Nadzieja, Bóg, Kościół i ekumenizm

Wiez Robert M. Rynkowski, Nadzieja, Bóg, Kościół i ekumenizm, „Więź” 474 (1998) nr 4, s. 223–227.

Wydawnictwo „Verbinum”, po książkach Nadzieja zbawienia dla wszystkich i Dramat nadziei zbawienia, wydało kolejną pracę o. prof. Wacława Hryniewicza, jednego z najwybitniejszych polskich teologów. Pedagogia nadziei to niejako kontynuacja rozważań zawartych w dwóch poprzednich książkach. Jest to zbiór dwudziestu ośmiu medytacji wcześniej publikowanych w różnych czasopismach. Medytacje, jak pokazuje tytuł książki, łączy motyw nadziei. Wnikliwsza lektura książki pokazuje jednak, że równie ważny, jeśli nie ważniejszy, jest tu wątek ekumeniczny.

Książka podzielona jest na cztery części tak naprawdę dość luźno ze sobą powiązane. Pierwsza poświęcona jest tajemnicy Boga, druga Kościołowi, trzecia omawia zagadnienia związane z ekumenizmem, czwarta zaś, wyraźnie tematycznie nawiązująca do trzeciej, jest świadectwem osobistych nadziei Autora dotyczących problemu jedności chrześcijan. Przy lekturze, jak sądzę, przede wszystkim należy zwrócić uwagę na sposób, w jaki Autor rozumie niektóre podstawowe pojęcia teologiczne, a zwłaszcza wiary i dogmatu. Wydaje się bowiem, że ich rozumienie jest najbardziej prowokujące, przez co zmusza do gruntownego przemyślenia szczególnie problemów wiążących się z ekumenizmem. Prowokowanie nowego myślenia o starych sprawach to jedna z podstawowych wartości omawianej tu pracy.

Zdaniem Hryniewicza wiara jest to sposób oddania Bogu własnej wolności, powierzenie jej osobowej, choć niepojętej rzeczywistości Boga, którego człowiek obdarza zaufaniem. Wiara jest darem, a skoro tak, to trzeba się zgodzić, że jest on jeden dla wszystkich. Dar wiary jest zawsze darem prawdziwym, dającym dostęp do zbawienia. Chrystus jest obecny w Kościołach, którym przypisuje się błędy. Każdy też Kościół ma intencję przekazywania wiary apostolskiej.

W ekumenizmie – stwierdza autor – konieczny jest zwrot ku prawdom podstawowym, centralnym dla wiary, natomiast akcentowanie prawd drugorzędnych, peryferyjnych może prowadzić do jednostronności. Nie wszystkie prawdy są równie ważne pod względem treści i egzystencjalnej doniosłości, nie wszystkie wiążą się bezpośrednio z samymi podstawami wiary chrześcijańskiej, sformułowanymi w dawnych symbolach, zwłaszcza zaś w symbolu Nicejsko-Konstantynopolitańskim, który jest wyznaniem wiary Kościoła nie podzielonego (s. 21). Różnice między poszczególnymi Kościołami nie dotyczą wiary w Trójcę Świętą, lecz nauki o Kościele i sakramentach. Radykalniejsze uwzględnienie w ekumenizmie tzw. hierarchii prawd oraz dostrzeżenie wspólnej Kościołom intencji przekazywania wiary mogłoby poprawić stosunki między nimi i przyczynić się do jedności chrześcijan.

Otrzymaliśmy tutaj piękną definicję wiary jako relacji międzyosobowej. Należy też zgodzić się z twierdzeniem, że dar wiary jest taki sam dla wszystkich. Jednak trudno zgodzić się z twierdzeniem, że symbol Nicejsko-Konstantynopolitański rzeczywiście jest wyznaniem wiary Kościoła nie podzielonego. Ani przed jego sformułowaniem, ani po sformułowaniu Kościół nie tworzył jednej zgodnej i nie podzielonej wspólnoty. Sam symbol był reakcją na monarchianizm, gnostycyzm, czy arianizm, z których to odłamów zwłaszcza ten ostatni okazał się szczególnie żywotny. W końcu też ogłoszenie Wyznania Nicejsko-Konstantynopolitańskiego spotkało się z niejednym sprzeciwem. Wszystko to prowadzi do wniosku, że nie należy – jak się wydaje – przeceniać jednoczącej mocy tego symbolu wiary.

W dalszej części Autor porusza temat milczenia Boga wobec ludzkiego cierpienia, Jego cierpienia wraz z cierpiącym człowiekiem, zastanawia się nad tym, czy Bóg karze człowieka cierpieniem, dlaczego cierpią dobrzy ludzie. Dla czytelnika zaznajomionego z twórczością Hryniewicza jego odpowiedzi na postawione pytania nie będą niczym nowym ani zaskakującym. Są to bowiem powtórzenia, czasami niemal dosłowne, myśli zawartych w innych pracach tegoż Autora. Przede wszystkim przebija tu przekonanie o Bożym szacunku dla wolności człowieka, który nie powstrzymuje siłą jej złych działań. Dlatego jedyną rzeczą, którą może zrobić Bóg, to towarzyszyć człowiekowi w sytuacjach cierpienia poprzez przyjęte dobrowolnie współcierpienie. Taka wizja pomaga człowiekowi żyć i umierać. Na zakończenie tej części autor z uznaniem wypowiada się o książce żydowskiego rabina Harolda S. Kushnera: Kiedy złe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom. Jej zaletą jest to, że nie pojmuje cierpienia jako kary za winy i unika moralizatorstwa. Jednocześnie ukazuje, że cierpienie ma wymiar ekumeniczny, gdyż dotyka wszystkich bez względu na wyznawaną religię.

W teologii wizja Boga cierpiącego, moim zdaniem, nie powinna budzić oporów, niemniej nie wszyscy się z nią zgadzają. Głoszenie jej może bardzo pomóc ludziom cierpiącym. Dlatego dobrze, że wizja ta zajmuje tak poczesne miejsce w książce, a i w całej twórczości o. Hryniewicza. Jednak żałować wypada, że Autor – wielokrotnie krytykowany w Polsce za teologię Boga cierpiącego – niestety ogranicza się do tego, co już wcześniej powiedział na ten temat. Mało prawdopodobne jest, aby nie można było tej nauki uzasadnić w  bardziej wszechstronny i głębszy sposób. Dziwi na przykład brak w książce recepcji nauczania Jana Pawła II na temat cierpienia Boga, o czym Papież pisze choćby w encyklice o Duchu Świętym. Warto przytoczyć tu jej fragment: Pismo święte mówi nam o Ojcu, który współczuje człowiekowi, dzieląc jakby jego ból. Ostatecznie ów niezgłębiony i niewypowiedziany „ból” Ojca zrodzi nade wszystko całą niewypowiedzianą ekonomię miłości odkupieńczej (…) (nr 39). Po upływie kilkunastu lat od czasu ukazania się pierwszego tekstu Hryniewicza na temat Boga cierpiącego, czytelnik ma prawo oczekiwać nowych myśli, idei czy argumentacji.

Kościół – uważa Hryniewicz – nie ma powodu do triumfalizmu i ciągle podlega kenozie, gdyż bywa przeciętny, nie dorastający do swojej wzniosłej wizji teologicznej. Ma on być sługą na wzór Jezusa, który umywał nogi, i nie może to być zakamuflowana forma panowania. Obecność Chrystusa w najbiedniejszych – zgodnie z maksymą „gdzie Chrystus – tam Kościół” – wyznacza również miejsce obecności Kościoła. Motywem jego działania nie może być sukces. Musi on pozostać bezbronny, nie może zabiegać o czysto ludzkie zabezpieczenie przy pomocy czynnika władzy. Jego wpływ będzie wtedy wielki, gdy będzie wstępował w ślady uniżonego Chrystusa. Ubóstwo Kościoła staje się sprawdzianem autentyczności jego oddania ludziom. Nie oznacza to jednak, że chrześcijaństwo może rozwijać się tylko tam, gdzie panuje nędza, niedola, prześladowanie. Te zjawiska należy zwalczać jako zło, gdyż wiara obumiera tylko wówczas, gdy jest słaba.

Ludziom Kościoła – pisze Hryniewicz – zagraża niebezpieczeństwo łatwego obrażania się z powodu krytyki. Tymczasem przyznanie się do popełnionych błędów nie podważa wiarygodności Kościoła, lecz jest oznaką szlachetności, wewnętrznej prawości, szczerości i odwagi. Kenotyczna wizja Kościoła jako sługi jest wspólnym dobrem całego chrześcijaństwa i tylko Kościół bardziej bezinteresowny, mądrzej i pełniej oddany ludziom, może kiedyś przybliżyć się do kresu wielkich podziałów. Kościół nie jest ani celem ludzkich dziejów, ani rzeczywistością mającą trwać na wieki w swojej obecnej postaci. Powinien uważniej wsłuchiwać się w głos ubogich i słabych niż bogatych i możnych. Skuteczniej zbawia wówczas, gdy błogosławi, przebacza i prosi o przebaczenie niż gdy karci, upomina i nadzoruje. Powinien pomagać zagubionym odnaleźć drogę i nikogo nie odrzucać oraz być świadomy, że może błądzić w swoich poszukiwaniach i grzeszyć niewłaściwą gorliwością. Powinien bardziej lękać się tych, którzy w ogóle nie szukają, niż tych, którzy zbłądzili, szukając nowych rozwiązań. Powinien zachęcać do śmiałych poszukiwań, mówić więcej o Bogu niż o szatanie, więcej o niebie niż o piekle, więcej o pięknie niż o grzechu. W pismach Ojców Kościoła często pojawia się określenie „Kościół grzeszny”. Jest on święty tylko dlatego, że moc Zmartwychwstałego wyrwała go z niewoli grzechu i ustawicznie oczyszcza. Sam z siebie może być tylko Kościołem grzesznym.

Przedstawione tu może nazbyt obszernie myśli na temat Kościoła z pewnością są bliskie wielu chrześcijanom rzeczywiście zatroskanym o przyszłość Kościoła i pragnącym, by jego nauka rozszerzała się na cały świat. Nie sposób tu znaleźć jakiegokolwiek zadufania, a jedynie głębokie zrozumienie istoty i posłannictwa Kościoła, który istnieje nie po to, by panować i odnosić sukcesy, ale by służyć i nieść wiarę. Dla wielu pragnących powrotu Kościoła do pierwotnej prostoty słowa te z pewnością będą wyrazem ich nadziei. Wskazania tu zawarte są cenne i nie mogą być zapomniane, zwłaszcza w kontekście toczącej się wciąż dyskusji o miejscu Kościoła w demokratycznym społeczeństwie. Wydaje się, że ich uwzględnienie jest dla Kościoła najpewniejszą drogą do „sukcesu”. Natomiast w części poświęconej konieczności popierania przez Kościół ludzi poszukujących można wyczuć wyraz osobistego doświadczenia Autora, którego idea nadziei zbawienia dla wszystkich budzi sprzeciwy wielu teologów i z trudem znajduje zrozumienie. Jest to więc swego rodzaju zachęta, by Kościół był bardziej otwarty na nowe interpretacje i nie zamykał się jedynie w utartych schematach myślenia; zachęta, która ma też z pewnością dotyczyć poglądów głoszonych przez Hryniewicza.

Mówiąc o dogmacie i ortodoksji, Autor stwierdza, iż elementarne sformułowania wiary pierwotnego chrześcijaństwa, a także dogmaty, miały charakter wyznania wiary, aklamacji i doksologii, stanowiły integralną część liturgii. Potem dogmat stał się interpretacją wyznania wiary. Dogmaty określone na wielkich starożytnych soborach były raczej punktem wyjściowym niż kresem interpretacji prawdy objawionej. Mają one charakter zaczątkowy, antycypacyjny, wskazujący na przyszłość. Język sformułowań dogmatycznych jest prowizoryczny i metaforyczny. Z czasem dogmat przestał być kryterium pozwalającym odróżnić wiarę od niewiary, a stał się regułą wiary człowieka wierzącego (…) – kryterium pozwalającym odróżnić ortodoksyjność wiary od nieortodoksyjności (s. 88). W czasach nowożytnych pojęcie dogmatu nabrało charakteru konfesyjnego. Statyczne pojęcie ortodoksji konfesyjnej prowadzi do pogłębienia różnic między Kościołami.

Dogmat – stwierdza Hryniewicz – winien pełnić funkcję służebną w stosunku do świadectwa Pisma; jest otwartym horyzontem rozumienia Pisma we wspólnocie wierzących. Idea hierarchii prawd mówi o potrzebie koncentracji na istotnych prawdach wiary, o przenoszeniu punktu ciężkości z wielu tajemnic wiary na najbardziej podstawowe misterium Jezusa Chrystusa. Prawdy najbardziej centralne tworzą model interpretacyjny, który jako całość naświetla wszechogarniającą tajemnicę Boga. Konkretna prawda może być zrozumiana wtedy, gdy rozpatruje się jej wartość w kontekście całego rozumienia tajemnicy Boga. W Kościele katolickim – podkreśla Autor – zarysowuje się tendencja do intensywnego pogłębiania i koncentrowania wielu wypowiedzi w podstawowej treści wiary, co posiada duże znaczenie ekumeniczne. Tematyczny rozrost orzeczeń dogmatycznych nie sprzyja zachowaniu jedności Kościoła. Dogmat chrystologiczny i trynitarny musi pozostać ustawicznym punktem odniesienia dla wszystkich innych dociekań i wypowiedzi. Im bardziej jakiś dogmat oddala się od tego centrum, tym mniej może sobie rościć pretensji do uznania przez wszystkich chrześcijan. Nierzadko się zdarzało, że w polemice zagadnienia drugorzędne były podnoszone do rangi dogmatu. Droga do jedności chrześcijan byłaby znacznie łatwiejsza, gdyby Kościół rzymskokatolicki odstąpił od intencji zobowiązywania innych chrześcijan do przyjęcia sformułowań dogmatycznych, które powstały bez ich udziału. Powodzenie dialogu ekumenicznego między Kościołami – twierdzi Hryniewicz – zależeć będzie w znacznej mierze od tego, czy zdołają one sobie uświadomić granice własnych formuł dogmatycznych i czy uznają zasadność różnego sposobu wyrażania tych samych prawd wiary.

Sądzę, że Hryniewiczowskie rozumienie dogmatu w pewnej mierze minimalizuje wartość dogmatów ogłoszonych w Kościele rzymskokatolickim w sytuacji podziału chrześcijaństwa. Nie da się zaprzeczyć, że w jakimś sensie były one uwarunkowane historycznie, jednak nie wydaje się, by dla celów ekumenicznych należało je marginalizować. Może właśnie wspólna ich interpretacja – o czym zresztą mówi sam Hryniewicz, tyle że w innej publikacji[1] – mogłaby przybliżyć do siebie podzielone Kościoły. W każdym razie trudno zgodzić się z poglądem, że tylko uwzględnienie prawd podstawowych mogłyby tego dokonać, gdyż i one wzbudzają dyskusje. Oczywiście jak najbardziej słuszny jest postulat, że spraw drugorzędnych nie należy stawiać w centrum. Trzeba jednak uważać, by pragnienie znalezienia wspólnej dla wszystkich istoty chrześcijaństwa nie doprowadziło do jej zagubienia. Przy takim zaś ujęciu niebezpieczeństwo takie wydaje się realne.

Na koniec Hryniewicz mówi o miłości, jej zdolności do wyzwalania ukrytego piękna człowieczeństwa i mocy wskrzeszającej. Jest to porywająca wizja wyprowadzona z Pawłowego hymnu o miłości. Rozważania autora ukazują, że naprawdę istnieje tylko człowiek zdolny do miłości.

Przedstawione powyżej treści nie wyczerpują całego bogactwa myśli zawartego w książce Hryniewicza. Przede wszystkim jest ona świadectwem osobistej nadziei ekumenicznej. Całej pracy przyświeca idea znalezienia punktów wspólnych dla poszczególnych wyznań. Dlatego jej lektura będzie pasjonująca dla tych wszystkich, którzy żywią podobne pragnienia i nadzieje.

Wacław Hryniewicz OMI, Pedagogia nadziei. Medytacje o Bogu, Kościele i ekumenii, „Verbinum”, Warszawa 1997, s. 187.


[1] Hierarchia veritatum – wspólne dobro podzielonego chrześcijaństwa, w: Święta tajemnica jedności, red. W. Hryniewicz, P. Jaskóła, Lublin 1988, s. 37–64.

[gview file=”http://rynkowski.blog.deon.pl/files/pliki/2.rec_nadzieja_bog.pdf” force=”1″]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *