskiej nadziei: Pana zaś Chrystusa uznajcie w sercach waszych za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest (1P 3, 15). Czy można jednak odpowiadać na krytykę wiary bez odwołania do teologii? Owszem, można. Wszak nie brakuje takich, którzy z zapałem udowadniają, że świat liczy sobie około sześciu tysięcy lat, że ludzie i dinozaury żyli w jednym czasie, że Bóg stworzył świat w ciągu sześciu dni. Mają też nadzieję, że pewnego dnia darwinistyczny mit zostanie uznany jako największe oszustwo w historii nauki[2], że zostanie wyrzucony na śmietnik nauk biologicznych. Na pewno wyświadczają oni dużą przysługę Richardowi Dawkinsowi, niekoniecznie samej wierze. Nikt nigdzie nie domaga się bowiem, by obrona naszej nadziei była irracjonalna. Jeśli ma ona mieć sens i być możliwa do przyjęcia dla przeciwników chrześcijaństwa, takich jak Dawkins, to musi uwzględniać to, że np. nowe zdobycze nauki każą nam uznać, iż teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą (Jan Paweł II)[3]. Oczywiście nie oznacza to, że nasza wiara ma być uzależniona od teorii naukowych, zmieniać się za każdym razem, gdy pojawi się nowa teoria (Michał Heller wskazuje, że obecnie nowy spór między wiarą a nauką – pierwszy dotyczył kosmologii, czyli systemu heliocentrycznego Mikołaja Kopernika, a drugi teorii ewolucji Karola Darwina – który chyba przyćmi, a przynajmniej powinien przyćmić debatę wokół ewolucji, wynika z rozwoju zajmujących się ludzkim mózgiem nauk neurokognitywnych. Poznajemy coraz więcej zakamarków ludzkiego mózgu i powstaje pytanie, czy dzięki temu da się nam wszystko wyjaśnić[4]), ale nie może też traktować ich jak oszustwa. To „uzgodnienie” teorii ewolucji z wiarą wymaga poważnego namysłu nad danymi naukowymi oraz danymi wiary, przede wszystkim Pismem Świętym. To dzięki teologii (a może raczej biblistyce, ale trudno wyobrazić sobie teologa, który nie odwoływałby się do jej dokonań) możemy powiedzieć, że nie jest konieczne literalne rozumienie Pisma Świętego. Wiemy, że w autorzy biblijni posługiwali się określonymi gatunkami literackimi, że korzystali z dorobku ościennych ludów, żeby wyrazić swoje przesłanie, którym w wypadku Księgi Rodzaju nie było przekazanie informacji naukowych na temat powstania świata i człowieka, ale wyrażenie prawdy, że człowiek pochodzi od Boga, podobnie jak, czczone przez różne ludy, ciała niebieskie, a także uzasadnienie świętowania szabatu. To dzięki teologii człowiek wierzący nie musi wpadać w panikę na wieść, że jest mało prawdopodobne, by gdziekolwiek i kiedykolwiek istniał biblijny Eden. Jak stwierdza Wacław Hryniewicz: Samo prawdopodobieństwo monogenizmu biologicznego zostało mocno zachwiane. Za wysoce prawdopodobną uważa się możliwość pochodzenia ludzkości – w obrębie jednej populacji – od więcej niż jednej pary. Przykładem może być ewolucja poglądów wybitnego teologa Karla Rahnera. Najpierw bronił on biologicznego i teologicznego monogenizmu, a po kilkunastu latach dowodził, że nie istnieje żaden motyw, który zobowiązywałby Magisterium Kościoła do mieszania się w kontrowersje na temat poligenizmu. Podmiotem grzechu pierworodnego może być bowiem ludzkość prehistoryczna, humanitas originans, złożona z więcej niż jednej pary ludzkiej[5]. I dalej: Teolog nie musi za wszelką cenę bronić ani monogenizmu, ani poligenizmu. Uzasadnionym dezyderatem w odniesieniu do nauki o grzechu pierworodnym jest wszakże to, aby nie pojmować solidarności ludzi w grzechu w świetle założeń czysto biologicznych. W ten sposób podważalibyśmy wiarygodność tej nauki, która ma charakter ściśle teologiczny, w gruncie rzeczy niezależny od różnych teorii homogenezy. Samo zagadnienie mono- i poligenizmu oraz jego rozstrzygnięcie należą przede wszystkim do kompetencji nauk przyrodniczych. Jak dotąd nie mamy jednoznacznych i wiążących danych o samych początkach dziejów ludzkości. Z teologicznego punktu widzenia istotne znaczenie ma biblijna nauka o jedności rodzaju ludzkiego i niezmiennej życzliwości Stwórcy wobec wszystkich ludzi. Nawet zadowalające rozwiązanie problemu mono- i poligenizmu nie dodałoby tym samym egzystencjalnego znaczenia samej nauce o upadku pierwszych ludzi[6]. Chrześcijanin nie musi więc wystawiać siebie na razy przeciwników, uchodzić za intelektualnego ekstremistę, a w tym, żeby tak nie było, może mu pomóc i pomaga teologia.

