Śledztwa Benedykta Sterna – Pomarańczowy szalik

O sprawie Teofila Nurka skłonny jestem sądzić, że to jedna z tych, które można uznać za pewnego rodzaju znak.

Grafika stworzona za pomocą Bing Image Creator

Zlecenie dostałem od żony zamordowanego. Gdy pojawiła się w moim biurze, od razu wiedziałem, że będzie to sprawa z gatunku tych, na których nie zarabiam. Kobieta nie pachniała groszem, a możecie mi wierzyć, że do pieniędzy mam nosa. Jednak po ostatnich zleceniach od inspektora Pawła Czarnego miałem spory zapas gotówki i nawet zbliżające się Boże Narodzenie oraz związane z nim wydatki nie napawały mnie niepokojem. Zresztą święta jak zwykle miałem zamiar spędzić w domu we własnym towarzystwie, więc nie potrzebowałem wiele: normalne jedzenie na dwa dni, butelka dobrego wina i kawa, parę płyt z jazzem. Książki, które zamierzałem przeczytać, od dawna miałem na półce albo w czytniku.

Kaja Nurek, niewysoka, ale całkiem zgrabna i ładna trzydziestokilkulatka, w pierwszych słowach, gdy tylko usiadła na krześle dla klientów w moim gabinecie, potwierdziła moje obawy.

– Nie będę w stanie panu wiele zapłacić, mam trójkę dzieci, a teraz po śmierci męża… – urwała i zakryła twarz dłońmi.

Gdy się nieco uspokoiła, zapewniłem ją, że na razie wystarczy mi skromna zaliczka. Z mimiki wyczytałem, że nawet dwieście złotych jest dla niej poważną sumą, ale do przyjęcia.

– On zginął w tak dziwny sposób… – odpowiedziała na moje pytanie o okoliczności śmierci męża. – Może nie tyle dziwny… Ale czy to normalne, że na trasie, którą jeździł rowerem, ktoś rozciągnął drut akurat w taki sposób, że mężowi niemal ucięło głowę, gdy się rozpędził na zjeździe z górki? Czy to może być nieszczęśliwy zbieg okoliczności?

W przypadki w takich sprawach oczywiście nie wierzę. Jednak nie powinna w nie wierzyć również policja.

– Policja? – prychnęła pogardliwie kobieta, gdy zapytałem ją o to, co udało się ustalić organom ścigania. – No też niby w nieszczęśliwy zbieg okoliczności nie wierzą, ale ustalić czegokolwiek nie są w stanie. Po wypadku zaczął padać śnieg, nim udało się odnaleźć Teo, wszelkie ślady były zatarte. Ale ja wiem, kto to zrobił. To ci szurnięci niby-ekolodzy, którzy upierali się, że mąż, jeżdżąc rowerem po lesie, straszy jakieś zwierzęta, bo tam podobno rezerwat. Oni są zdolni do wszystkiego! – zakończyła z pasją.

Tyle że oprócz przypuszczeń wdowa nie miała niczego na poparcie swoich oskarżeń. Z jej relacji dowiedziałem się jedynie, że aktywiści z grupy „Dzikie Bielany” mieli na pieńku z redaktorem Teofilem Nurkiem. Czy jednak na tyle, by go zabić?

– Owszem, nie przepadaliśmy za panem redaktorem – tłumaczył mi szef „Dzikiech Bielan”, gdy się z nim spotkałem w biurze grupy – ale za nim mało kto przepadał. Słuchał pan jego wywiadów, panie Stern? Z każdego rozmówcy, jeśli mu się nie podobał, jeśli znalazł jakiś jego słaby punkt, potrafił zrobić debila. Większość jego gości kończyła jako mem, a fragmenty nagrań z wywiadów z niejednego zrobiły pośmiewisko w całym internecie. Pewnie zapyta pan: to po co do niego chodziliście? Bo to wielki pan redaktor Nurek. A może każdy miał nadzieję, że to on będzie tym pierwszym, który z Nurka zrobi głupka i zyska nieśmiertelną sławę. Ja nim nie byłem. Ale mogę panu zaręczyć, że to ani ja, ani nikt od nas go nie zabił. Owszem, wiedzieliśmy dokładnie, kiedy redaktor rusza na swoje rowerowe wyprawy, nieraz mu w nich przeszkadzaliśmy, ale każdy, kto go trochę poobserwował, mógł zdobyć taką wiedzę.

Poszedłem do biura i chociaż byłem niemal pewien, że nie przyniesie to jakichś konkretnych efektów, zleciłem Kindze przeglądanie filmów z wywiadami prowadzonymi przez Teofila Nurka. A było tego sporo, bo redaktor swoją sztandarową audycję „Nurkownia” prowadził co tydzień. Pozostawało mi mieć nadzieję, że to właśnie w „Nurkowni” Kindze uda się coś znaleźć. Ja sam udałem się na miejsce wypadku, gdy już zadzwoniłem do inspektora Pawła Czarnego, od którego usłyszałem, że śledztwo jest w toku, w związku z czym nic mi nie powie, i mam nie wtykać nosa w nie swoje sprawy.

Po tym, jak na początku miesiąca, gdy zginął redaktor Nurek, chwycił lekki mróz i napadało śniegu, a potem przyszła odwilż, od paru dni panowała pogoda wyżowa, co oznaczało mrozy i słońce. Niebawem miały przyjść śnieżyce, jednak w to akurat nie wierzyłem. Nie pamiętałem już śnieżnego Bożego Narodzenia. Choć miałem iść do lasu, nie przebrałem się, bo przy tej pogodzie nie groziło mi ubłocenie. Jak zwykle miałem na sobie trzyczęściowy garnitur, tym razem w odcieniach brązu, ciepły płaszcz i kapelusz.

Gruntowa ścieżka doprowadziła mnie na miejsce. Teraz, gdy świat był skąpany w jasnym świetle słonecznym, nie wydawało się, by można było nie zauważyć wiszącego między drzewami drutu. Tyle że w dniu wypadku pogoda była zupełnie inna, a gdy Teofil Nurek tędy jechał, było już ciemno. Przyglądałem się otartej korze na drzewach, gdy nagle usłyszałem za sobą chrapliwy głos.

– Kierowniku, poratujesz piątakiem?

Odwróciłem się gwałtownie. Miałem przed sobą osobnika raczej niestarego i chociaż ubrany był w nie pierwszej czystości dżinsy i grubą kurtkę oraz jasnopomarańczowy szalik zakręcony wokół szyi, który nie pasował do reszty ubioru, nie sprawiał wrażenia człowieka, który stoczył się w przepaść menelstwa i bezdomności. Stał na jej krawędzi, lecz ostatniego kroku jeszcze nie zrobił.

– Nie będę kłamał, że zbieram na jedzenie. Na piwo potrzebuję. Strasznego kaca mam. Widzisz, kierowniku, jak ja wyglądam? Nawet się nie ogoliłem. – Pociągnął dłonią po zarośniętej twarzy. – To co, poratujesz człowieka w potrzebie?

Gdy spotykam takich ludzi, daleki jestem od umoralniających pouczeń, bo wiem, że nic nie dadzą. Ten człowiek zrobił na mnie jednak pozytywne wrażenie. Może dzięki tym słowom o goleniu się. Skoro jeszcze o tym myślał, była dla niego jakaś nadzieja.

– Poratuję – odpowiedziałem, sięgając do portfela. – Ale niech się pan weźmie do jakiejś pracy, bo źle się to dla pana skończy.

Dostrzegłem błysk w jego oczach, gdy zobaczył dziesięciozłotowy banknot. Skoro jednak trzymał go w dłoni, mógł sobie pozwolić na komentarz.

– Kierowniku, a po co mi ta praca?

– Choćby po to, żeby mieć za co żyć.

Wyszczerzył pożółkłe zęby w uśmiechu.

– Kierowniku, mnie wiele nie potrzeba. Spać mam gdzie, ludzie w potrzebie poratują, a ubranie… Patrz, kierowniku, jaki mam szalik. – Z dumą wskazał to, co miał zawiązane na szyi.

Gdy się przyjrzałem, dostrzegłem, że szalik nie tylko był charakterystyczny, lecz także bez wątpienia sporo kosztował.

– Grosza za niego nie zapłaciłem – ciągnął. – Tu w lesie go znalazłem.

Coś mnie tknęło w jego słowach.

– Kiedy pan go znalazł? – zapytałem.

Rozmówca nie był głupi i od razu zauważył moje zainteresowanie. Uśmieszek wypełzł na jego usta.

– A jakoś tak niedawno – odpowiedział z namysłem. – Po tym, jak pierwszy śnieg spadł.

Negocjacje nie trwały długo. Niestety, w ich wyniku straciłem całą zaliczkę, którą dostałem od pani Nurek. Miałem tylko nadzieję, że kontrahent nie zużyje jej w całości na alkohol.

Z szalikiem w ręku wkroczyłem do biura. Nie zdziwiłem się, że Kinga od razu zwróciła na niego uwagę. Nie tylko był lekko przybrudzony, ale zupełnie nie pasował do mojego stylu. Wpatrywała się jednak w niego w taki sposób, że nie miałem wątpliwości, że nie o jego niedopasowanie do reszty mojej garderoby tu chodzi.

– Ja już go gdzieś widziałam… – powiedziała powoli.

Nim zdążyłem zareagować, odwróciła się do monitora. Ledwie powiesiłem płaszcz na wieszaku, a już zawołała mnie do siebie. Człowiek, którego mi pokazywała, szyję miał okręconą szalikiem, który trzymałem w dłoni.

Moim kapitałem są ludzie, którzy mają wobec mnie dług wdzięczności. Takim człowiekiem był właściciel lokalnego radia. Przyznaję, że pierwszy wywiad, który prowadziłem z inspektorem Pawłem Czarnym, nie poszedł mi najlepiej, choć głównie z powodu policjanta, który zamiast swobodnie opowiadać o przedświątecznej przestępczości i o tym, jak Policja z nią walczy, był jeszcze bardziej spięty niż ja i recytował jakieś dane statystyczne. Ze sprowadzonym przez znajomych Kingi specjalistą od sztucznej inteligencji, choć nie mam o niej wielkiego pojęcia, poszło mi o wiele lepiej. Nawet zainteresowało mnie to, jak obrazki generowane przez oparte na AI kreatory obrazów ostatecznie wyprą z rynku tradycyjne kartki świąteczne. Dzisiaj czekała mnie jednak trudna rozmowa z burmistrzem dzielnicy Sewerynem Barankiewiczem. Nic wielkiego w niej się nie działo, wypytywałem o standardowe rzeczy, jak na przykład organizacja pracy urzędu dzielnicy w okresie świątecznym. Ciekawie zrobiło się dopiero wówczas, gdy doszliśmy do momentu wystroju świątecznego miasta.

– Tak, nowe świąteczne oświetlenie ulic bardzo mieszkańcom się podoba. A niech mi pan powie, panie burmistrzu, dlaczego przed urzędem nie będzie w tym roku choinki? Tylko niech pan nie mówi o względach ekologicznych, skoro te względy nie przeszkodziły w przystrojeniu ulic. Dlaczego pan, wielbiciel wierzeń słowiańskich nie chce choinki? To ona nie ma rodowodu pogańskiego? Nie została zapożyczona z wiary starosłowiańskiej tak jak Boże Narodzenie? – dopytywałem z ironicznym uśmieszkiem.

Twarz Barankiewicza momentalnie zmieniła się w kamień. Przez chwilę obawiałem się, że wyjdzie ze studia, ale ostatecznie został.

– Chce pan wracać do mojego przejęzyczenia? – wysyczał. – Ile razy mam tłumaczyć, że chodziło mi o to, że Boże Narodzenie zastąpiło rzymskie pogańskie święto Narodzenia Słońca Niezwyciężonego, a na ziemiach polskich zwyczaje związane ze świętowaniem Bożego Narodzenia zostały zapożyczone ze starosłowiańskiego święta Szczodrych Godów?

– To jedna z hipotez na temat pochodzenia Bożego Narodzenia, hipoteza zastępstwa. Ale wie pan, że są też inne. Słyszał pan o hipotezie obliczeniowej?

Burmistrz zgrzytnął zębami. Musiały mu się przypomnieć pytania zadawane prawie rok temu przez redaktora Teofila Nurka.

– Tak. Bzdurna teoria mówiąca, że datę Bożego Narodzenia ustalono na podstawie danych biblijnych dotyczących chronologii życia Jezusa. Jakiej chronologii…

– A hipoteza apologetyczna? Ta też jest bzdurna? Wie pan, ta hipoteza…

– Że konieczne było wprowadzenie święta Bożego Narodzenia, żeby odpowiedzieć heretykom kwestionującym dogmat o Trójcy Świętej. Ma więcej sensu, tym bardziej że nie wyklucza hipotezy zastępstwa.

– A hipoteza, że konieczne było nawiązanie do świąt starotestamentowych, w tym wypadku Chanuki, albo ich zastąpienie?

– Też nie wyklucza teorii mówiącej o zastąpieniu święta pogańskiego. Dobrze, niech pan sobie oszczędzi wysiłku. Znam też hipotezę historyczną, że 25 grudnia to rzeczywista data narodzin Jezusa – bzdura, skoro on się nigdy nie narodził – i hipotezę liturgiczno-paschalną, którą tak ostatnio wszyscy się fascynują, że wybór 25 grudnia jako daty Bożego Narodzenia spowodował rozwój kościelnego roku liturgicznego, w którym centralne miejsce zajmowała Wielkanoc, a kolejne święta umieszczano w dniach mających wielką wymowę symboliczną…

– A nie wydaje się panu, że to ma sens? Odnaleziono Grotę Narodzenia Pańskiego w Betlejem, wybudowano nad nią bazylikę, cesarzowa Helena uczestniczyła w jej poświęceniu, były pierwsze oficjalne obchody narodzenia Pańskiego, z czasem stało się to regularną uroczystością, dla której trzeba było znaleźć jakąś stałą datę…

– To też nie wyklucza hipotezy zastępstwa…

– No, według mnie wyklucza, lecz nie będę się z panem spierał, bo nie mam takiej wiedzy, jak redaktor Teofil Nurek. W sumie szkoda, że nie wiedział pan tego wszystkiego, co teraz pan wie, gdy z nim rozmawiał rok temu. Być może udałoby się panu wyjść z tej rozmowy obronną ręką i nie musiałby pan z zemsty za ośmieszenie go mordować.

Burmistrzowi wszystka krew odpłynęła z twarzy.

– Co? – wydukał w końcu. – Co pan powiedział? Czy pan zwariował?

Wyciągnąłem pomarańczowy szalik i położyłem na stole.

– Ten szalik przed rokiem miał pan na sobie podczas rozmowy z redaktorem Nurkiem. Szalik, który niedawno zgubił pan w lesie, co widział spacerujący w nim człowiek, gdy rozciągał pan drut nad ścieżką, którą jechał redaktor Teofil Nurek.

– I bardzo dobrze! – wrzasnął burmistrz. – Obrońca Bożego Narodzenia się znalazł.

Poderwał się, złapał szalik i rzucił się do drzwi. Daleko nie uciekł, bo na zewnątrz czekali na niego ludzie inspektora Pawła Czarnego.

Poszedłem do biura. Kinga obsypała mnie komplementami, powiedziała, że gdy nie będę miał pracy, to mogę zostać dziennikarzem radiowym. Odebrałem jeszcze telefon od właściciela radia, który nie mógł się nadziękować, bo dzisiejsza audycja sprawiła, że serwery radia się zawiesiły z powodu przeciążenia.

W Wigilię zwykle pracowałem, choć kończyliśmy wcześniej. Tym razem do biura nie poszedłem, a Kindze dałem wolne. Kupiłem, pierwszy raz od wielu lat, sporą choinkę. Gdzieś w pawlaczu były trzymane z sentymentu stare ozdoby choinkowe, jeszcze po dziadkach. Bóg się rodzi, moc truchleje – popłynęło z głośników.


Na temat różnych teorii powstania świąt Bożego Narodzenia, a zwłaszcza teorii paschalno-liturgicznej, której autor jest zwolennikiem, można przeczytać w książce ks. prof. Józefa Naumowicza „Narodziny Bożego Narodzenia”. Dostępne są również filmy, w których mowa o teorii paschalno-liturgicznej:  np. „Prawdziwe początki Bożego Narodzenia„, Mazurek słucha… ks. prof. Józefa Naumowicza.


Jeśli opowiadanie Ci się podobało, nie kupuj mi kawy, którą wprawdzie lubię, ale która w nadmiarze szkodzi. 😉 Zamiast tego kup, wypożycz w bibliotece, kup na prezent świąteczny, oceń czy zrecenzuj gdzieś w internecie którąś z moich książek (https://lubimyczytac.pl/autor/69760/robert-m-rynkowski), poleć je znajomym. Za wszystkie takie działania z góry serdecznie dziękuję!

Jeden komentarz do “Śledztwa Benedykta Sterna – Pomarańczowy szalik

  1. Wrocław Fotograf

    Jestem zachwycony, że wyszukałem to miejsce . Wielu autorom wydaje się, że posiadają odpowiednią wiedzę na opisywany temat, ale często tak nie jest. Stąd też moje zaskoczenie. Czuję, że powinienem podziękować za Twój trud. Koniecznie będę rekomendował to miejsce i częściej odwiedzał, aby zobaczyć nowe posty.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *