Archiwum kategorii: Ateizm

Czajniczek Russella, ateizm i objawienie

Pytanie, czy suprateizm odwołujący się do przykładu Latającego Potwora Spaghetti jest postawą racjonalnie uzasadnioną, musi pozostać pytaniem retorycznym

Jakiś czas temu natrafiłem na artykuł etyka prof. Mirosława Rutkowskiego Suprateizm, czyli o tym dlaczego bezsensowny jest teizm oraz ateizm. I może nie warto byłoby się nim szczególnie zajmować, gdyby pośrednio nie pokazywał on, jak ważne dla teologii jest pojęcie objawienia.

Autor dowodzi, że jedyną sensowną postawą wobec teizmu, czyli przekonania, że Bóg istnieje, jest nie ateizm, którego przedstawiciele, chociaż nie zgadzają się ze zdaniem „Bóg istnieje”,  uważają je za równie autentyczne i sensowne jak osoby wierzące, ale suprateizm, wyrażający się w przekonaniu, że nie należy angażować się w rozważanie bytów istniejących rzekomo niezależnie od ludzkich umysłów, jeśli przysługująca im transcendentność sytuuje je poza granicami naszego poznania, a więc angażować się w rozważania na temat prawdziwości zdań co prawda poprawnych, ale pozbawionych znaczenia. Zdanie „Latający Potwór Spaghetti w pełni popiera krasnoludki pomagające sierotce Marysi” jest poprawne, ale nie wyraża sądów możliwych do zweryfikowania. Na tym samym poziomie autor ustawia zdanie „Bóg istnieje”. Rozważenia wymagałoby to, czy rzeczywiście wypowiedź teisty albo przynajmniej każdego teisty mówi o Bogu istniejącym poza granicami poznania, ale chcę raczej zwrócić uwagę na przykład ilustrujący przedstawione twierdzenia.

Autor odwołuje się do przedstawionego przez Bertranda Russella przykładu kosmicznego czajniczka. Otóż ktoś twierdzi, że po orbicie odległej planety krąży czajniczek pełen herbaty, a ponieważ planeta jest odległa, a czajniczek mały, nie sposób go wykryć. Właściwa postawa wobec takiej osoby to wzruszenie ramionami, skoro nie jest ona w stanie przedstawić sądów możliwych do zweryfikowania, bo wdając się w rozważania o prawdziwości tezy o czajniczku, sugerujemy, że zdania mówiące o nim opisują jakąś konkretną rzeczywistość w sposób dla nas zrozumiały. Przykład jest tyleż efektowny, co nietrafny.

Sytuacja osoby mówiącej, że „Bóg istnieje” jest zgoła inna niż osoby twierdzącej, że istnieje kosmiczny czajniczek. Czajnikowicz, przynajmniej ten z przykładu, nie za bardzo może powoływać się na coś innego niż własne przekonanie, tymczasem teista swoje przekonanie opiera na objawieniu. Przy tym objawienie nie jest to Biblia ani jakiś zbiór zdań. Zainteresowanych sposobem rozumienia objawienia odsyłam do znakomitej książki Roberta J. Woźniaka Różnica i tajemnica, w której niejako odzyskuje on to pojęcie dla teologii i wiary. Dość powiedzieć, że wskazuje on, że objawienie związane jest ściśle z osobą Chrystusa, oznacza ono komunikowanie swojej inności, czynienie ją widzialną i możliwą do zrozumienia, jest ono zawsze odsłonięciem się samej różnicy, inności odsłaniającego się, jest jego wyjściem na jaw, które nie neguje, nie znosi jego inności. Objawienie jest otwarciem przed światem i dla świata własnej tajemnicy Boga, jaką jest Jego trynitarne życie. Objawienie nie usuwa niepoznawalności Boskiej substancji, umożliwia jednak prawdziwościową wiedzę o Bogu, której źródłem jest Jego działanie (można poznać Jego sposób istnienia).

Czy Russellowy czajniczek albo Latający Potwór Spaghetti objawiły w świecie swoją inność, swoją tajemnicę? Czy to objawienie ukształtowało jakąkolwiek ludzką podmiotowość do bycia w relacji z nimi? Wydaje się, że te pytania muszą pozostać pytaniami retorycznymi. Podobnie jak pytanie, czy suprateizm odwołujący się do takich przykładów jest postawą racjonalnie uzasadnioną.

Czajniczek Russella, ateizm i objawienie

Z pewnym opóźnieniem trafiłem na artykuł etyka prof. Mirosława Rutkowskiego Suprateizm, czyli o tym dlaczego bezsensowny jest teizm oraz ateizm. I może nie warto byłoby się nim szczególnie zajmować, gdyby pośrednio nie pokazywał on, jak ważne dla teologii jest pojęcie objawienia.

Autor dowodzi, że jedyną sensowną postawą wobec teizmu, czyli przekonania, że Bóg istnieje, jest nie ateizm, którego przedstawiciele, chociaż nie zgadzają się ze zdaniem „Bóg istnieje”,  uważają je za równie autentyczne i sensowne jak osoby wierzące, ale suprateizm, wyrażający się w przekonaniu, że nie należy angażować się w rozważanie bytów istniejących rzekomo niezależnie od ludzkich umysłów, jeśli przysługująca im transcendentność sytuuje je poza granicami naszego poznania, a więc angażować się w rozważania na temat prawdziwości zdań co prawda poprawnych, ale pozbawionych znaczenia. Zdanie „Latający Potwór Spaghetti w pełni popiera krasnoludki pomagające sierotce Marysi” jest poprawne, ale nie wyraża sądów możliwych do zweryfikowania. Na tym samym poziomie autor ustawia zdanie „Bóg istnieje”. Rozważenia wymagałoby to, czy rzeczywiście wypowiedź teisty albo przynajmniej każdego teisty mówi o Bogu istniejącym poza granicami poznania, ale chcę raczej zwrócić uwagę na przykład ilustrujący przedstawione twierdzenia.

Autor odwołuje się do przedstawionego przez Bertranda Russella przykładu kosmicznego czajniczka. Otóż ktoś twierdzi, że po orbicie odległej planety krąży czajniczek pełen herbaty, a ponieważ planeta jest odległa, a czajniczek mały, nie sposób go wykryć. Właściwa postawa wobec takiej osoby to wzruszenie ramionami, skoro nie jest ona w stanie przedstawić sądów możliwych do zweryfikowania, bo wdając się w rozważania o prawdziwości tezy o czajniczku, sugerujemy, że zdania mówiące o nim opisują jakąś konkretną rzeczywistość w sposób dla nas zrozumiały. Przykład jest tyleż efektowny, co nietrafny.

Sytuacja osoby mówiącej, że „Bóg istnieje” jest zgoła inna niż osoby twierdzącej, że istnieje kosmiczny czajniczek. Czajnikowicz, przynajmniej ten z przykładu, nie za bardzo może powoływać się na coś innego niż własne przekonanie, tymczasem teista swoje przekonanie opiera na objawieniu. Przy tym objawienie nie jest to Biblia ani jakiś zbiór zdań. Zainteresowanych sposobem rozumienia objawienia odsyłam do znakomitej książki Roberta J. Woźniaka Różnica i tajemnica, w której niejako odzyskuje on to pojęcie dla teologii i wiary. Dość powiedzieć, że wskazuje on, że objawienie związane jest ściśle z osobą Chrystusa, oznacza ono komunikowanie swojej inności, czynienie ją widzialną i możliwą do zrozumienia, jest ono zawsze odsłonięciem się samej różnicy, inności odsłaniającego się, jest jego wyjściem na jaw, które nie neguje, nie znosi jego inności. Objawienie jest otwarciem przed światem i dla świata własnej tajemnicy Boga, jaką jest Jego trynitarne życie. Objawienie nie usuwa niepoznawalności Boskiej substancji, umożliwia jednak prawdziwościową wiedzę o Bogu, której źródłem jest Jego działanie (można poznać Jego sposób istnienia).

Czy Russellowy czajniczek albo Latający Potwór Spaghetti objawiły w świecie swoją inność, swoją tajemnicę? Czy to objawienie ukształtowało jakąkolwiek ludzką podmiotowość do bycia w relacji z nimi? Wydaje się, że te pytania muszą pozostać pytaniami retorycznymi. Podobnie jak pytanie, czy suprateizm odwołujący się do takich przykładów jest postawą racjonalnie uzasadnioną.

Bóg nie jest prawnikiem

Ks. Tomas Halik w swojej książce „Cierpliwość wobec Boga” (s. 128-130) zauważa, że nad pewnym kierunkiem greckiej patrystyki, platonizmem i neoplatonizmem inspirowanym przez filozofię chrześcijańską i mistykę filozoficzną zatriumfował rzymski duch prawa i moralności. Jako ten, który teologiczne ostrogi zdobywał w wyniku studiowania dzieł Wacława Hryniewicza, podpisuję się pod tym stwierdzeniem dwiema rękami. W wyniku tej swoistej rejudaizacji chrześcijaństwa nastąpił pewien powrót do religii jako systemu prawnego (takim systemem są w zasadzie judaizm i islam). Jezus, a jeszcze bardziej Paweł, relację „powinien dać – dał” próbował zastąpić dialektyką łaski i wiary, zastąpić religię norm religią miłości. W serii starotestamentowych przymierzy Bóg zobowiązał Izrael i samego siebie, w wyniku czego relacja religijna ma logikę i przejrzystość jak każdy porządek prawny. Nowe przymierze zawarte przez Jezusa nie jest już oparte na prawie, lecz na miłości. Halik trafnie wskazuje, że niestety, wielu ludziom zbyt szeroko otwarte drzwi wolności wydały się ryzykownym rozwiązaniem i woleli je przymknąć myśleniem prawniczym. Czytaj dalej

Niedzielni ateiści?

Czytam wydaną w ubiegłym roku książkę „Niezbędnik ateisty” będącą zbiorem wywiadów ze znanymi Polakami ateistami. I oto zaraz w pierwszym wywiadzie nieco zaskakujące stwierdzenie Agnieszki Graff: irytuje ją niewiara katolików w istnienie ateistów. Jej zdaniem w świecie katolików nie istnieją ludzie, dla których Boga nie ma, bo po prostu zakładają oni, że jest to niemożliwe. Graff odczytuje to jako przejaw pogardy dla ateistów, wolałaby ataki na siebie niż wyrażanie przekonania, że de facto wierzy w Boga tylko o tym nie wie.

Nie wiem, jakich katolików spotyka Agnieszka Graff, ale ja spotykam takich, którzy w istnienie ateistów jak najbardziej wierzą. Żeby jednak nie opierać się na własnych odczuciach, odwołam się do książki Szymona Hołowni i Marcina Prokopa „Bóg, kasa i rock’n’roll”. Jakoś w żadnym miejscu nie zauważyłem, żeby Hołownia wmawiał Prokopowi, że ten wierzy w Boga. Wręcz pyta go: „czy ty wierzyłeś i przestałeś, czy wierzysz, lecz masz wątpliwości, czy też uznajesz, że Bóg nie jest ci do niczego potrzebny?”, „czy zarzuciłeś poszukiwania, dochodząc do konkluzji, że tam i tak nic nie ma?”. Myślę, że tego typu rozmowy ze strony wierzących są częstsze niż uznanie, że nie można nie wierzyć w Boga. Zapewne nie bez znaczenia jest też to, że nie wszyscy wierzący zawsze byli wierzącymi. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że gdyby ktoś taki jak Agnieszka Graff czy Marcin Prokop uwierzył w Boga, mógłby przekonywać ateistę, że w istocie jest on wierzący.

Problem jednak w tym, że czasami naprawdę trudno ustalić, nawet po zadaniu takich pytań, jakie zadaje Hołownia, czy ktoś rzeczywiście jest ateistą. Bo czy nie można zakładać jakiejś ukrytej wiary u kogoś, kto deklaruje się jako ateista, a jednocześnie – formalnie, bo formalnie, ale jednak – należy do Kościoła, gdyż nie dokonał aktu apostazji? A takich niedzielnych ateistów zdarza mi się spotykać. Oczywiście mogą oni powiedzieć, że Bóg i religia są im tak obojętne i nieinteresujące, że formalna przynależność nie ma dla nich żadnego znaczenia, wręcz nawet nie zdają sobie z niej sprawy. Mimo wszystko jakaś wątpliwość jednak pozostaje…

Z drugiej strony w Polsce akt apostazji  jest mocno formalnie obwarowany. Apostata musi własnoręcznie podpisane oświadczenie przekazać proboszczowi miejsca zamieszkania. Powinno to się stać w obecności dwóch pełnoletnich świadków, przy czym dobrze by było, by jednym z nich był rodzic lub rodzic chrzestny, a do oświadczenia musi być dołączone świadectwo chrztu. Takich obostrzeń nie ma w innych krajach (w Niemczech wystarczy oświadczenie o wystąpieniu z Kościoła złożone władzom świeckim). Te procedury mogą zniechęcać do podjęcia kroków zmierzających do apostazji. Oczywiście zrozumiałe jest, że czasem rozmowa z księdzem może powstrzymać apostatę przed tym poważnym aktem, więc nie ma powodu, by zastępować ją na przykład e-mailem. Myślę jednak, że nic by się nie stało, gdyby zrezygnowano z dwóch świadków.

Po co jednak to robić? Czy nie powinniśmy raczej starać się zatrzymać potencjalnych apostatów wszelkimi sposobami? Ojcowie Kościoła i teologowie tej miary co św. Tomasz wskazywali, że  herezje przyczyniają się do rozwoju doktryny Kościoła. Św. Augustyn mówił, że skłaniają one nas do tego, „abyśmy otrząsnąwszy się z lenistwa, zabrali się skrzętnie do badania Pisma Świętego”. Podobnie jest z ateizmem. Do porzucenia duchowego lenistwa skłania też i on. Tyle że musi to być ateizm wiarygodny, ateizm chociaż w jakimś stopniu konsekwentny. Sądzę, że jako wierzący powinniśmy pomóc mu w tym, by taki się stał. Uważam, że dzięki temu więcej zyskamy niż stracimy. Poważny ateizm wytrąci nas z duchowego spokoju, ale w wierze nie o spokój chodzi. Niewykluczone jednak, że ten spokój utraci również kilku niedzielnych ateistów.

Milcząca obecność… Boga

Elżbieta Adamiak napisała książkę „Milcząca obecność” poświęconą obecności kobiet w Kościele będącej obecnością tych, które milczą. Ten tytuł być może można też odnieść do obecności Boga w świecie. Oto bowiem w książce „Bóg, kasa i rock’n’roll” Marcin Prokop w rozmowie z Szymonem Hołownią przyznaje, że byłby skłonny czcić Boga, gdyby mu się tylko pokazał, za zespołem Kaliber 44 mógłby powtórzyć: „Dlaczego oczywistym dla mnie jest, że Ciebie nie ma? Bądź, a klęknę”. Uważa, że w walczących ateistach jest pragnienie, by Go spotkać. Szkoda, że odpowiedź Hołowni „to otwórz oczy” przenosi tę nader interesującą w tym momencie dyskusję na kwestię języka, jakim posługują się wierzący (otwórz oczy, wypłyń na głębię, stań w prawdzie).

Sprawa nie jest też bowiem taka oczywista dla wierzących. Wszak „Boga nikt nigdy nie widział” (J 1, 18), a i Matka Teresa, i św. Teresa od Dzieciątka Jezus doświadczały Jego nieobecności, poczucia opuszczenia, nicości. Można powiedzieć, że czciły Boga, klękały przed nim, choć się nie pokazywał. I zapewne niewiele pomagało im otwieranie oczu, bo te raczej miały otwarte.

Inna jednak sprawa, że bycie Boga można łatwo „przeoczyć”, bo często jest to bycie milczące. Zastanawiam się, czy Bóg nie jest trochę podobny do kanadyjskich Indian Innu. Oto co o tym plemieniu mówi misjonarz Piotr Dudek: „Dla nich nie czas jest najważniejszy, a obecność. Nieraz odwiedzają mnie na parafii dzieci. Wchodzą, pokręcą się po domu albo posiedzą piętnaście minut czy pół godziny, nic nie mówiąc. Potem tylko krótkie „Bye” i wychodzą… Nie ma żadnej rozmowy czy konkretnego celu wizyty. Istotna jest obecność drugiego człowieka. Zresztą Innu w ogóle raczej mało mówią. Swoje uczucia wyrażają poprzez gest lub spojrzenie. To ludzie ciszy i ducha”.

Może dla Boga też najważniejsza jest obecność. Nawet obecność milcząca. Zresztą niekoniecznie musi to oznaczać brak rozmowy. Wszak i w naszych rozmowach zdarza się nam czasem razem pomilczeć. Niekiedy to ważniejsze niż wszystkie słowa.

Czy to obecność gorsza, bo nie taka, jakiej byśmy oczekiwali? Czy Jezus Chrystus nie mógłby i o nas powiedzieć: Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: „Zły duch go opętał”. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: „Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników”” (Łk 7, 33-34)? Bóg prowadzący Izrael do Ziemi Obiecanej nam się nie podoba, bo się wtrąca w sprawy świata, a na dodatek jest okrutny i faworyzuje jeden naród, Bóg milczący i dający nam pole do działania też nam się nie podoba, bo to tak, jakby Go nie było.

Może jednak to milczenie Boga daje nam przedsmak tego, co nas czeka. Problem tylko w tym, byśmy nauczyli się widzieć milczącą obecność.