Czytam wydaną w ubiegłym roku książkę „Niezbędnik ateisty” będącą zbiorem wywiadów ze znanymi Polakami ateistami. I oto zaraz w pierwszym wywiadzie nieco zaskakujące stwierdzenie Agnieszki Graff: irytuje ją niewiara katolików w istnienie ateistów. Jej zdaniem w świecie katolików nie istnieją ludzie, dla których Boga nie ma, bo po prostu zakładają oni, że jest to niemożliwe. Graff odczytuje to jako przejaw pogardy dla ateistów, wolałaby ataki na siebie niż wyrażanie przekonania, że de facto wierzy w Boga tylko o tym nie wie.
Nie wiem, jakich katolików spotyka Agnieszka Graff, ale ja spotykam takich, którzy w istnienie ateistów jak najbardziej wierzą. Żeby jednak nie opierać się na własnych odczuciach, odwołam się do książki Szymona Hołowni i Marcina Prokopa „Bóg, kasa i rock’n’roll”. Jakoś w żadnym miejscu nie zauważyłem, żeby Hołownia wmawiał Prokopowi, że ten wierzy w Boga. Wręcz pyta go: „czy ty wierzyłeś i przestałeś, czy wierzysz, lecz masz wątpliwości, czy też uznajesz, że Bóg nie jest ci do niczego potrzebny?”, „czy zarzuciłeś poszukiwania, dochodząc do konkluzji, że tam i tak nic nie ma?”. Myślę, że tego typu rozmowy ze strony wierzących są częstsze niż uznanie, że nie można nie wierzyć w Boga. Zapewne nie bez znaczenia jest też to, że nie wszyscy wierzący zawsze byli wierzącymi. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że gdyby ktoś taki jak Agnieszka Graff czy Marcin Prokop uwierzył w Boga, mógłby przekonywać ateistę, że w istocie jest on wierzący.
Problem jednak w tym, że czasami naprawdę trudno ustalić, nawet po zadaniu takich pytań, jakie zadaje Hołownia, czy ktoś rzeczywiście jest ateistą. Bo czy nie można zakładać jakiejś ukrytej wiary u kogoś, kto deklaruje się jako ateista, a jednocześnie – formalnie, bo formalnie, ale jednak – należy do Kościoła, gdyż nie dokonał aktu apostazji? A takich niedzielnych ateistów zdarza mi się spotykać. Oczywiście mogą oni powiedzieć, że Bóg i religia są im tak obojętne i nieinteresujące, że formalna przynależność nie ma dla nich żadnego znaczenia, wręcz nawet nie zdają sobie z niej sprawy. Mimo wszystko jakaś wątpliwość jednak pozostaje…
Z drugiej strony w Polsce akt apostazji jest mocno formalnie obwarowany. Apostata musi własnoręcznie podpisane oświadczenie przekazać proboszczowi miejsca zamieszkania. Powinno to się stać w obecności dwóch pełnoletnich świadków, przy czym dobrze by było, by jednym z nich był rodzic lub rodzic chrzestny, a do oświadczenia musi być dołączone świadectwo chrztu. Takich obostrzeń nie ma w innych krajach (w Niemczech wystarczy oświadczenie o wystąpieniu z Kościoła złożone władzom świeckim). Te procedury mogą zniechęcać do podjęcia kroków zmierzających do apostazji. Oczywiście zrozumiałe jest, że czasem rozmowa z księdzem może powstrzymać apostatę przed tym poważnym aktem, więc nie ma powodu, by zastępować ją na przykład e-mailem. Myślę jednak, że nic by się nie stało, gdyby zrezygnowano z dwóch świadków.
Po co jednak to robić? Czy nie powinniśmy raczej starać się zatrzymać potencjalnych apostatów wszelkimi sposobami? Ojcowie Kościoła i teologowie tej miary co św. Tomasz wskazywali, że herezje przyczyniają się do rozwoju doktryny Kościoła. Św. Augustyn mówił, że skłaniają one nas do tego, „abyśmy otrząsnąwszy się z lenistwa, zabrali się skrzętnie do badania Pisma Świętego”. Podobnie jest z ateizmem. Do porzucenia duchowego lenistwa skłania też i on. Tyle że musi to być ateizm wiarygodny, ateizm chociaż w jakimś stopniu konsekwentny. Sądzę, że jako wierzący powinniśmy pomóc mu w tym, by taki się stał. Uważam, że dzięki temu więcej zyskamy niż stracimy. Poważny ateizm wytrąci nas z duchowego spokoju, ale w wierze nie o spokój chodzi. Niewykluczone jednak, że ten spokój utraci również kilku niedzielnych ateistów.