2. Zrozumieć, by wierzyć

Drugi wskazany przez Kołakowskiego wymiar teologii to refleksja nad tym, w co się wierzy. Tak też klasycznie definiują ją chrześcijańscy teologowie: wiara szukająca zrozumienia (fides quaerens intellectum – formuła Anzelma z Canterbury (1033–1109)). Współcześni teologowie są też w zasadzie zgodni, że każdy, kto zastanawia się nad swoją wiarą, jest już teologiem[7]. Co więcej, taki pogląd wspierał papież Benedykt XVI: Jak potwierdzili Ojcowie Kościoła, każdy kto kocha Boga jest przynaglony, by stać się w pewnym sensie teologiem, człowiekiem który rozmawia z Bogiem, który myśli o Bogu i próbuje myśleć razem z Bogiem[8]. Teologowie zwracają uwagę na ten właśnie wskazany przez papieża osobowy aspekt teologii (chociaż może w niedostatecznym stopniu), czyli na to, że jest ona nie tylko nauką posługującą się podobnymi metodami jak inne nauki, ale również refleksją nad spotkaniem człowieka z Bogiem, rozmową z Bogiem, na to, że to Bóg jest jej pierwszorzędnym przedmiotem. Czy można by więc zdefiniować teologię w inny sposób niż jako wiarę szukającą zrozumienia, tak by uwypuklić ten aspekt spotkania z Bogiem?

Jest wiele różnych definicji teologii. Chciałbym odwołać się do własnej, nawiasem mówiąc, sformułowanej w książce o tytule Każdy jest teologiem: w ścisłym sensie to taka racjonalna ludzka rozmowa o spotkaniu z objawionym Bogiem, w której uczestniczy sam Bóg[9]. Staramy się zrozumieć swoje spotkanie z Bogiem, staramy się zrozumieć, z Kim się spotykamy, Kim jest ten, który do nas przemawia, do którego się modlimy, z którym rozmawiamy. Rzecz musimy najpierw zrozumieć i przemyśleć, by rozmawiać, by móc to zakomunikować innym. Mówienie o czymś, o czym nie ma się pojęcia, czego się nie przemyślało, z reguły kończy się katastrofą. Ostatecznie teologia nie jest refleksją pojedynczego człowieka, ale wielu ludzi, nas wszystkich, którzy staramy się zrozumieć, w co wierzymy. Teologia, a zatem zrozumienie, w co się wierzy, rodzi się właśnie w rozmowie, dialogu.

Niezależnie jednak od tego, jak zdefiniuje się teologię, trzeba pamiętać, iż istotne jest to, że teologia, mimo że podobna do innych nauk, znacząco też od tych nauk się różni ze względu na swój przedmiot, wobec którego teolog wręcz nie może zachowywać chłodnego naukowego dystansu[10].

3. Po co studia, skoro każdy jest teologiem?

Skoro każdy w jakimś sensie jest teologiem, to czy potrzeba studiować teologię? Owszem, konsekwencją zaproponowanej przeze mnie definicji teologii jest przekonanie, że niekiedy teologiem bardziej może być święty, pisarz, malarz czy prosty człowiek niż przesiadujący w mrokach bibliotek naukowiec z pasją zgłębiający problem x u autora Y. Jest to jednak przekonanie bardzo starochrześcijańskie, gdyż, jak stwierdza Ignacy Bokwa, w początkach chrześcijaństwa miano teologów przysługiwało tym najwybitniejszym – świętym, mistykom, co do których wierzono, że widzą Boga oczyma swojej duszy, wchodzą w kontakt ze Świętą Rzeczywistością za pomocą swoich duchowych zmysłów. Takie też wymagania stawiano duchowym przewodnikom – starszym gminy, biskupom. Wynikało to z prostego, ale głęboko uzasadnionego przekonania, że mówić o Bogu może tylko ten, kto pozostaje z Nim w żywym kontakcie, kto się wsłuchuje w Świętą Tajemnicę, by potem próbować mówić o Niej tym, którzy są na drodze ku temu doświadczeniu[11]. Niebezzasadne jest więc pytanie, czy przypadkiem bardziej teologami nie byli Krzysztof Kieślowski, Jerzy Nowosielski czy nawet Leszek Kołakowski, którzy mówili o swoim spotkaniu z Bogiem, niż zawodowi teologowie piszący prace naukowe na ich temat.

Tyle, że dzisiaj jest chyba o wiele trudniej niż w czasach Orygenesa, który zwalczał tezy przeciwnika chrześcijaństwa Celsusa, a któremu, by to robić, w zasadzie wystarczyła znajomość filozofii i kultury greckiej[12]. Chrześcijaństwo i wiara są bowiem atakowane nie tylko przez demagogów pokroju R. Dawkinsa, ale również przez nauki szczegółowe, a także przez nauki biblijne, których przedstawiciele na podstawie analizy tekstu biblijnego są w stanie zakwestionować każde twierdzenie wiary, łącznie z tym, że Jezus z Nazaretu naprawdę istniał. Warto wspomnieć, że wśród polskich ateistów najczęstszym powodem odejścia od Kościoła (54%) jest „naukowa interpretacja rzeczywistości”[13]. Bez poznania przynajmniej podstawowych metod i zarzutów naukowców zajmujących się Biblią wiara może rozsypać się jak domek z kart pod wpływem Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna. Jeszcze groźniejsze mogą być dla wiary, która nie zetknęła się z teologią akademicką, badania biblistów będących przedstawicielami Third Quest (trzeciej fali badań nad Jezusem historycznym). Trzeci etap poszukiwań Jezusa historycznego narodził się w ostatnich latach XX stulecia i stanowił reakcję na wcześniejsze podkreślanie różnic między Jezusem a współczesnym Mu judaizmem (dzięki czemu można było dostrzec Jego oryginalność, nadzwyczajność). Przedstawiciele tego nurtu, na przykład Geza Vermes czy John D. Crossan, podkreślają, że owe różnice nie były aż tak wielkie, i dlatego opisują oni Jezusa jako Żyda swoich czasów. Badacze ci z góry rezygnują z teologii (boskości Jezusa), interesuje ich jedynie historia (Jego człowieczeństwo). Często mniej zajmują się Nowym Testamentem, bardziej zaś rękopisami z Qumran, żydowską literaturą międzytestamentalną, apokryfami… Wnioski, które formułują uczeni należący do tego nurtu badań, często zaskakują, bo mogą być np. takie, że Jezus był jedynie typowym prorokiem apokaliptycznym, który się pomylił (np. Ed Sanders, Dale Allison)[14]. Zetknięcie się z tego rodzaju twierdzeniami może być poważnym wyzwaniem dla wiary. Warto więc znać metody i ograniczenia Third Quest. Warto wiedzieć, do czego odwołują się krytycy wiary, gdy twierdzą, że Jezus był zwykłym prorokiem apokaliptycznym, warto znać całą dwustuletnią historię poszukiwania Jezusa historycznego. Bez jej znajomości, a tę dają, czy powinny dawać, studia teologiczne, nawet argumenty prymitywnego ateizmu mogą okazać się poważnym wyzwaniem dla wiary.

Ale jeśli teologia to rozmowa o spotkaniu z objawionym Bogiem, to trzeba zauważyć, że zawodowi teologowie posługują się w niej specyficznym językiem, który w pierwszej chwili może skłonić do odrzucenia ich książek jako zupełnie niezrozumiałych. Powołajmy się na przykład jednego z największych teologów XX w. Karla Rahnera. Używał on terminów niezrozumiałych nie tylko dla obcokrajowców, ale i dla rodowitych Niemców: pytalność; być-u-siebie-samego; niewyznaczalność granic; to, ku czemu. Do tego poszczególne zdania to, ze względu na ich ciąg logiczny i to, że są one rozwijającą się i pogłębiającą interpretacją, to małe traktaty[15]. Dodać można, że taki styl pisania częstokroć znajduje naśladowców wśród współczesnych teologów. Oczywiście przykład K. Rahnera można uznać za skrajny, a postulat pisania w sposób jak najbardziej zrozumiały zachowuje moc, ale nie oszukujmy się, że wszystko w teologii da się powiedzieć prosto i bez odwoływania się do skomplikowanych pojęć. Kościół pierwszych wieków włożył gigantyczny wysiłek, by za pomocą najlepszych ówczesnych pojęć, precyzyjnych terminów wyrazić istotę naszej wiary. Dlatego ciągle najistotniejsze prawdy naszej wiary, zawarte chociażby w Credo, które recytujemy w kościele w niedziele i święta, wyrażamy w tych terminach. Dogmat chrystologiczno-trynitarny formułujemy, mówiąc o jednaj osobie i dwóch naturach (boskiej i ludzkiej) Jezusa Chrystusa, trzech osobach Trójcy Świętej i jednej naturze. Są oczywiście próby wyrażenia tych prawd wiary, np. dogmatu trynitarnego, w języku bardziej współczesnym i odpowiadającym mentalności współczesnego człowieka. Na przykład Karl Barth mówił o „jednym w trzech sposobach bycia” jako Objawiciel, Objawiony i Objawiany, Karl Rahner zalecał mówienie o trzech „różnych sposobach subsystencji”. Bruno Forte proponował, by jedność Boga pojmować jako jedną i jedyną Miłość rozumianą dynamicznie. Miłość ta jest Bogiem jedynym, choć w Trójcy rozróżniającym się na Kochającego, Kochanego i Miłość osobową. Ciągle jednak żadna z tych prób nie spotkała się z szerszą akceptacją i w zasadzie cięgle w naszym pojmowaniu dogmatów opieramy się na pojęciach z pierwszych wieków naszej ery. Zrozumienie podstaw teologii, żeby rozumieć swoją wiarę, jest więc jak najbardziej konieczne, jeśli nie ma ona być zupełnie aintelektualna. Warto również brać pod uwagę to, że współcześni teologowie odwołują się do współczesnych filozofii i nauk szczegółowych, które to również posługują się swoistą terminologią. Jeśli zatem teologia akademicka nie ma być zarezerwowana dla wąskiego grona wtajemniczonych (a z powodów, o których wspominałem, czyli dlatego, że ma ona odpowiednie narzędzia do odpierania zarzutów wobec wiary, nie powinno tak się stać) konieczne jest poznanie terminologii teologicznej i metod stosowanych w tej dziedzinie.

Stare uczelniane porzekadło mówi, że na teologii dogmatycznej traci się wiarę, na moralnej – cnoty, a na prawie kanonicznym – czas. W świetle tego, co zostało powiedziane, zaprzeczę przynajmniej pierwszej części tego twierdzenia: na teologii, a zwłaszcza na dogmatycznej, wiarę się zyskuje, co więcej, wiarę umocnioną i racjonalną. A zwłaszcza zyskuje się Boga, o czym za chwilę.

4. Czy do poznania Boga nie wystarczy modlitwa?

Wyniszczę mądrość mędrców i udaremnię roztropność roztropnych (1 Kor 1, 19 BPaul; por. Iz 29, 14); Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom (Mt 11, 25) – czy takie słowa Pisma Świętego nie zdają się świadczyć o tym, że istota wiary rzeczywiście zakryta jest przed tymi, którzy usiłują ją zrozumieć, a dostępna ludziom prostym, których przeżywanie wiary sprowadza się do „klepania” pacierzy i nie ma związku z refleksją intelektualną? Może teolog, mimo napisania wielu książek i artykułów na temat wiary, jest dalej od Boga niż osoba z różańcem w ręku? Czujemy, że ludzie oddający się modlitwie, a nie teologicznym spekulacjom mogą osiągnąć pewnego rodzaju wyższy stopień zbliżenia do Boga, niż ten dostępny dzięki naukowo zorganizowanej refleksji, że babcia z różańcem w ręku zbawić się może łatwiej niż teolog. W wielu przypadkach to przekonanie okazuje się słuszne, i nie chodzi tu tylko o to, że – jak mówi Joseph von Eichendorff – teologowie, ponieważ przestali wierzyć, zaczęli o wierze filozofować[16]. Żydowski myśliciel Abraham J. Heschel wskazuje na inną wartość drogi modlitwy: Co więcej, modlitwa może prowadzić do wglądu; często ubogaca nas rozumieniem, jakiego nie można by osiągnąć na drodze spekulacji. Nasze najgłębsze olśnienia, decyzje i postawy rodzą się w chwilach modlitwy. Często tam, gdzie zawodzi refleksja, sukces odnosi modlitwa. Tym, czym myślenie jest dla filozofii, modlitwa jest dla religii. Ale modlitwa może iść dalej niż spekulacja. Prawda świętości nie jest prawdą spekulacji – to prawda kultu[17]. Czy zatem zamiast zastanawiać się nad swoim spotkaniem z Bogiem i starać się je zrozumieć, należy się raczej modlić? Jedno drugiego nie wyklucza, co więcej, jedno drugie zakłada, a wyrazem tego są słowa Ewagriusza z Pontu: jeżeli jesteś teologiem, będziesz prawdziwie się modlił, a jeśli prawdziwie się modlisz, jesteś teologiem[18]. Na czym jednak polega związek między prawdziwą modlitwą a byciem teologiem?

Odwołajmy się do Klemensa Aleksandryjskiego, który sformułował klasyczną definicję modlitwy: Jest zatem modlitwa, żeby się wyrazić tak zuchwale, rozmową z samym Bogiem. Choćbyśmy nawet tylko szeptem lub nawet nie otwierając ust przemawiali samym tylko milczeniem, w głębi duszy krzyczymy. Przecież Bóg słyszy bez żadnej przeszkody wewnętrzny głos naszego serca (Kobierce VII: 39, 6). Lubimy powtarzać tę definicję, nie wnikamy jednak specjalnie w jej głębię. Tymczasem jak zauważa Józef Naumowicz: Ta prosta formuła ujawnia swą głębię, jeżeli zwróci się uwagę na bogate znaczenie greckiego terminu homilia (przetłumaczonego tu jako „rozmowa”). Nie określa on jedynie słownego wyrażenia swoich myśli czy wymiany zdań. Oznacza także: obcowanie, spotkanie, miłosny dialog. Dlatego definicję modlitwy lepiej można przetłumaczyć jako „obcowanie z samym Bogiem”[19]. Jeśli modlitwa to obcowanie z Bogiem, nie dziwi, że może ona odnosić większe sukcesy niż refleksja. Ale Ewagriusz trafnie wskazuje, że teologia (dodajmy: jeśli rozumiemy ją jako refleksję nad naszym spotkaniem z Bogiem) mówi w gruncie rzeczy… o modlitwie, która jest spotkaniem z Bogiem. Teologia i modlitwa w gruncie rzeczy są ze sobą ściśle związane i jedna nie istnieje bez drugiej. Przeciwstawianie ich jest więc w gruncie rzeczy nieporozumieniem.

5. Podsumowanie

Z tego, co zostało powiedziane, wynika więc, że pożytków bycia teologiem, nawet nieuczelnianym, jest całkiem sporo, może nawet więcej, niżbyśmy się spodziewali. Jestem przekonany, że na tyle dużo, by każdy wierzący chciał nim być. Dzięki teologii możemy racjonalnie bronić swojej wiary, możemy starać się ją zrozumieć, możemy rozmawiać z innymi, którzy starają się ją zrozumieć, nawet teologami zawodowymi, i – co najważniejsze – możemy przestawać z Bogiem. Który z tych aspektów bycia teologiem będzie dla nas najważniejszy, zależy wyłącznie od każdego z nas. Ale najistotniejsze jest to, że teologia nie jest fanaberią, na którą mogą czy powinni pozwolić sobie nieliczni. Można tu odwołać się do Karla Rahnera, który zauważył, że konieczność teologii świeckiej wynika nie tylko z doraźnych potrzeb (brak księży), ale przede wszystkim z podstawowej, lecz nie dość wyraźnie uświadamianej, równości wszystkich chrześcijan wobec teologii, która jako taka nie powinna być w chrześcijaństwie zajęciem zastrzeżonym dla garstki uprzywilejowanych[20]. Teologiem powinien więc być każdy z nas, nawet jeśli nie będzie to dla niego zawód.

[1] L. Kołakowski, Jezus ośmieszony, Kraków 2014, s. 102n.

[2] Por. W. Polok, Darwinizm – fakty czy mity?, „Znaki Czasu” 5/09, (cyt. za: http://znakiczasu.pl/o-tym-sie-mowi/133-darwinizm-fakty-czy-mity [dostęp: 12.03.2015]).

[3] Przesłanie do Papieskiej Akademii Nauk z 22 października 1996 r.

[4] Por. Ks. prof. Heller: nauka rozszyfrowuje zamysł Boga (cyt. za: http://www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/ks-prof-heller-naukowiec-zdecydowanie-wierzy-w-boga,8732926314 [dostęp: 22.03.2015]).

[5] W. Hryniewicz, Wiara rodzi się w dialogu, Kraków 2015, s. 196.

[6] Tamże, s. 197.

[7] L. Balter, Teologia polska między Zachodem a Wschodem, w: Teologia polska na XXI wiek, K. Góźdź, K. Klauza (red.), Lublin 2005, s. 19; por. Teologia to sport ekstremalny. Rozmowa z ks. Grzegorzem Strzelczykiem, „W drodze”, 423 (2008) nr 11 (cyt. za: http://archiwum.wdrodze.pl/archiwum/?mod=archiwumtekst&id=11768 [dostęp: 4.09.2011]).

[8] Przemówienie Ojca Świętego Benedykta XVI do Międzynarodowej Komisji Teologicznej, 3 grudnia 2010 (cyt. za: http://wsj.org.pl/print.php?type=N&item_id=16 [dostęp: 12.03.2015]).

[9] R.M. Rynkowski, Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii, Kraków 2012, s. 20.

[10] Por. tamże, s. 16n.

[11] I. Bokwa, Przedmowa, w: R.M. Rynkowski, Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii, Kraków 2012, s. 7.

[12] Por. Orygenes, Przeciw Celsusowi, (tłum., wstęp, objaśnienia i indeksy S. Kalinkowski, Warszawa2 1986.

[13] R. Tyrała, Konwersja na niewiarę w polskiej rzeczywistości. Uwarunkowania, przebieg, konsekwencje, „Przegląd Religioznawczy” 250 (2013) nr 4, s. 184.

[14] Por. D. Kot, Jezus zapomniany: prorok apokaliptycznego Królestwa, „Znak” 691 (2012) nr 12, s. 22–28.

[15] Por. I. Bokwa, Wprowadzenie do teologii Karla Rahnera, Tarnów 1996, s. 85–89.

[16] Cyt. za: T. Zatorski, „Wiemy zbyt wiele”. Czy teolog może nie być ateistą?, „Znak” 705 (2014) nr 2, s. 34.

[17] A.J. Heschel, Człowiek szukający Boga. Szkice o modlitwie i symbolach, Kraków 2008, s. 100.

[18] Filokalia. Teksty o modlitwie serca, wstęp, tłum. i oprac. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 81.

[19] J. Naumowicz, Tajemnica spotkania i miłości, (cyt. za: http://www.katolik.pl/tajemnica-spotkania-i-milosci,870,416,cz.html [dostęp: 11.09.2014]).

[20] K. Rahner, Teologia świecka (hasło), w: K. Rahner, H. Vorgrimler, Mały słownik teologiczny, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1987, s. 487.

KONFERENCJA_PLAKAT_OST

3 myśli nt. „O pożytkach z teologii w życiu

  1. Tomasz Szczepański

    Pozwolę sobie nie zgodzić się z przedstawionymi spostrzeżeniami. W powyższym artykule podejście do wiary zostało niejako spolaryzowane. Na jednym biegunie znalazły się osoby wierzące „ślepo”, bez zrozumienia, a nawet bez zastanowienia. Na drugim natomiast osoby wierzące „trzeźwo”, konfrontujące wiarę z nauką. Niemiałbym nic przeciwko takiemu podziałowi, gdyby nie łączyć tych dwóch grup nierozerwalnie z innymi cechami. Otóż pierszej grupie została przypisana literalna interpretacja Biblii, a drugiej grupie interpretacja krytyczna. Osobiście twierdzę, że takie przypisanie nie jest uzasadnione. Równie dobrze „trzeźwo wierzący” mogą konfrontować wiarę z nauką i na podstawie dociekań teologiczno-naukowych dowodzić literalności przekazu Biblijnego. Z drugiej strony osoby „ślepo wierzące” mogą bez głębszej analizy przyjmować popularne twierdzenia naukowe jako pewnik i po prostu godzić się na współistnienie pewnych sprzeczności.

    Odpowiedz
    1. Robert M. Rynkowski Autor wpisu

      Oczywiście różne postawy mogą mieć miejsce, różne przypadki mogą się zdarzać. Wszelkie próby podziału, nazwania określonych zjawisk zawsze narażone są na to, że nie obejmą wszystkich możliwych przypadków. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej w jakiejś mierze jest Pan w stanie się zgodzić z główną tezą tekstu: że zajmowanie się teologią jest zajęciem pożytecznym dla wiary i życia.

      Odpowiedz
      1. Tomasz Szczepański

        Dziękuję za odpowiedź i oczywiście potwierdzam, że z główną tezą jak najbardziej się zgadzam. Ponadto zgadzam się z sugestią, żeby w rozważaniach teologicznych wykorzystywać zdobycze nauki (choć osobiście podchodziłbym do owych zdobyczy z pewną ostrożnością). Pozdrawiam serdecznie.

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *