Duch ludzkiego cierpienia

Wiez Robert M. Rynkowski, Duch ludzkiego cierpienia, „Więź” 478 (1998) nr 8, s. 98–107.

Nie ma chyba ludzi, którzy by nigdy w życiu nie cierpieli. I chociaż są różne rodzaje cierpienia i rozmaite stopnie jego intensywności, to jednak każdy ma jakieś o nim pojęcie. Jeśli bowiem ktoś cierpiał nawet tylko w niewielkim stopniu, to przez porównanie może sobie uświadomić, jak straszne musi być doświadczenie wielkiego cierpienia. Dlatego normalny człowiek nie może przejść obok niego obojętnie. Mimo to da się zauważyć, iż cierpiący często „odpychają” od siebie innych ludzi właśnie dlatego, że cierpią. Przy tym zazwyczaj nie jest to ich świadome działanie, wynikające, na przykład, z tego, że zazdroszczą innym szczęścia. Bywa tak, że wprawdzie bardzo im współczujemy, ale wolelibyśmy się z nimi nie spotykać, nie słuchać ich skarg. Wypada bowiem w jakiś sposób ich pocieszyć, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Tyle że łatwo uczynić tak wobec kogoś chorego na grypę. Ale co powiedzieć ludziom cierpiącym z powodu nieuleczalnych chorób, jak pocieszyć rodziców, którzy właśnie stracili swoje dziecko? Co powiedzieć dzieciom, które z pewnością cierpią niewinnie? Jak odpowiedzieć na ich pytanie: dlaczego?

Bezradność wobec tych pytań każe wielu ludziom unikać cierpiących i cierpienia. Dochodzą oni do wniosku, że należy jak najmniej nim się zajmować, dopóki samemu się nie cierpi. Starają się w jak największym stopniu uprzyjemnić sobie życie, a gdy stanie się ono – w wyniku cierpienia – nieznośne, po prostu je przerwać. Postawa ta jednak nie jest to z pewnością rozwiązaniem problemu, a jedynie ucieczka od niego, która nie czyni życia łatwiejszym, nie niesie bowiem cierpiącym pocieszenia i nie ułatwia znoszenia bólu, a tylko każe go unikać, co w praktyce jest niemożliwe do osiągnięcia: prędzej czy później każdy z nim się styka.

Dlatego innym ludziom rozum, który potrafił wyjaśnić już tyle zagadek, każe szukać jakiegoś wytłumaczenia w nadziei, że i z tą tajemnicą sobie poradzi. Dla człowieka przyjmującego istnienie Boga, często pierwsza odpowiedź, jaka się nasuwa, brzmi: cierpienie jest zsyłaną przez Niego karą za popełnione przez ludzi grzechy. Przekonanie to ma bardzo starą tradycję. Za nieposłuszeństwo i obrazę cierpieniem karali bogowie religii pogańskich czy Bóg Starego Testamentu. Również Bóg chrześcijan był i jest, zwłaszcza w religijności ludowej, w ten sposób postrzegany: przyczyną ludzkich cierpień jest złe życie, odejście od Boga, zaprzestanie praktyk religijnych. Z pewnością nie jest to przekonanie bezpodstawne i irracjonalne, gdyż każdy realnie patrzący na siebie człowiek wie, iż uczynił wiele rzeczy zasługujących na potępienie i ukaranie. Taką świadomość mieli nawet najwięksi święci, więc jej obecność u innych nie powinna dziwić. Ale czy naprawdę przestępstwa naszych dziadków były tak wielkie, że musieli cierpieć i umierać w obozach koncentracyjnych? A czym zawiniły dzieci, które tam trafiły? Dlaczego właśnie one musiały doświadczyć wszystkich okropności wojny?

Cierpienie niewinnych jest najmocniejszym argumentem przemawiającym przeciw tłumaczeniu cierpienia jako słusznej kary zsyłanej przez Boga. Gdyby dotykał On nim niewinnych, z pewnością nie mógłby być nazwany dobrym czy sprawiedliwym. Dlatego w wieku, w którym ludzie doświadczyli tak wielu cierpień, wyjaśnienie to utraciło – jak się zdaje – swoją przekonującą moc. Jednak może ono przybrać inną, bardziej subtelną formę, sprawiającą, iż wydaje się, że ciągle jeszcze tę moc posiada.

1. Cierpienie jako próba

Angielski myśliciel chrześcijański, C. S. Lewis, w książce zatytułowanej Problem cierpienia starał się wykazać, że ludzie muszą cierpieć, ponieważ Bóg, kierowany miłością do nich, pracuje, by uczynić ich jej godnymi. Człowiek ma zły charakter i nie podąża do tego, co dla niego najlepsze, co dałoby mu szczęście. Poza tym ulega iluzji, że jest samowystarczalny, nie szuka w Bogu szczęścia, dopóki może je znaleźć gdzie indziej. Ta iluzja w najostrzejszej formie może występować u dobrych ludzi. Człowiek tylko wtedy może mieć świadomość, że robi coś ze względu na Boga, gdy jest to przeciwne jego naturalnym skłonnościom. To wszystko powoduje, że musi cierpieć i tak naprawdę prawdziwym problemem jest, dlaczego niektórzy dobrzy ludzie nie cierpią.[1] Jednak kiedy po ciężkiej chorobie umarła żona Lewisa, on sam w wydanej pod pseudonimem książeczce Smutek, przyznał, iż jego wiara to był „domek z kart”, który rozsypał się przy pierwszym podmuchu. Nie tylko nie okazała się ratunkiem przed bolesnym upadkiem, ale doprowadziła do postawienia pytania: czy rzeczywiście Bóg jest dobry? Autor przyznaje, że tak naprawdę nie wierzył i nie przejmował się smutkami innych ludzi. Wiara, która brała pod uwagę cierpienie, nie była wiarą, lecz wyobraźnią, „domkiem z kart”, bawiła się nieszkodliwymi żetonami opatrzonymi w napisy: „Choroba”, „Ból”, „Śmierć”, „Samotność”. Aby zacząć prawdziwie wierzyć, autor musiał zagrać o najwyższą stawkę; konieczne było przeżycie męki, by mógł znaleźć prawdę. Runięcie domku z kart było konieczne i im szybciej to się stało, tym lepiej. Dokonać tego mogło tylko cierpienie. Skoro zaś Bóg leczy cierpieniem, nie ma sensu prosić Go o łagodność. Jeśli jest On dobry, to cierpienia są konieczne, bo inaczej by ich nie dopuszczał.[2] Bóg znał jakość wiary Lewisa i nie musiał jej próbować. To on jej nie znał i jedynie zburzenie domku z kart mogło mu to uświadomić.[3] Dlatego myśliciel wyraża przekonanie, że Bóg jest nieubłagany, a ewentualna operacja bardziej bolesna niż można to sobie wyobrazić, a jednocześnie jest pewien, że wszystko będzie dobrze.[4]

Czy jednak cierpienie, które miało uleczyć Lewisa z błędnych wyobrażeń o sobie, rzeczywiście spełniło swoje zadanie? Przecież w gruncie rzeczy pozostał on przy swoich poprzednich poglądach. Nadal wierzył w Boga, który dla dobra człowieka leczy go bolesną kuracją, poddaje próbom, dotyka cierpieniem. W istocie Bóg ten jest odległy, nieubłagany i nie ma specjalnego sensu, by modlić się do Niego o złagodzenie cierpienia, tak jak nie ma sensu prosić lekarza, by przerwał bolesny zabieg. Jest to bardziej Bóg chłodnego racjonalisty, który rozwiązuje „problem cierpienia”, niż Bóg cierpiącego człowieka. Największy sprzeciw w takim obrazie Boga budzi to, że nie znajdziemy u Niego żadnych śladów współczucia dla swoich „pacjentów”. Rażące jest Jego oddalenie od cierpiących, nieuczestniczenie w życiu człowieka, nietowarzyszenie mu w jego zmaganiach z cierpieniem. Można odnieść wrażenie, iż ból człowieka wcale Go nie obchodzi, chociaż ma przecież służyć jego dobru. Przy tym Lewis, wyjaśniając i uzasadniając cierpienie swoje – a więc człowieka, który, w jego mniemaniu, błędnymi poglądami na nie zasłużył – nie wyjaśnił tym samym cierpienia niewinnych. Bo czy dziecko ma iluzję samowystarczalności albo niewłaściwe poglądy, przez co zasługiwałoby na cierpienie? Możliwość postawienia takiego pytania jest największą słabością teorii Lewisa, skłaniającą do poszukiwania innych rozwiązań. Nie oznacza to jednak, że była ona całkowitą pomyłką, którą jak najprędzej należy wymazać z pamięci ludzkiej. Dała ona bowiem pocieszenie swojemu autorowi, chociaż liczył się on z tym, że i tym razem może to być tylko domek z kart. W gruncie rzeczy wyjaśnienie to, podobnie jak to, które w cierpieniu widzi karę za grzechy, zostało stworzone właśnie po to, by pocieszać człowieka. Ma on dzięki niemu dostrzec, że cierpienie nie jest absurdem, że da się je wyjaśnić i że tak naprawdę służy ono dobru człowieka, który dzięki niemu uświadamia sobie swoje oddalenie od Boga i konieczność powrotu. Może wówczas mieć nadzieję, że radykalna odmiana stylu życia spowoduje powrót dawnego szczęścia. Czy jednak w dzisiejszych czasach da się w ten sposób pocieszać ludzi bardzo cierpiących, zwłaszcza tych cierpiących niewinnie?

Dla wielu z nich argumentacja tego typu może nie tylko nie być pocieszeniem, ale wręcz powodem buntu wobec Boga i Jego odrzucenia. Wymaga ona również jakiejś racjonalnej refleksji, a do tego ludzie przytłoczeni wielkim cierpieniem nie są często zdolni. Wiele wskazuje też na to, że nie chcą oni takich wyjaśnień, ale oczekują odpowiedzi na pytanie, dlaczego Bóg ich nie ratuje, czemu nie pomaga w ich zmaganiach. Przede wszystkim pragną pomocy, zwłaszcza z Jego strony. Dlatego przyzywają Go i domagają się usunięcia cierpienia, nawet jeśli wiedzą, że na nie zasłużyli. Nawet niewierzący w chwilach wielkiego cierpienia kierują do Niego swego rodzaju modlitwę. Dopiero gdy okazuje się, że ocalenie nie jest możliwe, oczekują usprawiedliwienia takiej postawy Boga i pocieszenia. Jednak często nie przychodzi ani jedno, ani drugie. Cierpiący pozostaje ze swoim cierpieniem, które znosi w samotności, jak mu się wydaje, opuszczony przez Boga i ludzi. Tak jak Chrystus może zawołać: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Czyżby więc Bóg naprawdę był nieczuły na cierpienia człowieka? Czy droga przez cierpienie musi być samotna? Czy nie można na niej zaznać żadnego pocieszenia prócz tego, że cierpienie jest karą za grzechy lub koniecznym doświadczeniem prowadzącym do dobra cierpiącego?

2. Cierpienie Boga

Negatywnej odpowiedzi na wszystkie te pytania udziela, zyskująca w ostatnim czasie coraz większy zasięg, teologia patrząca na problem cierpienia poprzez pryzmat cierpienia Boga. Niektórzy jej przedstawiciele twierdzą, że to nie Bóg odpowiada za cierpienia człowieka, gdyż większość z nich jest wynikiem złego użycia wolności przez ludzi, czemu On nie może zapobiec. Jego interwencja oznaczałaby bowiem pozbawienie człowieka wolności, która jest darem pierwotnym czyniącym ze stworzenia dzieci Boże, nie zaś niewolników. Jednak Bóg nie jest obojętny wobec cierpień człowieka, a wręcz przeciwnie: wszystkie one Go dotykają i są powodem Jego współcierpienia z ludźmi. To współcierpienie pochodzi z miłości, która nie może pozostawać obojętna wobec cierpienia osoby kochanej. Jednak nie oznacza to, że cierpienie Boga jest możliwe do zrozumienia. Pozostaje ono tajemnicą. Z pewnością jest inne niż ludzkie cierpienia, gdyż pochodzi z miłości i jest przyjęte dobrowolnie.[5]

