Od zabijania do modlitwy

Wiez Robert M. Rynkowski, Od zabijania do modlitwy, „Więź” 621 (2010) nr 7, s. 150–153.

W książce Bóg i terror historii Krzysztof Dorosz podjął się trudnego zadania wskazania przyczyn coraz większego poczucia zagrożenia i bezsensu doświadczanego przez człowieka Zachodu, mimo że żyje on w bezpieczniejszym i bardziej przyjaznym świecie niż niegdyś. Zawarte w książce eseje, wcześniej opublikowane w różnych czasopismach, spina klamrą tekstów o znamiennych tytułach: Zabijam, więc jestemModlę się, więc jestem. Dobrze obrazują one drogę, jaką autor przebywa od opisu przyczyn współczesnego kryzysu do wskazania tego, co może zapobiec katastrofie.

Za fundamentalną przyczynę lęków i rozpaczy współczesnego człowieka autor uznaje terror historii. Jego źródła upatruje Dorosz w zerwaniu przez człowieka nowożytnego więzi z Bogiem i w zaniku świadomości rzeczywistości ponadhistorycznej. Konsekwencją pojmowania historii jako oderwanej od transcendencji jest to, że jawi się ona jako pozbawiona sensu. Osaczony wydarzeniami, które przynoszą mu cierpienie, człowiek współczesny nie jest w stanie zobaczyć w nich sensu. Nic więc dziwnego, że popada w rozpacz, poczucie absurdu, pesymizm, czuje się sterroryzowany przez historię.

Na tym jednak nie koniec, bo jak wskazuje autor, z takiej wizji historii – z rozpaczy i zwątpienia – bierze się świadomość apokaliptyczna. Ludzie obarczeni taką świadomością pragną zniszczyć świat, który wydaje im się zepsuty i pozbawiony sensu, nieuleczalnie zły, a na jego gruzach zbudować nowy i wspaniały, oparty na wyobrażeniach o doskonałym społeczeństwie. Terror historii staje się tak dojmujący, że jedynym wyjściem z sytuacji wydaje się destrukcja. Człowiek ze świadomością apokaliptyczną jest przekonany, że aby żyć i móc zbawiać świat, musi zabijać. Ponieważ żadne działania apokaliptyczne nie zmieniają struktury rzeczywistości, w wyobraźni powstaje „druga rzeczywistość”, która staje się tym potężniejsza, im bardziej „pierwsza rzeczywistość” stawia opór. To początek pneumopatologii, czyli choroby ducha, której głównym symptomem jest pominięcie pewnych elementów rzeczywistości na rzecz stworzonego w wyobraźni zupełnie nowego świata. Utrata rzeczywistości prowadzi do tego, że ludzie czynią samych siebie niemalże równymi bogom. Czując się władcami wszechświata i pragnąc kształtować go na nowo, potrafią stwarzać iluzoryczną rzeczywistość, w której mogą poczuć się panami życia i śmierci swoich bliźnich. Kiedy ta iluzoryczna rzeczywistość zajmuje miejsce rzeczywistości właściwej, kiedy „uzasadnia” zabijanie, zbrodnia przestaje być zbrodnią, ponieważ nie dotyczą jej już kategorie morderstwa, prawa czy sprawiedliwości. W takim świecie zło przybiera maskę dobra i mieni się naczelną zasadą świata. Dzisiaj człowiek kłamie, kradnie i zabija dla zasady, nie dlatego, że chce, ale dlatego, że tak trzeba.

Dorosz jest przekonany, że zerwanie więzi z transcendencją, ucieczka od Boga prędzej czy później doprowadzą do rozpadu człowieka i zagłady ludzkiego świata. Uważa, że jeśli nasza kultura nie przywróci więzi z transcendencją, duchowo obumrze lub upadnie pod naporem świeckich ideologii, namiastek religii. Czy przywrócenie tej więzi ma się dokonać także w Polsce, gdzie przeszło 90% społeczeństwa to ludzie wierzący? Tak, ponieważ te imponujące procenty – jak można wywnioskować z książki Dorosza – nie muszą oznaczać, że więź z transcendencją faktycznie jest zachowana. Autor nie jest zbyt łaskawy dla Kościołów chrześcijańskich, w tym Kościoła katolickiego, który, jego zdaniem, sam przygotował drogę do zerwania więzi z transcendencją, ponieważ stał się potęgą bardziej ziemską niż duchową. Dorosz twierdzi, że Kościoły są dzisiaj anemiczne, zamykają się w zmartwiałych formułach myślowych, nie są w stanie twórczo ożywiać depozytu wiary i schlebiają gustom współczesnego człowieka, a przekazywana przez nie wiara sprowadza się często do formuł na siłę wbijanych wiernym do głowy. Wiara bywa też zastępowana zaangażowaniem społecznym i politycznym, czcią oddawaną Kościołowi, narodowi itd. Nie dziwi więc sąd autora, że Kościoły chrześcijańskie – można dodać: również te w Polsce – nie podołają zadaniu przywrócenia więzi z transcendencją, bo to nie doktryny, nawet najdoskonalsze, stanowią istotę religii. Stanowi ją doświadczenie uczestnictwa w transcendencji. Jak Dorosz rozumie to uczestnictwo?

Przede wszystkim broni on Boga i wiarę przed racjonalizowaniem, do czego, trzeba przyznać, mamy sporą skłonność. Dorosz podkreśla, że wiara to nie dogmaty, ale przeświadczenie o tym, o czym jako istoty cielesne nie możemy być do końca przeświadczeni. Na tym jednak nie koniec. Zdaniem autora nie do przyjęcia jest dowodzenie istnienia Boga metodą od przesłanki do konkluzji, bo traktowany jest On wówczas jako jeden z bytów, gdy tymczasem jest On bytem samym w sobie. Zwycięstwo rozumu groziłoby poważnym naruszeniem transcendencji Bóstwa i zawłaszczeniem jej przez świat. Bóg stałby się wówczas bożyszczem. Mówienie o Bogu, że jest dobry, łaskawy czy miłosierny, jest zgodne z objawieniem i z fundamentalną intuicją człowieka wierzącego, ale mówienie o Nim tylko w ten sposób i pomijanie doświadczenia rozpaczy i bólu ludzi, którzy przeżyli gehennę np. obozów koncentracyjnych, oznacza zamykanie Boga w grzecznych i niosących pociechę wyobrażeniach.

Posługując się językiem paradoksu, Dorosz stwierdza, że mamy zrozumieć, iż Boga nigdy nie pojmiemy. Nie należy zatem zamykać się w wyobrażeniach, ale otwierać się na stawiane nam przez Niego pytania. Mocno podkreśla – co dla wielu chrześcijan może być zaskoczeniem – że wiara wcale nie odpowiada na nasze pytania: mamy do czynienia z Bogiem, który odmawia nam odpowiedzi. Jeśli człowiek słucha uważnie, uświadamia sobie pytania, w których Bóg wzywa go do dania odpowiedzi. Autor słusznie wskazuje, że ludzie często zwracają się ku wierze, by znaleźć pewność, spokój i rozwiązanie swoich problemów. Naprzeciw ich oczekiwaniom wychodzi wiara wsłuchana nie w głos Boga, lecz w wierzenia ujęte w dogmatyczne systemy. Ale takie wierzenia skierowane są nie ku Bogu, lecz ku bożyszczom, które spragniony ładu człowiek lokuje w Rzeczywistości Ostatecznej. Środek zapobiegawczy temu stanowi rzeczy Dorosz widzi w protestanckiej zasadzie, którą za Paulem Tillichem rozumie jako Boski i ludzki protest przeciwko wszelkim absolutystycznym roszczeniom wysuwanym w imię rzeczywistości relatywnej.

Autor Boga i terroru historii słusznie wskazuje, że aby uważnie słuchać głosu Boga, a na Jego wezwania dawać twórcze odpowiedzi, człowiek potrzebuje wiary, ale nie wiary narzuconej, lecz wiary wynikłej ze spotkania z Bogiem, spotkania intymnego, do którego prowadzi modlitwa. Dorosz zwraca uwagę na coś, od czego często bywamy odwodzeni przez naszych przewodników w wierze, wskazujących, że modlitwa powinna być nie tylko prośbą, ale również – czy wręcz przede wszystkim – dziękczynieniem. Otóż jego zdaniem w modlitwie potrzebujemy świadomości własnych niedostatków. Przed Bogiem można stanąć tylko z pustymi rękami. To przede wszystkim prośba, bo gdy nie prosimy Boga o nic, to dajemy Mu niejako do zrozumienia, że w codziennym życiu wcale nie potrzebujemy Jego pomocy. Stajemy więc przed Nim ogołoceni ze wszystkiego, z wyjątkiem głębokiej potrzeby Jego samego i będąc świadomymi własnej znikomości wobec Jego nieskończonej łaski. To jest postawa ludzi autentycznej wiary.

W modlitwie najważniejszy jest wymiar mistyczny, czyli zjednoczenie z Bogiem. Gdy człowiek oczyści się z iluzji, gdy usunie ze swego wnętrza fałszywe i zbyt bogate obrazy samego siebie i Boga, gdy siła wiary i charakteru pozwoli mu unikać zła i gdy już zaprosi Boga do siebie, wyrządzi dobro nie tylko sobie, ale potencjalnie całemu światu. Wzmocnione chrześcijaństwo to ludzie, którzy z całym swoim życiem potrafią stanąć przed Bogiem. Im będzie ich więcej, tym terror historii będzie mniejszy.

Powierzchownie rzecz ujmując, książka Dorosza zdaje się nie wnosić wiele nowego do dyskusji nad przyczynami współczesnego kryzysu duchowego, bo przecież w niemal każdym kazaniu można usłyszeć, że gdyby ludzie chodzili do kościoła i więcej się modlili, mniej byłoby na świecie zła. Jest ona jednak istotna z dwóch powodów.

Po pierwsze, autor nie tylko jasno wskazuje na to, że przyczyną nieszczęść współczesnego świata jest, będąca skutkiem zerwania więzi z transcendencją, utrata zdolności widzenia realnej rzeczywistości na rzecz rzeczywistości iluzorycznej, ale też podbudowuje to stwierdzenie solidną i przekonującą analizą filozoficzną, nie zaś tylko teologiczną. Zatem polscy duszpasterze, i nie tylko oni, dostają do ręki narzędzie, dzięki któremu ich argumentacja może stać się bardziej wiarygodna, zwłaszcza dla tych, którzy na wszelkie argumenty dotyczące konieczności przywrócenia więzi z Bogiem reagują pobłażliwym uśmiechem. Warto to narzędzie wykorzystywać.

Po drugie, Dorosz wskazuje, jaka powinna być wiara, która może przywrócić człowiekowi więź z Bogiem. Wiara nie może być tylko logiczną konstrukcją myślową, która ma nieść odpowiedzi na wszystkie pytania i dawać gwarancję zbawienia. Gdy tak się ją pojmuje, wystarczy czasem tylko drobne pęknięcie na tym szacownym gmachu, na przykład w postaci nie dającego się pojąć cierpienia, by legł on w gruzach. Propozycja Dorosza, aby wiara opierała się przede wszystkim na modlitwie i spotkaniu z Bogiem, nie przynosi odpowiedzi na wszelkie pytania – nie jest więc wygodna. Ostatecznie jest jednak bezpieczna, ponieważ trwalsza jest wiara w żywego Boga, oparta na codziennym spotkaniu z Nim w modlitwie – nawet w Boga, który raczej pyta niż odpowiada – od wiary w system myślowy, w którym najdrobniejsza niespójność grozi katastrofą.

Autor słusznie wskazuje, że także chrześcijanie potrzebują przywrócenia więzi z transcendencją. Nie wydaje się jednak, żeby tradycyjne formuły kościelne należało traktować – jak zdaje się to robić Dorosz – jako balast, którego trzeba się pozbyć, by mogło dojść do spotkania z Bogiem. To prawda, że przywiązanie Kościoła do ich określonej postaci często jest nadmierne, że dogmaty są właściwie szacownymi eksponatami, które nikomu do niczego nie służą, bo albo się ich nie zna, albo nie rozumie. Warto jednak pamiętać, że nieustannie dokonuje się proces ich przemyślenia na nowo, i to właśnie w Kościele. Dzięki pracy wielu teologów (na przykład takich jak wymieniony przez Dorosza ks. Wacław Hryniewicz) ponownie odkrywana jest istota danego dogmatu, czasem szczelnie zapakowanego w pojęcia niezrozumiałe dla współczesnego człowieka; usuwane są zafałszowane obrazy prawd wiary, odkrywa się prawdy i interpretacje zapoznane w ciągu wieków. Proces ten jest powolny, ale dzięki niemu dogmaty stają się ponownie przestrzenią przemiany życia – tym, co skłania do poszukiwania Boga i co umożliwia spotkanie z Nim.

Dorosz ma rację, że dogmaty nie mogą być traktowane jako niosące odpowiedzi na wszelkie pytania, jako bożyszcza. Proponowana przez autora Boga i terroru historii zasada protestancka niewątpliwie pomaga temu zapobiec. Warto jednak, by była ona stosowana w Kościele z przekonaniem, że dogmat jest tym, co ma prowadzić do spotkania z Bogiem. Tego w Bogu i terrorze historii trochę mi brakuje. Jak również wiary w to, że Chrystus jest w jedności ze swoim Kościołem, choćby podzielonym i rachitycznym, aż do skończenia świata…

Robert M. Rynkowski

Krzysztof Dorosz, Bóg i terror historii, Wydawnictwo „Semper”, Warszawa 2010, s. 300.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *