W jaki sposób w Polsce studiuje się teologię?

Wiez Robert M. Rynkowski, W jaki sposób w Polsce studiuje się teologię?, „Więź” 504 (2000) nr 10, s. 81–87.

Na łamach „Więzi” nieraz już stawiano pytanie o stan polskiej teologii.[1] W niniejszym artykule chciałbym podjąć to pytanie z perspektywy studenta teologii, sprowadzając je do bardzo konkretnych problemów, których osią jest pytanie: w jaki sposób polscy studenci teologii studiują teologię? Czego oczekują od studiów i czego na nich szukają?… Myślę, że od odpowiedzi na te, zdawałoby się niewinne pytania w poważnej mierze zależą losy naszej teologii. Dlatego warto szukać tych odpowiedzi, nawet jeżeli z konieczności będą to odpowiedzi subiektywne i opierające się na doświadczeniu ograniczonym – w moim przypadku – do dwóch uczelni katolickich.

1. Jak studenci teologii traktują studia?

Odpowiedź na to pytanie, moim zdaniem, powinna brzmieć: niemal dokładnie tak samo jak studenci innych kierunków traktują swoje studia. Częsta jest opinia, że studia teologiczne znaczenie różnią się od świeckich. Jedni sądzą, że wszystkich przyszłych teologów cechuje szczególna gorliwość w zdobywaniu wiedzy, drudzy zaś, iż teologia to coś nienaukowego, więc ci, którzy ją studiują zajmują się głównie modlitwą i jakąś pseudonauką. Tymczasem w rzeczywistości studia te niewiele odbiegają od studiów świeckich, zarówno pod jednym, jak i drugim względem. Chcę przez to powiedzieć, że podobnie jak gdzie indziej, tak i tutaj jest grupa studentów, którzy naprawdę pragną zdobywać wiedzę – a trzeba wiedzieć, że jej zdobycie wymaga poważnego wysiłku – a są i tacy, których celem jest zaliczenie egzaminów przy możliwie najmniejszym wysiłku. Rzecz jasna, część tych ostatnich rezygnuje ze studiów lub przenosi się na inne. Jednak niektórzy potrafią dobrnąć do końca. Każdy, kto studiował, wie, w jaki sposób tacy studenci się uczą: zaczynają się przygotowywać dzień przed egzaminem, ich fundamentalną lekturą są skopiowane od kolegów notatki, a podstawą nadziei na zdanie – wiara w szczęśliwy przypadek lub łagodność egzaminatora. Oczywiście pożytek z takiego studiowania nie może być zbyt wielki, chociaż nie można powiedzieć, że żaden. Po skończeniu studiów pozostaje im jakiś  zasób wiedzy. Jednak jest ona w gruncie rzeczy zbyt mała, by z takimi absolwentami można było wiązać jakieś nadzieje, że przyczynią się do rozwoju teologii. Wydaje się nawet, że ich przydatność do pracy w strukturach kościelnych nie jest zbyt duża. Trzeba raczej pogodzić się z tym, że tak jak w wypadku innych studiów, jakaś część absolwentów teologii nie będzie nadawać się do pracy w swoim „zawodzie”.

Na wydziałach teologicznych spotykamy też grupę studentów, w mojej ocenie najliczniejszą, reprezentujących średni i dość wysoki poziom. Starają się oni studia traktować w sposób poważny, to znaczy realizować stawiane przez profesorów zadania, czytać zadawane lektury, solidnie przygotowywać się do egzaminów. W efekcie po skończeniu studiów dysponują oni dużym, a czasem nawet bardzo dużym, zasobem wiedzy, który, jakąś część tych studentów uprawnia – powiedziałbym – nie tylko do pracy w katechezie. Cóż jednak z tego, jeśli zwłaszcza studenci świeccy natrafiają na poważny problem znalezienia odpowiedniej pracy. Paradoksem jest to, że bardzo rzadko mogą liczyć na pomoc swoich duszpasterzy. Zdarza się bowiem, że proboszcz nie wie, iż na terenie swojej parafii, zwłaszcza jeśli jest to parafia wielkomiejska, ma teologa, a jeśli wie, to nie ma pomysłu, co z nim zrobić. Nie wydaje się też, by dużo większą wiedzą i lepszymi pomysłami dysponowali biskupi.[2]

Na studiach teologicznych można też spotkać nieliczną – jak uczy doświadczenie – grupę studentów, którzy zdobywanie wiedzy teologicznej traktują jako wartość samą w sobie, chociaż może postawa ta nie cechuje ich od razu. Nie tylko realizują oni program studiów, ale prowadzą własne poszukiwania. Dlatego wybierają zajęcia, szukają interesujących wykładów i inspirujących profesorów, a także dużo pracują indywidualnie. Krótko mówiąc, są to „najlepsi z najlepszych”. Osobiście uważam, że większość z nich powinna znaleźć się w strukturach nauczania akademickiego i seminaryjnego. Jednak problem jest o wiele bardziej skomplikowany. O zatrudnieniu wykładowców często decydują przesłanki niemające nic wspólnego z poziomem naukowym kandydatów. Regułą jest, że teologię w seminariach, zwłaszcza zakonnych, wykładają kapłani, którzy zostali wysłani na studia w celu zdobycia odpowiedniego wykształcenia. Niestety, czasami ich poziom naukowy jest niewystarczający, co nie jednak nie musi być tylko ich winą. Nierzadko zdarza się tak, że podejmują oni studia nie tyle z własnej woli, ile z woli przełożonych. Z kolei zdarza się, że nie mają oni zbyt wiele czasu na studiowania, albowiem podczas studiów często obarczani są poważną dawką obowiązków duszpasterskich. Jak to się odbija na jakości studiowania, nie trzeba tłumaczyć.

Sądzę, że dla sprawy poziomu teologii polskiej jednym z najpilniejszych zadań jest rozwiązanie problemu zatrudnienia w strukturach akademickich i seminaryjnych osób wykazujących się nieprzeciętnymi zdolnościami. Idealnie byłoby, gdyby o zatrudnieniu, bądź nie decydowały przesłanki odnoszące się do poziomu naukowego kandydatów na profesorów. Wydaje się, że nie powinno być żadnych merytorycznych powodów, by uniemożliwiać teologom świeckim, którzy się do tego nadają, wykładania teologii na uniwersytetach i w seminariach, także zakonnych. Ciągle jednak w wielu wypadkach okazuje się, że największym walorem kandydata na wykładowcę jest jego stan duchowny. W przypadku studiów seminaryjnych zostało to ostatnio – nie wiedzieć czemu –usankcjonowane kanonicznie przez Konferencję Episkopatu Polski, która w najnowszym dokumencie o formacji kapłańskiej stwierdza lapidarnie: Profesorowie nauk teologicznych powinni być kapłanami.[3] Oczywiście, trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że zatrudnienie teologa świeckiego oznacza  konieczność zapewnienia mu odpowiedniego wynagrodzenia, ubezpieczenia itp., co często nie jest niezbędne w wypadku na przykład współbrata zakonnego. Nie każde seminarium czy mniejszy ośrodek stać na taki wydatek. Dopóki więc sytuacja finansowa Kościoła i uczelni teologicznych nie będzie ustabilizowana, dopóty przy zatrudnianiu wykładowców najważniejsze będą oszczędności. Sądzę jednak, że dobro teologii jest wystarczającym powodem do poniesienia pewnych finansowych nakładów przez władze kościelne.

2. Jaką wiedzę chcą otrzymać studenci teologii?

Moim zdaniem, da się wyróżnić grupę studentów, zwłaszcza na studiach zaocznych, którzy oczekują, że od wykładowców otrzymają wiedzę przydatną do pracy w szkole. Dlatego oddzielają oni tę wiedzę, która się przyda do katechezy, od tej, która z pewnością nie znajdzie takiego zastosowania. Oczywiście postawa ta nie może dziwić u kogoś, kto wiedzę zdobywa po to, by przekazać ją z kolei dzieciom czy młodzieży. Trudno spodziewać się, by katecheta w szkole podstawowej szczegółowo omawiał starożytne spory na temat związku Bóstwa i człowieczeństwa w Chrystusie oraz postanowienia Soboru Chalcedońskiego. Jeśli jednak świadomie rezygnuje on z głębszego wniknięcia w istotę tych sporów, ze zrozumienia stanowisk obu stron konfliktu, jeśli ogranicza się do „wykucia” na pamięć skryptu i jeśli nie zdaje sobie sprawy z dokonującej się obecnie, jak zresztą i zawsze, próby nowego ujęcia prawdy o Chrystusie, to taka postawa może już budzić poważne obawy. Trudno bowiem mieć nadzieję na to, by ktoś, kto nie stara się zrozumieć tajemnicy zjednoczenia Bóstwa i człowieczeństwa w osobie Syna Bożego, potrafił to wytłumaczyć innym, nawet jeśli dysponuje najlepszymi materiałami pomocniczymi. Oczywiście nie znaczy to, że opisywane zjawisko jest powszechne. Nieraz spotkałem takich katechetów, którzy nie tylko uważali, że najbardziej abstrakcyjna wiedza jest im potrzebna, ale również potrafili zrobić z niej pewien użytek podczas katechezy.

W tym kontekście nieodparcie nasuwa się pytanie o sposób zatrudniania katechetów. Otóż, wcale nierzadko, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, ksiądz dokonuje wyboru katechety, oceniając tylko, albo przede wszystkim, gorliwość religijną kandydata. Ktoś, kogo proboszcz widzi w kościele i z kim jest zaprzyjaźniony, ma największą szansę na zatrudnienie. W takim wypadku mniej ważny jest poziom intelektualny i wiedza teologiczna. Nierzadko więc zdarza się, że katechezę prowadzą ludzie o wątpliwych kwalifikacjach. Jest też i druga storna medalu. Otóż, bywa i tak, że dla niektórych księży prowadzących katechezę, jest ona tylko uciążliwym obowiązkiem. Dlatego zdarza się, że ich lekcje religii są wszystkim, ale nie katechezą. Co wspólnego z katechizacją ma bowiem na przykład oglądanie filmu Jaś Fasola? Nic więc dziwnego, że dla wychowanków katechety, który stosuje takie „pomoce dydaktyczne”, religia i teologia są czymś zupełnie nieznanym. Nie można mieć im za złe, że nie rozumieją swojej wiary.

Właściwa katechizacja, moim zdaniem, ma zasadnicze znaczenie dla poziomu teologii: im więcej będą wiedzieć młodzi ludzie, tym bardziej świadomie będą decydować się na podjęcie studiów teologicznych i tym łatwiej będzie przychodziła im nauka. Konieczne jest więc szybkie rozwiązanie problemu zatrudniania katechetów, tak aby zawód ten wykonywali ludzie jak najlepiej przygotowani. Trzeba rygorystycznie egzekwować wymagania, które powinni spełniać. Chodzi zarówno o poziom ich wiedzy, jak również o umiejętności dydaktyczne. Katecheta powinien przede wszystkim przekazać swoim uczniom solidną wiedzę religijną i pokazać, że teologia nie jest pseudonauką, że może przyczynić się do zrozumienia wiary i że nie jest tylko tajemną wiedzą dla wąskiej grupy uprzywilejowanych.

A jaką postawę wobec otrzymywanej wiedzy teologicznej zajmują najlepsi studenci? Otóż, moim zdaniem, bez obawy pomyłki można twierdzić, że wielu z nich wykazuje dużą rezerwę wobec tej części najnowszej teologii, która zdecydowanie odwołuje się do filozofii i języka współczesności, odważnie stawia pytania, dostrzega problemy tam, gdzie wszystko, jak się wydawało, zostało już powiedziane. Zwłaszcza próby stworzenia nowych systemów teologicznych wydają się im podejrzane. Propozycja Karla Rahnera usiłującego przełożyć tradycyjne wypowiedzi wiary na język ludzkiej egzystencji, bliższy współczesnemu człowiekowi, czy teologia Hansa Ursa von Balthasara, dążącego do zerwania z systematyką teologiczną, a w centrum teologii umieszczającego trynitologię i wprowadzającego do teologii język poetycki i metaforyczny, często przedstawiają się im jako systemy mętne, pełne niejasności i przynoszące więcej pytań niż odpowiedzi. Teologia tego typu – w oczach pewnej części studentów – powoduje niemal wyłącznie szkody, przede wszystkim dlatego, że kryje się w niej niebezpieczeństwo zakwestionowania wielu podstawowych prawd wiary katolickiej, nawet jeśli jej twórcy tego nie zrobili. Stąd jedynym wyjściem wydaje się powrót do teologii klasycznej, np. św. Tomasza, którego ujęcie spraw wiary sprawdziło się i dobrze przysłużyło  wyrażeniu prawd objawionych. Tylko ona gwarantuje zachowanie ortodoksji, jest jasna i przynosi odpowiedzi na wszystkie pytania. Jedyny problem to przełożenie ich na język współczesności. Dobrze jeśli ten zwrot do źródeł prowadzi tylko do obojętności na teologię współczesną. Gorzej, gdy taki student wysłałby wszystkie dzieła „nieprawomyślnych” teologów na przemiał.

Jednak nie tylko systemy współczesnych teologów wydają się podejrzane. Sprzeciw tej grupy studentów budzą także szczegółowe problemy i pytania pojawiające się w dzisiejszej teologii, na przykład idea nadziei zbawienia dla wszystkich, nawet jeśli stawiane są tylko na zasadzie metodologicznego wątpienia lub są wyrazem poszukiwań teologów. Oczywiście daleki jestem od tego, by kogokolwiek zachęcać do natychmiastowego zachwycenia się każdą nową ideą. Do wszelkich nowości trzeba podchodzić w sposób krytyczny. Nie można jednak z góry, z zasady ich odrzucać.

Postawa przeciwna, polegająca na zdecydowanej niechęci do teologii dawniejszej, w mojej ocenie, zdarza się zdecydowanie rzadziej. Niemniej da się ją zaobserwować. Sądzę jednak, że główny problem to zachęcenie studentów do większej otwartości na teologię współczesną i problemy, które się w niej pojawiają. Rzecz jasna, nie jest niczym złym sięganie do teologii dawniejszej, zwłaszcza do wielkich mistrzów. Przeciwnie, jest to potrzebne i to nie tylko dla znajomości historii teologii. Dzieła Ojców Kościoła i teologów dawniejszych są bowiem źródłem teologicznym, którego teolog nie może pomijać w swoich badaniach. Jednak nie wydaje się, by dla współczesnego człowieka potrzebna była przede wszystkim powtórka z myśli klasyków. Żyjemy w zupełnie innej sytuacji niż ludzie starożytności czy średniowiecza i inne jest nasze widzenie świata. Dlatego potrzebna nam jest teologia wyrastająca z naszego dzisiejszego doświadczenia. Równie konieczne jest podejmowanie nowych problemów, których dawniejsi teologowie nie mogli podjąć chociażby dlatego, że nie dysponowali niezbędną do tego wiedzą. Sądzę, że nie należy też bać się trudnych, a nawet „obrazoburczych” pytań. O tym, że spełniają one pożyteczną funkcję, świadczy chociażby przykład badań biblijnych prowadzonych przez Rudolfa Bultmanna, który sądził, że olśnienie wiarą w zmartwychwstanie przysłoniło chrześcijanom historię i dlatego Jezus historii jest niepoznawalny, a język wiary Nowego Testamentu jest dogłębnie zmitologizowany i nie do przyjęcia we współczesnym świecie. Choć tak radykalne stanowisko zostało poddane krytyce przez samych biblistów, to jednak wiele obserwacji Bultmanna i jego uczniów okazało się przydatnych i przyczyniło się do lepszego poznania Ewangelii.

Wydaje się więc, że w celu zbudowania takiej teologii niezbędne jest przekonanie studentów do współczesnych teologów. Problem, jak tego dokonać, jest trudny do rozwiązania i nie ma na to prostych recept. Sądzę jednak, że przynajmniej małym krokiem w tym kierunku będzie opracowanie przez wykładowców takiego sposobu przekazywania myśli teologów współczesnych, który przede wszystkim nie zrażałby studentów do tej myśli. Zdarza się bowiem, że student jest „bombardowany” dużą liczbą niezrozumiałych pojęć, które, jak się wydaje, nie są związane w żadną sensowną całość, a pewne jest jedynie to, że wszystko, co w katolicyzmie istotne, zostało przez danego autora zakwestionowane. Nic więc dziwnego, że student – po takiej terapii szokowej – pragnie jedynie znalezienia jakiejś ostoi pewności. I z reguły znajduje ją w teologii o proweniencji scholastycznej. Wykładowcy powinni brać pod uwagę fakt, że katecheza najczęściej nie przyzwyczaja do poszukiwania i stawiania pytań. Jest ona raczej prowadzona na zasadzie wykładu i oparta na teologii jednego typu. Być może właśnie dlatego teologię współczesną pewna część studentów teologii postrzega jako zagrożenie dla wiary.

Sądzę, że po to, aby taka sytuacja nie miała miejsca, teologię współczesną należy ukazywać w kontekście oficjalnego nauczania Kościoła i teologii dawniejszej. Duża część tej teologii okaże się wówczas kontynuacją i rozwinięciem teologii scholastycznej. Wyraźniejszy będzie też jej związek z  nauczaniem Magisterium Kościoła. Bez ukazania tego związku student może bowiem odnieść wrażenie, że duża część współczesnych teologów stoi w sprzeczności z tym nauczaniem. Warto, aby wykładowcy pokazywali studentom, że Kościół i wiara nie boją się stawiania pytań i problemów, a wręcz  zachęcają do podejmowania trudnych czy nowych problemów. Tak jest na przykład z ideą cierpienia Boga, Jego macierzyńskim obliczem czy niektórymi zagadnieniami rodem z teologii feministycznej, o których to ideach i zagadnieniach nie waha się mówić Jan Paweł II.

Teologia polska ma z pewnością swoje zalety, powinna być jednak jeszcze lepsza, aby coraz pełniej służyć Kościołowi, temu lokalnemu i temu uniwersalnemu. Przede wszystkim coraz lepszymi teologami powinni być uprawiający ją ludzie. Trzeba więc dobrze ich kształcić, i to począwszy już od szkoły podstawowej. Aby tak się stało, konieczne jest przede wszystkim polepszenie stanu katechizacji i wykładanie współczesnej teologii w powiązaniu z całokształtem myśli teologicznej Kościoła.


[1]Por. np. Elżbieta Adamiak, Józef Majewski, Teologia między Odrą a Bugiem. Kilka pytań o stan polskiej teologii w czasie przełomu, „Więź” 1999 nr 10, s. 28–46; Piotr J. Śliwiński, Teologia w Polsce a polska teologia, „Więź” 1999 nr 12, s. 121–123.

[2] Tymczasem posiadanie czegoś w rodzaju rejestru teologów będących na terenie diecezji czy parafii mogłoby, jak sądzę, pomóc duszpasterzom – a i samym młodym teologom – w rozwiązaniu tego problemów. Dzięki łatwo dostępnym informacjom np. o tym, jakich „specjalistów” z teologii brakuje na danym terenie, a jakich jest za dużo możliwe byłoby odpowiednie kierowanie kształceniem tych, którzy pragną zajmować się teologią. Ułatwione byłoby też znalezienie człowieka do konkretnej pracy. Sądzę, że taki rejestr pozwoliłby duszpasterzom sprawnie organizować różnego rodzaju gremia oddziałujące na życie parafii czy diecezji.

[3] Ratio institutionis sacerdotalis pro Polonia, nr 113.

[gview file=”http://rynkowski.blog.deon.pl/files/pliki/3.art_polska_teol.pdf” force=”1″]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *