Stanisław Lem w opowieści o przygodach Iona Tichy’ego opisuje planetę tak często nawiedzaną przez meteoryty, że każdy mieszkaniec ginie wiele razy w swym życiu. Jak to możliwe? Otóż każdy obywatel ma sporządzony „rysopis atomowy” i ilekroć trafi go meteoryt, tylekroć odpowiednie służby wyjmują rysopis z sejfu i z kadzi z atomami odtwarzają denata wedle schematu atomowego podanego w rysopisie. Oczywiście ów rysopis atomowy nie na wiele by się zdał, bo bardziej chodzi tu o odtworzenie indywidualności człowieka. Gdyby jednak udało się tę indywidualność wyodrębnić i niejako złożyć w sejfie, a teoretycznie da się to wyobrazić, możliwe byłoby odbudowanie człowieka po każdym nieprzyjemnym dla niego zdarzeniu, na przykład śmierci w wypadku samochodowym.
Jakie byłyby konsekwencje takiej nieśmiertelności? Zwłaszcza konsekwencje teologiczne? Co z punktu widzenia religii i teologii oznaczałoby życie i nieskończenie długie, i jednocześnie możliwe do zakończenia, na przykład w taki sposób, że człowiek nie chciałby, by jego „rysopis atomowy” był nadal przechowywany? To na razie pytania tylko teoretyczne, ale dzisiaj teoria staje się rzeczywistością aż nazbyt szybko.
