Terra incognita

Tygodnik Powszechny Robert M. Rynkowski, Terra incognita, „Tygodnik Powszechny” 26 czerwca 2011 (3233) nr 26, s. 16

Dwunastoletni Jezus żyje we współczesnej Polsce i chce podyskutować z nauczycielami, jak w świątyni jerozolimskiej. Próbuje ich znaleźć w internecie. Wpisuje w Google „Pismo Święte” i… wyskakują niezbyt fachowe strony z tekstem Biblii. No to może „Biblia”? Trochę lepiej, bo jest Wikipedia, są strony mówiące o powstawaniu i wiarygodności Pisma Świętego. „Jezus Chrystus”? Znowu Wikipedia, potem hasło z encyklopedii PWN oraz blog osoby uważającej się za Chrystusa.

Jak dotrzeć do nauczania polskich teologów? Może, gdy się zna fachowe terminy… Ale nawet wtedy nie jest o wiele lepiej, bo w polskim internecie są strony uczelni, portale katolickie, trochę stron teologów, ale nie ma miejsca, w którym można znaleźć ich dorobek czy porozmawiać o teologii. Bo tak jak duża część polskich naukowców, tkwią oni w modelu zakładającym, że uczeni wyniki badań komunikują w czasopismach naukowych czy na sympozjach i nie przejmują się ich upowszechnianiem, a już zwłaszcza w lekceważonym internecie.

Na świecie sytuacja ta powoli się zmienia, głównie za sprawą Open Access Initiative promującej udostępnianie zasobów naukowych w sieci. Polscy naukowcy dopiero nad tym się zastanawiają, a dla teologów jest to problem zupełnie obcy. Żaden z trzech naszych uniwersytetów katolickich nie umieszcza w sieci wersji elektronicznych swoich czasopism. Bodaj jako jedyny robi to Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego (z opóźnieniem kilku numerów). Nie dziwi zatem, że w Polsce nie ma też żadnego ściśle teologicznego pisma internetowego (najbliższy tej formuły jest półrocznik „Teologia w Polsce”).

Polscy naukowcy dopiero się przekonują do promowanego w ramach idei otwartej nauki pisania blogów naukowych. Istnieją już blogi uczelniane, pojedynczych naukowców czy ich grup („Etyka Praktyczna”), są blogi różnych pism (np. „Świat: jak to działa?” na portalu „Tygodnika”). Wśród nich próżno jednak szukać blogów profesjonalnych teologów. Marną pociechą jest to, że na świecie nie jest lepiej (dwaj polscy teologowie, jedni z najaktywniejszych w sieci, przyznają, że nie znają żadnego dobrego blogu zagranicznego).

Z drugiej strony, może naiwnością byłoby sądzenie, że czytelnik „Pudelka” nagle zacznie czytać do poduszki artykuł o strukturze aktu poznania teologicznego w ujęciu obecnego papieża. Jeśli jednak takiego artykułu nie ma w internecie, to nie zajrzą do niego również ci, którzy w sieci szukają innej informacji niż o nowych butach Dody. Jakaś wskazówka jest: elektroniczne „Śląskie Studia Historyczno-Teologiczne” cieszą się znacznie większym zainteresowaniem niż wersja papierowa. Tu nie chodzi tylko o „sprawy branżowe” teologów.

Może być oczywiście tak, że nawet ambitni internauci nie będą w stanie wiele zrozumieć z takiego artykułu, jeśli nie są za pan brat ze współczesną teologią. Bez sensu jest żądanie, by teologowie tak upraszczali język, aby trafić do niewymagającego czytelnika portali plotkarskich. Jednak nawet Karl Rahner, mimo iż bronił języka teologii profesjonalnej, uważał, że specjaliści powinni się liczyć ze swoimi słuchaczami. A internauci to specyficzni czytelnicy, którzy potrafiliby na piszącym to liczenie się z nimi wymóc.

Czy można odwracać się do nich plecami, skoro to spośród nich – bo największą grupę odwiedzających witryny religijne stanowią osoby w wieku 15-24 lat – będą rekrutować się przyszli teologowie? O ile ktoś im pokaże, że teologia to nie powtarzanie skostniałych formuł, ale pasjonująca przygoda intelektualna.

Może to właśnie oni zorganizują pierwszy sobór internetowy. Takie sobory wydają się sensownym pomysłem, bo można by zwoływać je częściej, dzięki czemu mogłyby być poświęcone kilku najbardziej palącym kwestiom. Jak jednak teolog może brać udział w takim spotkaniu, jeśli internet, a nawet komputer, to dla niego terra incognita? Jak współpracować, jak wymieniać poglądy, jak wreszcie konsultować się z internautami, gdy nie zna się, nie rozumie, a przede wszystkim nie ceni komunikacji internetowej?

Dlaczego żydowscy uczeni „tracili” czas na dyskusje? Czy nie dlatego, że uważali, iż księgi muszą żyć w sercach i umysłach, a nie spoczywać na półkach? W teologii nie chodzi o publikacje, punkty i tytuły, ale próbę zrozumienia spotkania człowieka z Bogiem, dokonywaną nie w pojedynkę, ale w rozmowie z innymi, także nieposiadającymi stopni naukowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *