Pięć drogowskazów

Wiez Robert M. Rynkowski, Pięć drogowskazów, „Więź” 565 (2005) nr 11, s. 190–194.

Niejeden raz słyszałem od księży, że katolicy w sakramencie spowiedzi często ograniczają się do wyliczenia przewin związanych z nieprzestrzeganiem przykazań kościelnych. Spowiadają się z łamania postu w piątki, nieprzystępowania do Komunii w okresie wielkanocnym czy udziału w hucznych zabawach w czasach zakazanych. Niewierność tym przykazaniom uważa się za grzechy śmiertelne, czyli takie, z których – zgodnie z normami kościelnymi – właśnie należy się wyspowiadać w sakramencie pojednania. Przekonanie to jest tak mocne, że nawet się nie zastanawiamy nad naturą przykazań kościelnych, uważając, że – podobnie jak przykazania Boże – są one odwieczne i niezmienne.

Tymczasem w latach 1992–2003 władze kościelne czterokrotnie dokonały wśród nich różnego rodzaju zmian! Ostatnia z nich – ogłoszona w Polsce 30 listopada 2003 r. – wywołała ożywioną dyskusję. Wśród wiernych nie brakło głosów zaskoczenia, niekiedy oburzenia, a nawet zgorszenia. Głosy te i cała debata pokazały, że konieczna jest w naszym Kościele poważna praca duszpasterska, by nie tylko dotrzeć do świadomości wiernych z nową obowiązującą wersją przykazań kościelnych, ale przede wszystkim pokazać ich prawdziwe znaczenie w życiu katolika. Bardzo dobrą pomocą w tym dziele może okazać się opublikowana niedawno książka Pięć słów Kościoła, napisana przez siedmiu polskich teologów.

Autorzy, stosując język żywy i przystępny, prezentują historię przykazań kościelnych (Dominik Ciołek SJ), ich miejsce w hierarchii norm dotyczących obyczaju i życia chrześcijańskiego (Tadeusz Bartoś OP), a przede wszystkim – znaczenie teologiczne i praktyczne. Jacek Salij OP omawia przykazanie pierwsze („W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymywać się od prac niekoniecznych”); Dariusz Kowalczyk SJ – drugie („Przynajmniej raz w roku przystąpić do sakramentu pokuty”); Marek Blaza SJ – trzecie („Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą”); Grzegorz Bubel SJ – czwarte („Zachowywać nakazane posty, a w okresach pokuty powstrzymywać się od udziału w zabawach”); Józef Majewski – piąte („Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła”).

Proces formowania się przykazań kościelnych trwał wiele wieków, a w miarę ustalony kształt uzyskały one po Soborze Trydenckim, w XVI wieku. Potem jednak w różnych regionach Kościoła istniały ich listy różne pod względem zarówno liczby, jak i treści. Również dzisiaj episkopaty różnych regionów władne są ustalać właściwe dla swoich wiernych ich listy. Wszystko to pokazuje, że przykazań kościelnych nie można traktować na równi z Dekalogiem. Najistotniejsza różnica między nimi polega na tym, że przykazania Boże zostały objawione przez Boga, a przykazania kościelne są tworem Kościoła, zależąc od jego decyzji, uwarunkowanej historyczno-kulturowymi kontekstami, w których Kościół żyje. Dobrą ilustracją zmiennej natury przykazań kościelnych jest choćby sprawa obowiązku spowiadania się i przyjmowania Komunii. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa dopuszczano tylko jednorazową pokutę. Dla wszystkich było też jasne, że każdy uczestnik zgromadzenia eucharystycznego przystępuje do Komunii, post zaś był wymagany jedynie w bardzo sporadycznych wypadkach, a przy tym polegał raczej na ofiarowaniu bliźniemu tego, co dzięki wstrzemięźliwości się zaoszczędziło. Co więc sprawiło, że zamiast możliwości jednorazowej pokuty pojawił się nakaz przynajmniej corocznego przystępowania do niej, a oczywiste dla pierwszych chrześcijan jak najczęstsze przystępowanie do Komunii zostało sprowadzone do obowiązku przystępowania do niej przynajmniej raz w roku? Jaka była przyczyna tego, że przywilej uczestniczenia w zgromadzeniu eucharystycznym stał się obowiązkiem, a post – będący początkowo wyrazem miłości bliźniego – przekształcił się w nakaz powstrzymywania się od pokarmów mięsnych?

Autorzy Pięciu słów Kościoła pokazują, że procesy te w dużej mierze wiązały się z faktem, iż chrześcijaństwo stało się religią państwową, a do Kościoła zaczęły przenikać elementy obyczajowości pogańskiej i rzymskiego jurydyzmu. W efekcie na świadomość chrześcijan zaczęło oddziaływać przeświadczenie, że najważniejsze jest samodoskonalenie się, rytualne oczyszczenie i poskramiania swojego ciała. Z kolei na Eucharystiach pojawili się „widzowie”, którzy nie przystępowali do Komunii. Pogłębiające się poczucie grzeszności powodowało, że rygory związane z pokutą stawały się coraz cięższe. Trwała ona kilka lat, zanim następowało rozgrzeszenie, a pokutującemu zakazywano np. handlu, pełnienia funkcji publicznych czy współżycia ze współmałżonkiem. Nie mógł on też przystępować do Komunii, w związku z czym następował rozdźwięk między udziałem w Eucharystii i jej przyjmowaniem. Ciężar pokuty i napiętnowanie nawet po jej odbyciu powodowały, że rosła liczba wiernych, którzy nie korzystali ze spowiedzi i nie przystępowali do Komunii. Proces ten wiązał się też ze z nowym rozumieniem praktyk pokutnych – post eucharystyczny w końcu przybrał formę powstrzymania się od jedzenia i picia od północy do Mszy świętej następnego dnia.

W takiej sytuacji oczywista była reakcja władz kościelnych, opierająca się jednak na przekonaniu o głębokiej grzeszności człowieka. W VI w. zaaprobowano pokutę zbliżoną do obecnej, a na Soborze Laterańskim IV i Soborze Trydenckim ustanowiono obowiązek spowiadania się przynajmniej raz w roku ze wszystkich grzechów ciężkich. Potem nakazano spowiadanie się przed każdym przyjęciem Komunii, którą zresztą zaczęto udzielać po mszy albo przy bocznym ołtarzu, co jeszcze bardziej wpłynęło na rozluźnienie jej związku z Ofiarą eucharystyczną. Stopniowo wytworzył się zwyczaj przyjmowania Komunii podczas mszy jedynie przez celebransa. Nic więc dziwnego, że konieczne stało się „zachęcenie” wiernych – w formie przykazania kościelnego – do przystępowania do Komunii przynajmniej raz w roku.

Złożone dzieje przykazań kościelnych prowokują niektórych do pytania, czy nie należałoby ich potraktować jako relikt przeszłości i bez żalu się z nim rozstać. Autorzy książki Pięć słów Kościoła przekonują, że nie jest to właściwa droga. Właściwszą jest nowe do nich podejście uwzględniające delikatną tkankę ludzkiego sumienia i proces kształtowania dojrzałej duchowości chrześcijańskiej. Przykazania – przekonuje o. Bartoś – należy widzieć jako pomoc, radę i drogowskaz, ale tylko dla człowieka dojrzałego duchowo, który jest w stanie w ten sposób je odczytać.

Autorzy Pięciu słów Kościoła prezentują przykazania kościelne tak, jak widzą je w swoich sumieniach. Starają się wydobyć z nich to, co uważają za najważniejsze dla stawania się dojrzałym katolikiem, głęboko religijnym, a nie opanowanym faryzeizmem czy skrupulanctwem. Dlatego też w książce nie znajdziemy rozważań w stylu, czy grzechami śmiertelnymi są choćby opuszczenie mszy z powodu niespodziewanej wizyty, robienie prania w niedzielę, niedawanie na tacę czy jedzenie mięsa w piątek. Na te pytania każdy katolik musi sam sobie odpowiedzieć, a w Pięciu słowach Kościoła znajdzie jedynie podpowiedź, na jakich kryteriach powinien się oprzeć.

Omawiana książka nie zawiera nawet spójnej wizji przykazań. Niekiedy może to drażnić, bo twierdzenia różnych autorów zdają się sobie wzajemnie zaprzeczać. Na przykład ks. Kowalczyk zwraca uwagę na to, że nie dla każdego jest dobra (zalecana obecnie) częsta spowiedź, a z kolei ks. Blaza pisze, że kto wypełnia w sposób integralny obecnie obowiązujące trzy pierwsze przykazania kościelne, będzie się często spowiadać (z zasady raz w miesiącu)… Ostatecznie jednak te „sprzeczności”, jak sądzę, okazują się zaletą książki – właśnie dlatego, że jest ona komentarzem nie tyle do kodeksu prawa, ile do wskazówek dla sumienia, skierowanym do ludzi pragnących pogłębiać swoje chrześcijaństwo. Książka przede wszystkim zaprasza do refleksji nad własnym życiem religijnym.

Obowiązek uczestniczenia we mszy każdej niedzielnej i w święta jest – jak się zdaje – takim, z którego łatwo możemy się zwalniać. Czy jednak tak może postępować ktoś, kto uświadomi sobie, że podczas niedzielnej Eucharystii cała wspólnota wiernych spotyka się z Chrystusem, włącza się w Jego Ofiarę i karmi się Jego Ciałem, a Kościół zgromadzony na Eucharystii jest nie tyle sumą poszczególnych chrześcijan, ile wspólnotą, której modlitwa ma szczególną moc? To właśnie dlatego, jak wskazuje o. Salij, tak ważne dla Kościoła jest spotkanie możliwie wszystkich wiernych na niedzielnej mszy. Jeśli zaś rezygnujemy z niej, to musimy zdać sobie sprawę z tego, że w ten sposób nie tylko niejako z niej się wypisujemy, ale też ją osłabiamy, bo pozbawiamy jakiegoś członka to Ciało, którym jest Kościół. Trudno też mówić o budowaniu wspólnoty eucharystycznej, gdy nie przystępuje się do Komunii.

Ale w pełni – z przyjęciem Komunii – uczestniczyć w Eucharystii może tylko ten, komu sumienie nie wyrzuca grzechu ciężkiego. Jak często należy zatem się spowiadać? Odpowiedź ks. Kowalczyka może zaskoczyć: jeśli obowiązek przystąpienia do sakramentu pokuty przynajmniej raz w roku dotyczy kogoś, komu sumienie wyrzuca grzech ciężki, to ten, komu sumienie go nie wyrzuca, mógłby przez całe lata nie przystępować do spowiedzi i uważać się za dobrego katolika (a do tego takie postępowanie znalazłoby aprobatę starożytnych chrześcijan). Problem jednak w tym, że często nie potrafimy wyobrazić sobie, by można było żyć przez dłuższy czas bez popełnienia grzechu ciężkiego. Czy więc oznacza to, że należy się spowiadać co najmniej raz w roku, nawet gdy sumienie nie wyrzuca nam takiego grzechu? A co w tym kontekście powiedzieć o kształtującym się obecnie zwyczaju spowiedzi comiesięcznej, a nawet częstszej, obejmującej także wyznawanie grzechów powszednich? Kowalczyk zdaje się wskazywać, że to od sumienia i świadomej decyzji każdego z nas zależy, z jaką częstotliwością będziemy się spowiadać. Niemniej – przestrzega – rzadka pokuta może prowadzić do zaniku życia sakramentalnego, z kolei nazbyt częsta – do rozumienia spowiedzi jako magiczno-rytualnego obrzędu oczyszczenia i do niedoceniania pozasakramentalnych (sic!) dróg odpuszczania grzechów, np. jałmużny czy przebaczenia bliźniemu. Przykazanie jest więc tylko punktem wyjścia do dojrzałego i świadomego formowania duchowości chrześcijańskiej.

Jeszcze bardziej zaskakujące są rozważania ks. Bubla na temat przykazania czwartego. Pisze krytycznie: W sytuacji, gdy post i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych stały się de facto w świadomości wiernych normą, w której w dużym stopniu nieobecny jest duchowy wymiar, bezprzedmiotowe staje się podtrzymywanie prawne takiego stanu rzeczy. Konkretnie oznacza to całkowitą rezygnację z obowiązku wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych. Zdaniem autora nieuzasadnione jest rozszerzenie w nowej wersji przykazań przedsoborowej normy – o zakazie uczestniczenia w hucznych zabawach w Adwencie i Wielkim Poście – na wszystkie piątki całego roku i zrezygnowanie z przymiotnika „huczne”, bo w takiej formie przykazanie to nie ma dziś szansy na realizację, a tylko może generować niepotrzebne rozterki sumienia. Bubel, oczywiście, nie odrzuca wagi postu, ale proponuje odwołanie się do duchowego rozeznania wiernych. Jego zdaniem, praktykowana z własnej woli wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych może odzyskać swój wymiar duchowy, post powinien jednak polegać przede wszystkim na uczynkach zmierzających do przemiany samego siebie, uczynkach miłości wobec bliskich i solidarności z ubogimi. Bubel uważa, że ożywienie duchowego rozumienia postu może nastąpić w wyniku odważnej reinterpretacji czwartego przykazania i powiązania go z codziennym trudem przemiany własnego życia i konkretną praktyką miłości bliźniego na wzór Jezusa Chrystusa.

Jeśli przykazania kościelne – jak powtarzają autorzy Pięciu słów Kościoła – stanowią zaledwie program minimum bycia katolikiem, chroniąc „letnich” wiernych od „wypisania się” z Kościoła, to oczywiste się staje, że duszpasterstwo nie może zakładać, iż wszyscy wierni znajdują się na etapie tylko tego minimum czy nawet na etapie wcześniejszym. Tymczasem można odnieść wrażenie, że takie założenie w dużej mierze decyduje dziś o kształcie polskiego duszpasterstwa, zdradzającego nawyk jurydycznego traktowania życia religijnego, a przy tym jedynie masowego, raczej lekceważącego zróżnicowanie dojrzałości katolików. Książka Pięć słów Kościoła przekonująco pokazuje, że w duszpasterstwie należy liczyć się z duchową różnorodnością wiernych, że wśród nich są i tacy (wcale liczni), którzy przekroczyli określone w przykazaniach kościelnych minimum i nie traktują życia religijnego, w tym tych przykazań, w kategoriach jurydycznych. Książka przekonuje, że można i należy zaufać ludzkiemu sumieniu.

Autorzy Pięciu słów Kościoła prezentują – w czym widzę największą wartość książki – przykazania kościelne nie jako twarde normy prawne, obciążone sankcją grzechu, ale jako drogowskazy, pomoc w kształtowaniu dojrzałej osobowości chrześcijańskiej. Takie ich rozumienie może wiele powiedzieć nie tylko poszczególnym wiernym i duchownym, ale także polskiemu duszpasterstwu, przyczyniając się – co daj Boże – do jego odnowy.

Robert M. Rynkowski

Tadeusz Bartoś OP, Marek Blaza SJ, Grzegorz Bubel SJ, Dominik Ciołek SJ, Dariusz Kowalczyk SJ, Józef Majewski, Jacek Salij OP, Pięć słów Kościoła, Rhetos, Warszawa 2005, s. 143.

[gview file=”http://rynkowski.blog.deon.pl/files/pliki/9.rec_piec_drogowskazow.pdf” force=”1″]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *