René Goscinny nie urodził się w Polsce, był tylko potomkiem emigrantów z Polski. Ciągle mnie więc zadziwia, gdy czytam jego książki o przygodach Mikołajka, jak to jest, że niemal każda historia to idealne odwzorowanie relacji w polskim społeczeństwie.
Bo najpierw chłopaki mają niesamowity pomysł (niesamowitych pomysłów też nam nie brakuje) na to, co będą robić, jak będą się bawić. Problem w tym, że najczęściej ten świetny pomysł ma jeden z nich. A skoro to jego pomysł, to on ustala zasady i od razu mianuje sam siebie szefem. No ale dlaczego szefem nie miałby być Euzebiusz, który jest bardzo silny, albo Gotfryd, który zawsze jest najlepiej ubrany, albo Mikołajek, u którego chłopaki są gośćmi? No więc po tradycyjnym dialogu: „Idioto” – „Sam jesteś idiotą”, przynajmniej dwóch najlepszych kolegów zaczyna się bić. W czasie, gdy oni się biją, pozostali dalej ustalają zasady zabawy, co nie jest wcale proste, bo każdy z nich ma inny pomysł na to, gdzie budować dom czy kopać basen (chociaż nie wiadomo, czy nie lepiej by było, gdyby była to sadzawka), od czego zacząć, czy od ścian, czy od drzwi itd., itp. W wyniku tych ustaleń kilku najlepszych kolegów zaczyna się bić, oprócz Ananiasza, którego nie wolno bić, bo nosi okulary, i Alcesta, który się nie bije, bo ciągle je. A najfajniej jest, gdy wszyscy biją się ze wszystkimi, chociaż nie do końca wiadomo o co. To po takiej wielkiej bijatyce Mikołajek najczęściej podsumowuje: fajnie się żeśmy bawili.
Oczywiście ktoś – i nie bez racji – powie: no przecież to wypisz, wymaluj obraz życia politycznego w Polsce, bo najpierw wszyscy zgadzają się ze sobą (że coś z czymś trzeba zrobić), a potem i tak będzie tak, jak jest (bo ten tamtemu coś powiedział, tamten się obraził, powiedział coś temu itd.), i wszystko skończy się wielką awanturą. Tak, tylko że w książkach Goscinnego świat dorosłych jest taki sam jak świat dzieci, bo tata Mikołajka ze swoim „przyjacielem” panem Bledurtem często „znowu nie rozmawia”, nie mówiąc o panu Courteplaque, z którym wcale nie rozmawia. Może więc to wcale nie jest tak, że tylko politycy to taka wielka klasa Mikołajka? Może to raczej jest tak, że właściwie wszędzie w Polsce można znaleźć takie klasy „fajnych” kolegów? Że my wszyscy często nią jesteśmy? Czy nie o wiele łatwiej przychodzi nam dać komuś fangę w nos, niż zadać sobie trud poznania jego poglądów i wysłuchania go?
Chyba najbardziej bolesne jest jednak to, że taką „fajną zabawę” w klasie najlepszych kolegów lubimy również fundować sobie w Kościele. Niby nie lubimy dyskutować, się spierać, wielu zarzuca, że w polskiej teologii nie ma żadnego wielkiego sporu, może z wyjątkiem dyskusji o nadziei powszechnego zbawienia. Na ten wielki spór wielu wyczekuje z utęsknieniem. Może takiej wielkiej dyskusji teologicznej rzeczywiście nie ma, ale spory innego rodzaju, niestety, na tematy dla Kościoła trzeciorzędne, i owszem, są. A w takim sporze zaraz okazuje się, że ten idiota, tamten błazen, ten nie dowidzi, tamten nie dosłyszy… Po co kogo słuchać, zadawać sobie trud zrozumienia jego poglądów i postawy, kiedy od razu można dać mu w nos? Przekonał się o tym ks. Wacław Hryniewicz, który wręcz był oskarżany o herezję, i który często pisał o tym, że przeciwnicy go nie słuchają. Przekonują się o tym i inni, chociaż o tak poważnych sprawach jak kwestia zbawienia nie mówią. Nic dziwnego, że w tej sytuacji ci, którzy nie bardzo lubią się bić, wolą się nie odzywać.
W historiach o Mikołajku najczęściej jest tak, że gdy dorośli się wygłupiają, gdy kłócą się i popychają, chłopaki zapominają o swoich bijatykach. Może więc dopiero gdy inni zaczynają się okładać po głowach, widać, jakie to jest głupie i odechciewa się tego robić? Niewykluczone więc, że będzie jakiś pożytek i z kampanii wyborczej, i z ostatnich dyskusji w Kościele.