Wprawdzie oficjalne nauczanie Kościoła wykazuje powściągliwość wobec teologii cierpienia Boga, ale w encyklice Dominum et Vivificantem Jan Paweł II stwierdza, że grzech człowieka wywołuje niepojęty i niewyrażalny ból w samym niejako sercu nieogarnionej Trójcy. Pojęcie Boga, jako Bytu absolutnie doskonałego, wyłącza z pewnością wszelki ból pochodzący z braku czy zranienia; jednakże w „głębokościach Bożych” jest miłość ojcowska (…). Najczęściej jednak Pismo Święte mówi nam o Ojcu, który współczuje człowiekowi, dzieląc jakby jego ból. Ostatecznie ów niezgłębiony i niewypowiedziany „ból” Ojca zrodzi nade wszystko całą przedziwną ekonomię miłości odkupieńczej w Jezusie Chrystusie (n 39). Słowa te świadczą o tym, że teologia Boga cierpiącego znajduje poparcie w nauczaniu papieskim[6]. Jednak jakie znaczenie może mieć ona dla człowieka doświadczanego cierpieniem? Otóż, pokazuje ona cierpiącym, że Bóg im współczuje, że jest wrażliwy ma ludzki ból. Chociaż często bezpośrednio nie może wyzwolić człowieka od niego, to jednak nie jest nań obojętny. Myślę, że świadomość takiego stosunku Boga do cierpienia może pomóc cierpiącym łatwiej znosić swoją trudną sytuację, i to tym bardziej że jest On – jako cierpiący – suwerenny wobec cierpienia. Pokazał to w wydarzeniu krzyża i zmartwychwstania Chrystusa, ostatecznie wyzwalając Ukrzyżowanego od męki. W wydarzeniu Zmartwychwstania cierpiący mogą odnaleźć dla siebie największą nadzieję. Pokazuje ono bowiem, że cierpienie nie będzie trwało wiecznie i że Bóg ma moc uwalniania od niego.

Jednakże wiedza o cierpieniu Boga, a nawet nadzieja na to, że kiedyś cierpienie zostanie przezwyciężone, sama w sobie nie decyduje jeszcze o pocieszeniu człowieka cierpiącego. Bóg ciągle może być pojmowany jako odległy, z daleka współczujący ludziom, chociaż z pewnością jest On znacznie bliższy cierpiącym niż Bóg Lewisa. Nie jest przecież tak, że cierpiącemu wystarczy świadomość, że ktoś bardzo mu współczuje. To przede wszystkim współczująca obecność przy cierpiącym ma – jak uczy doświadczenie wielu ludzi – największą moc pocieszania, dodawania odwagi, budzenia nadziei, wewnętrznego przemieniania. W tym kierunku idzie też myśl Jana Pawła II. Bóg nie współcierpi z człowiekiem cierpiącym z dala, ale przybywa do niego i w nim się uobecnia. Uobecnia się jako Duch Święty, osobowa Miłość Ojca i Syna. Duch Święty może sprawić, że człowiek, mimo trudnego doświadczenia, jest w stanie zaufać Bogu i powierzyć się Jego Opatrzności, w nadziei, że Bóg przezwycięży to cierpienie, podobnie jak przezwyciężył cierpienie Chrystusa poprzez Jego zmartwychwstanie. Stąd ludzie mogą żyć nadzieją, że cierpienie nie jest bezsensowne i że może ono mieć wartość zbawczą. Nadzieja rodzi się z wiary w sens posłannictwa Chrystusa oraz z wiary w uczestnictwo w Jego zbawczym trudzie. Z czasem może ona wzrosnąć i przekształcić się w ten sposób, że stanie się przejmującą radością. Cierpiący człowiek staje się wówczas tym, którego wiara, nadzieja i miłość mogą pocieszać innych. Cierpiący zostają niejako wskrzeszeni do nowego życia i wskrzeszają innych. Jednak wszystko to możliwe jest jedynie dzięki obecności Ducha Świętego. Jezus nie tylko mówi o szczęściu w cierpieniu, ale ma moc do tego szczęścia doprowadzić wszystkich, którzy pozwolą się kierować Jego Duchowi[7].

Bóg nie może zapobiec wielu cierpieniom ludzkim, gdyż musiałby pozbawić człowieka wolności. Ta niemożność najwyraźniej ujawnia – można powiedzieć –bezbronność i bezradność Boga wobec cierpienia. Jest On jednak blisko człowieka. Takim właśnie bliskim i bezradnym Bogiem jest Duch Śświęty, który pomaga człowiekowi odnaleźć sens w cierpieniu, nie przez jakieś intelektualne argumenty, ale właśnie poprzez bliskość i zwykłą obecność. Obecność współczującą i współcierpiącą, która pomaga zmagać się z cierpieniem, odnajdować w nich nadzieję i miłość, zbawczo przemieniać je dla dobra swojego i innych ludzi. Widać to – pisze w encyklice o Duchu Świętym Jan Paweł II – w krzyżu Chrystusa: Duch Święty jest „ogniem z nieba” działającym w głębi tajemnicy Krzyża (nr 41).

Współczesna „nowa” wrażliwość na cierpienie, wrażliwość, którą ukształtowały bolesne doświadczenia wieku jak żaden inny naznaczonego cierpieniem, powoduje, iż niezbyt wiarygodnie musi brzmieć mówienie o cierpieniach jako Bożej karze za popełnione grzechy. To właśnie – jak sądzę – ta wrażliwość doprowadziła do ponownego odkrycia idei Boga cierpiącego, która była wprawdzie obecna w chrześcijaństwie od samego początku, ale nie zdołała zyskać szerszej akceptacji. Z czego wynikała ta wcześniejsza rezerwa chrześcijan wobec teologii Boga cierpiącego? Sądzę, że przyczyny tkwiły przede wszystkim w przyjęciu – wynikającego z filozofii greckiej – poglądu o niezmienności Boga i rozumieniu cierpienia jako niedoskonałości, która nie może być udziałem Bytu absolutnie doskonałego. Myślę, że wynikało to również z faktu, że przez wiele wieków Duch Święty był niejako „Bogiem zapomnianym” w teologii i świadomości Kościoła. To zaś było przyczyną niedostrzegania roli, jaką pełni On jako ten, który objawia ból Boga, przenikając „głębokości Boże”, oraz Jego misji polegającej na pocieszaniu cierpiących i przemienianiu cierpienia w zbawcze dobro. Może właśnie fakt, że w ostatnich czasach pojawiło się większe zainteresowanie chrześcijan Duchem Świętym, powoduje, że zaczyna się dostrzegać i doceniać te Jego funkcje.

Znamienne jest, że o cierpieniu Boga Jan Paweł II pisze właśnie w encyklice o Duchu Świętym. To zgłębianie tajemnicy Świętego Ducha pozwala odkryć Papieżowi cierpienie Boga i Jego wrażliwość na cierpienia ludzi. Takie spojrzenie na tajemnicę Boga cierpiącego, uobecniającego się w życiu ludzi cierpiących poprzez Ducha Świętego, każe patrzeć na cierpienie z innej perspektywy i widzieć w nim przede wszystkim tajemnicę, której nie da się do końca rozumowo wyjaśnić. Można więc powiedzieć, że rozumienie tajemnicy Ducha i Jego misji w znacznej mierze warunkuje nasze spojrzenie na tajemnicę ludzkiego cierpienia. Dlatego wydaje się, że w czasach wrażliwych na obecność i rolę Ducha Świętego inne musi być podejście do cierpienia, dalekie zwłaszcza od dostrzegania w nim kary za grzechy. Większa obecność Boskiego Pocieszyciela w świadomości i życiu Kościoła, w liturgii, we wspólnotach, w teologii może sprawić, że w życiu ludzi cierpiących więcej będzie pocieszenia i nadziei, wytrwałości w bólu i przemienianiu go w zbawcze dobro. Dla sprawy naszego rozumienia problemu cierpienia i przeżywania go istotne znaczenie ma stosunek do tajemnicy Ducha Świętego. Stąd należałoby w większym niż dotychczas stopniu zadbać o pogłębianie tej tajemnicy i znaleźć więcej miejsca w Kościele dla trzeciej Osoby Trójcy Świętej, do czego przynagla wierzących Jan Paweł II.

3. Duch Pocieszyciel

Na koniec warto zwrócić uwagę na kilka możliwych praktycznych implikacji roli Ducha Świętego w pocieszaniu cierpiących. To, że jest On Pocieszycielem cierpiących, wcale nie oznacza, że inni ludzie są zwolnieni z niesienia im pocieszenia. Jest jednak prawdą, że nasze myślenie o cierpieniu i pocieszanie są niezwykle ułomne i czasami przynoszą więcej szkody niż pożytku, zwłaszcza gdy staramy się wykazać, że człowiek musi cierpieć i że jest to cierpienie zsyłane przez Boga. Jan Paweł II uważa, że zwyczajne ludzkie słowo nie wystarczy do budzenia nadziei. Nadzieja ta rodzi się z Ducha Świętego, który pomaga nam pocieszać i pokrzepiać cierpiących[8]. Jest to niezwykle ważne zadanie i trzeba się zastanowić, w jaki sposób należałoby je spełniać.

Przede wszystkim – jak sądzę – funkcja, jaką Duch Święty pełni w pocieszaniu cierpiących i w zbawczym przemienianiu cierpienia, winna znaleźć odzwierciedlenie w osobistych modlitwach wiernych i całego Kościoła. Doświadczenie uczy, że sfera ta jest raczej zaniedbana. W trudnych sytuacjach  zazwyczaj modlimy się do Chrystusa, Maryi i świętych, natomiast rzadko lub wręcz wcale do Ducha Świętego. W pracy duszpasterskiej należałoby więc zwrócić uwagę wiernym na konieczność przyzywania w modlitwach Jego pomocy. Dobrym rozwiązaniem wydaje się – na przykład – częstsze wprowadzanie do modlitwy powszechnej prośby za cierpiących i tych, którzy mają im nieść pocieszenie, by Duch Święty pomógł im w znalezieniu właściwych słów i właściwej postawy. Wskazane byłoby także upowszechnienie odmawiania w kościołach litanii do Ducha Pocieszyciela i uzupełnienie modlitewników modlitwami za cierpiących, aby potrafili odczuć Jego obecność w swoim życiu i by umieli dostrzec wartość swojego bólu oraz możliwość przeobrażenia go w dobro.

Na niewiele – jak sądzę – zda się „przynaglanie” ludzi wierzących do modlitwy do Ducha Świętego, jeżeli będzie się ukazywać Boga jako zsyłającego na ludzi cierpienia za grzechy, nie zaś jako współczującego im, miłosiernego i uobecniającego się w ich życiu w Duchu Świętym. Na katechezach i w kazaniach winno znaleźć się więcej miejsca na roztropnie przedstawianą teologię Boga, który nie zsyła na ludzi cierpień, ale współcierpi z nimi i pragnie zło cierpienia przemieniać w zbawcze dobro. Ludowej religijności, która często przedstawia Boga jako sprawcę cierpień, nie należy konserwować, ale stopniowo ją oczyszczać.

Ważną sprawą jest również częstsze udzielanie Komunii św. osobom, które z powodu choroby nie są w stanie uczestniczyć w Eucharystii. W wielu parafiach robi się to tylko raz w miesiącu. Tymczasem to właśnie przede wszystkim w Eucharystii Duch Świety uobecnia w ludzkim życiu mękę i zmartwychwstanie Chrystusa, najgłębsze źródło umocnienia i pocieszenia człowieka w cierpieniu. Kościół zachęca wiernych do codziennego przystępowania do tego sakramentu, gdyż to pozwala na budowanie szczególnie bliskiej więzi z Bogiem. Jest więc pewnym paradoksem, że ci, którzy tej więzi najbardziej potrzebują, nie mogą częściej jej doświadczać. Jeśli bliskość Ducha Świętego odgrywa tak ważną rolę w pocieszaniu cierpiących, to trzeba im Go przybliżyć w najprostszy sposób, czyli poprzez jak najczęstsze udzielanie Komunii św. Tłumaczenie, że w Kościele brak jest kapłanów do wypełnienia tego zadania, jest niezrozumiałe w obliczu wielu sióstr zakonnych oraz rzesz świeckich, którzy w tym dziele mogliby z powodzeniem ich zastąpić.

Warto byłoby również wypracować stałe formy niesienia pociechy cierpiącym przez grupy świeckich w szczególny sposób oddanych Duchowi Świętemu. Jedną z dróg może być stworzenie takich wspólnot (tam, gdzie ich jeszcze nie ma), inną — większe zaangażowanie w to zadanie istniejących już wspólnot. Niektóre z nich wykazują właśnie szczególną wrażliwość na Ducha Świętego. Dlatego zaangażowanie ich w niesienie pomocy wszystkim cierpiącym w parafii służyłoby praktycznemu wykorzystaniu ich charyzmatu. Można by też pomyśleć o włączeniu duchowości tych grup, przepełnionej świadomością obecności Ducha Świętego, w liturgię całej wspólnoty, co umożliwiłoby wszystkim wiernym dostrzeżenie roli Ducha Świętego w życiu religijnym.

Kolejny problem to sprawa przygotowania chrześcijan do spotkania z cierpieniem w ich własnym życiu. Któż lepiej potrafi nauczyć nas obchodzenia się z cierpieniami niż ci, którzy poradzili sobie lub radzą z cierpieniem i odnaleźli w nim sens. O cierpieniu najczęściej mówi się jako o sytuacji, która degraduje człowieka, natomiast rzadko można usłyszeć o ludziach, którzy mimo cierpienia potrafią być szczęśliwi. Jan Paweł II często powtarza, że ludzie cierpiący mogą nauczyć zdrowych, jak radzić sobie z cierpieniem, które prędzej czy później dotyka każdego[9]. Dlatego należałoby znaleźć w Kościele więcej miejsca do wykorzystania życiowej mądrości cierpiących, którzy w jakiś paradoksalny sposób mogą być darem Ducha Świętego dla Kościoła. Myślę tu choćby o ich obecności na Mszach św., nie tylko na tych – jak to u nas bywa – odprawianych od czasu do czasu specjalnie dla nich. Myślę o umożliwieniu dawania przez nich świadectwa na spotkaniach w parafiach. Klerycy mogliby się z nimi spotkać podczas swoich studiów w seminariach, ucząc się w ten sposób właściwego stosunku do cierpienia w przyszłej pracy duszpasterskiej.

Tajemnica Ducha Świętego ma nam jeszcze wiele do powiedzenia o tajemnicy naszego cierpienia. Ma moc oczyszczania niektórych popularnych wyobrażeń o jego przyczynach i stosunku do niego Boga. W świetle działania Ducha trudno mówić o cierpieniu jako karze zsyłanej przez Boga na ludzi. Raczej jest ono tajemnicą, która rozjaśnia współcierpienie Boga, uobecniającego się w życiu ludzi cierpiących poprzez Ducha Świętego, który ma moc niewysłowionego pocieszania ludzi i przemieniania cierpień w zbawcze dobro.


[1] C. S. Lewis, Problem cierpienia, tłum. z ang. T. Szafrański, Katowice 1996.

[2] Tenże, Smutek, tłum. z ang. J. Olędzka, Warszawa 1974, s. 40-47.

[3] Tamże, s. 55n.

[4] Tamże, s. 68.

[5] Por. np. W. Hryniewicz, Pedagogia nadziei. Medytacje o Bogu, Kościele i ekumenii, Warszawa 1997, s. 23-58.

[6] Por. J. Majewski, Miłość ukrzyżowana. Nad teologią cierpienia Jana Pawła II, Warszawa 1998, s. 44–49.

[7] Por. Jan Paweł II, Ewangelia cierpienia. Wybór homilii, przemówień, dokumentów, Kraków 1997, s. 66–67, 102, 95–99.

[8] Tamże, s. 66–67.

[9] Por. tamże, s. 77.

Jedna myśl nt. „Duch ludzkiego cierpienia

  1. Bohdan Szejner, STD

    Duch Święty jest nadzieją cierpiących w Jezusie. To trudno zaprzeczyć. Wszakże, we współczesnym świecie, oprócz chorób i wojen, największymi cierpieniami są cierpienia egzystencjalne. Jezus, dlatego, namaszczony był przez Ducha Świętego by czynić trzy rzeczy: „aby ubogim niósł dobrą nowinę, lecząc zniewolonych cierpieniem ciała i ducha, głosząc rok łaski Pana. Cierpienie z powodu tej niewoli związanej z nędzą ekonomiczną to najgorsze cierpienie dziś, o którym za mało się mówi. Sam ja, gdy to piszę, czekam na pomoc Ducha Świętego właśnie w tym cierpieniu! I nie ja sam – jest nas tysiące milionów, samotnych, bezdomnych, zrozpaczonych dzienną bezradnością w poszukiwaniu jakiegoś światła nadziei … jakiegoś wyjścia!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *