Szymon teolog?

Wiez Robert M. Rynkowski, Szymon teolog?, „Więź” 631-632 (2011) nr 5-6, s. 124–127.

W lutowo-marcowej „Więzi” (zresztą niezwykle interesującej, bo poświęconej kwestii języka wiary i niewiary, poszukiwaniu języka, który skutecznie przekazywałby wiarę następnym pokoleniom) Anna Sosnowskaw tekście pod prowokacyjnym tytułem Popteologia czy pseudoteologia? zastanawia się nad fenomenem pisarstwa Szymona Hołowni. Tytuł obiecuje jednak dużo więcej, niż przynosi artykuł…

Niczego nie zmienia to, że na końcu tekstu autorka podejmuje temat poprawności teologicznej publikacji Hołowni, gdyż ostatecznie sprawa kończy się na wytknięciu mu kilku „niepoprawności”. Ha, tyle że takie „nieścisłości”, a nawet dużo poważniejsze, można znaleźć u największych teologów, wszak sam św. Augustyn napisał Sprostowania, w której to księdze naprawiał swoje niedociągnięcia teologiczne (pytanie, czy wszystkie zauważył). W efekcie czytelnik dowiaduje się, że język stosowany przez autora Tabletek z krzyżykiem to język popteologiczny, że w żadnym razie autor nie proponuje Boga w wersji light, że nie jest to jakiś komiczny przekaz wiary, bo prawdy wiary nie są strywializowane, a tylko język, którym się o nich mówi, jest lekki i pełen humoru, że autor korzysta z wielu gatunków wypowiedzi, mocno odwołuje się do popkultury, wykorzystuje obecne w niej ikony, kody, wytwory. Że dzięki tym zabiegom po książki Hołowni mają odwagę sięgnąć ci, którzy boją się poważniejszych lektur, bo znajdują w nich nowy język przekazu wiary, a nawet teologowie mogą w nich wyszukać coś przydatnego dla siebie. Ostatecznie jednak z tekstu Sosnowskiej tego, czy pisarstwo Hołowni to teologia, czy nie, czytelnik się nie dowiaduje.

1. Teologia jako rozmowa

Tak, wiem, w artykule, jak i w całej „Więzi”, chodziło o język wiary, a nie o to, czy coś jest teologią, czy nie. Ale odpowiedź na pytanie zawarte w tytule jest fundamentalna dla kwestii stosowności języka. Wszak przedmiot, który ten język ma wyrażać, decyduje też o tym, jaka jest nasza mowa. O banale trudno mówić śmiertelnie poważnie – gdy tak się dzieje, wtedy jest śmiesznie. O rzeczach poważnych i prawdziwych można mówić poważnie, ale można i z humorem, czego dowiódł Józef Tischner. Chcąc więc odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule artykułu Sosnowskiej, trzeba skupić się nie na języku, nawet nie na „niepoprawnościach” teologicznych, ale na tym, czy faktycznie to, co robi Hołownia, jest teologią.

Problem jest dla mnie o tyle ciekawy, że próbując zdefiniować teologię (Teologia spotkania i dialogu, „Znak” 2010 nr 5), uznałem Hołownię za teologa, i to nie w jakimś jedynie analogicznym sensie, ale za pełnoprawnego uczestnika racjonalnej rozmowy o spotkaniu z objawionym Bogiem, w której uczestniczy sam Bóg – bo tak rozumiem teologię – bardziej pełnoprawnego niż niejeden teolog profesjonalny, gdyż nie tylko on sam próbuje mówić i rozmawiać o Bogu, ale i udaje mu się zachęcić do tego innych. Trudno mi bowiem uznać, że bardziej na miano teologa zasługuje absolwent teologii, którego jedynym dokonaniem jest napisanie pracy magisterskiej na temat pojęcia czegoś u kogoś, najlepiej Jana Pawła II.

Jednak opory przed traktowaniem Hołowni jako teologa ma o. DariuszKowalczyk (W poszukiwaniu teologii i teologów, „Znak” 2010 nr 11), który uważa, że należy utrzymać rozróżnienie na teologów profesjonalnych i teologów amatorów (do których zaliczaliby się pisarze, malarze, filmowcy, publicyści itd.), a to, że ci drudzy okazują się lepsi od pierwszych, powinno być wstydem dla teologów profesjonalnych. Nie przeszkodziło mu to jednak uznać za teologa Leszka Kołakowskiego, o którym pisał, że to „przede wszystkim filozof, ale również teolog, który z pasją rozmawiał o Bogu, choć o jego osobistych wyborach wiary (lub niewiary) niewiele wiemy”. Nie mam oporów, by Kołakowskiego również uznać za teologa, niejako teologa obrzeży. Co jednak stoi na przeszkodzie uznaniu Hołowni za teologa? Czy tylko to, że w przeciwieństwie do Kołakowskiego stosuje język popteologiczny?

Fakt, w Polsce nikt nie pisze o sprawach religijnych tak, jak robi to Hołownia. Jednak przywołana w jego książce Bóg. Życie i twórczość książka ks. Grzegorza Strzelczyka Teraz Jezus obfituje w bliskie Hołowni metafory ze świata popkultury, najczęściej świata piłki bądź motoryzacji. Kto wie, może gdyby Strzelczyk prowadził Mam talent, jego książka byłaby równie popularna jak prace Hołowni. Pytanie więc, czy pod językiem popteologicznym autora Tabletek z krzyżykiem kryje się teologia, a więc propozycja spotkania człowieka z Bogiem i rozmowy o nim, czy też jest to tylko efektowne przekładanie prawd wiary na język popkultury.

Sosnowska mówi o teologicznych zasługach Hołowni, wśród których za największą uznaje stworzenie nowych obrazów do przekazu prawd eschatologicznych. Prawdę powiedziawszy, nie bardzo przemawia do mnie chwalona przez nią definicja piekła: twoja ulubiona czynność pomnożona przez wieczność i nic więcej. Pewnie oddziałuje ona silnie na wyobraźnię tych, dla których piekło to wyniesiony z dzieciństwa obraz rogatych diabłów gotujących grzeszników w smole. Jednak trochę jeszcze ją dzieli od przekonania współczesnej teologii, że piekło jest we wnętrzu człowieka i polega na ograniczeniu, zamknięciu się w sobie, ściśnięciu do własnego „ja”, odrzuceniu jakiejkolwiek formy miłości oraz trwaniu w beznadziejności, uporze i samotności. No ale od czegoś trzeba zacząć i trudno od razu serwować średnio zaawansowanym albo w ogóle niezaawansowanym subtelności teologiczne. Definicja Hołowni to jednak coś, czym do rozmowy o Bogu można zachęcić, i coś, o czym można rozmawiać. Ta rozmowa ma swoje uwarunkowania, trochę inne niż subtelne rozważania Leszka Kołakowskiego skierowane do intelektualistów.

2. Inaczej niż przyjaciele Hioba

Warto jednak pamiętać, że stworzenie nowych interesujących obrazów do przekazu prawd wiary nie jest jeszcze uprawianiem teologii we właściwym znaczeniu. W teologii najistotniejsze są: doświadczenie spotkania z Bogiem, z którego teologia wyrasta, oraz próba zrozumienia tego spotkania. Ciekawe, że Sosnowska świadomie pominęła książkę i program telewizyjny Hołowni Ludzie na walizkach, bo jej zdaniem nie jest to lektura ściśle religijna i jest dziełem bardziej rozmówców niż autora Monopolu na zbawienie. Niesłusznie! Rozmowa o cierpieniu i Bogu, nawet jeśli często nie pojawia się On w tej rozmowie na pierwszym planie, nie jest rozmową religijną? Nie jest to rozmowa o spotkaniu z Bogiem? Nie jest to teologia? Wszak duża część księgi Hioba to taka właśnie rozmowa. Jaka jest jednak zasługa Hołowni w powstaniu tej książki? No cóż, jego rozmówcy wpisywali się w konwencję zaproponowaną przez niego. Ale też łatwo jest im w nią się wpisywać, bo w przeciwieństwie do przyjaciół Hioba on potrafi przede wszystkim słuchać, i to bez żadnych wygłupów czy żartów.

Jeśli więc dostrzegam zasługi Hołowni dla teologii, to przede wszystkim w tej książce i programie. To tam widzę najwyraźniej poszukiwanie Boga (chociaż widzę je również w jego książkach popteologicznych), próbę zrozumienia spotkania z Nim, spotkania w cierpieniu. To jest teologia i nie tylko dlatego, że w sensie dosłownym jest to rozmowa. Hołownia znalazł język rozmowy, i to nie tylko z ludźmi wierzącymi. I co najważniejsze, właśnie w tych rozmowach udowadnia, że potrafi rozmawiać na poważne tematy i w poważny sposób. A że czasem można jeszcze głębiej i poważniej zrozumieć spotkanie z Bogiem? No cóż, nie każdy teolog, zwłaszcza na początku swej drogi, musi dorównać geniuszowi św. Tomasza. Ba, tylko nieliczni, w tym ci bardzo utytułowani, są w stanie to zrobić. Zresztą nawet Akwinata, który z ust ukrzyżowanego Chrystusa miał usłyszeć: „Dobrze o mnie pisałeś”, swoje liczne dzieła uznał za słomę wobec doświadczenia spotkania z Bogiem. Trzeba życzyć Hołowni, by u końca drogi o swoim pisarstwie mógł usłyszeć, a może i powiedzieć, to samo, ale też dać mu trochę czasu, bo jego teologiczna przygoda, daj Boże, nie kończy się jutro.

Czy więc chodzi tu tylko o popteologiczny język Hołowni, czy o teologię, tyle że określonego typu? Hołownia uprawia teologię: popteologię i teologię cierpienia. Obie są potrzebne, chociaż każda do czegoś innego. Popteologia potrzebna jest teraz, naszym czasom, ludziom młodym, zdrowym, ale oddalonym od wiary. Potrzebna jest też bardziej zaawansowanym w wierze jako zachęta do rozmowy, a także jako przykład tego, że o Bogu niekoniecznie trzeba rozmawiać z kamiennymi twarzami. Teologia cierpienia jest bardziej długodystansowa i przyda się nam wszystkim. Jest też mniej widoczna, bo mało atrakcyjna. Mam jednak głęboką nadzieję, że wśród wspomnianych przez Sosnowską pomysłów na książki jest też pomysł na kontynuację Ludzi na walizkach, a być może na podjęcie tego tematu w inny sposób niż dotychczas, może jeszcze bardziej „teologiczny”. Cieszyłbym się, gdyby tak było, bo polskiej teologii – której nie brak absolwentów teologii, tylko teologów, ludzi z pasją próbujących zrozumieć spotkanie z Bogiem – potrzeba Szymona teologa.

4 myśli nt. „Szymon teolog?

  1. Ela

    Ciekawa debata 🙂 O ile zgadzam się, że „Ludzie na walizkach” to teologia, i to chyba najlepsza w wykonaniu Hołowni, to nie zgadzam się do końca, że to on jest głownym twórcą tych rozmów. Czytając je miałam to samo poczucie, co Sosnowska tzn. że głównymi twórcami tych wywiadów byli jednak rozmówcy, nie autor. Ale to tylko odczucie.
    Popteologia to w doskonałej większości kompilacja ubrana w błyskotliwe metafory – „Ludzie na walizkach” są tworem oryginalnym i bardzo ciekawym.

    Odpowiedz
      1. ewiater

        W tym najszerszym sensie – tak. Jak każdego wierzącego, żyjącego modlitwą 🙂 Co do ściślejszego sensu – wahałabym bym się.

        Odpowiedz
        1. Robert Rynkowski Autor wpisu

          A tu wyczytałem, że S. Hołownia studiuje teologię, w ramach indywidualnego toku studiów. Co prawda nie wiadomo, jaką i gdzie, ale studiuje. A gdyby tak uzyskał tytuł magistra teologii, byłby już teologiem w tym ściślejszym sensie? 😉

          Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *