Zdarza mi się trafiać na teksty czy inne wystąpienia mniej czy bardziej popularnych katolickich publicystów, które mają jedną cechę wspólną: otóż ich autorzy mówią nam, co jest istotą chrześcijaństwa.
Można by pomyśleć, że tym samym stają w szeregu autorów, którzy temu właśnie zagadnieniu poświęcili swoje książki, takich jak Romano Guardini czy Bruno Forte (wprost zatytułowali je „Istota chrześcijaństwa”), albo jak Joseph Ratzinger („Wprowadzenie w chrześcijaństwo”) czy Karl Rahner („Podstawowy wykład wiary”). Różnica między tymi tytanami teologii a owymi publicystami jest jednak zasadnicza. Każdy ze wspomnianych teologów mozolnie poszukiwał tego, co dałoby się określić jako istotę chrześcijaństwa, a i tak pozostaje wrażenie, że mniej o tej istocie wiadomo, niż nie wiadomo. Tymczasem każdy z naszych publicystów z niezachwianą pewnością, której pozazdrościłby im sam Pan Jezus, wie, co jest istotą chrześcijaństwa, a ten, kto by się z nimi nie zgadzał, po prostu chrześcijaństwa nie rozumie.

Wiadomo, jak jest ta istota: jest nią Boże miłosierdzie, czyli innymi słowy przebaczenie.
Proste, prawda? 😉
Dla mnie istotne jest doświadczenie, że Bóg mnie naprawdę kocha. To nadaje mi poczucie sensu życia, poczucie sensu mojego istnienia.