W najnowszym numerze Newsweeka znajduje się artykuł o zmarłej niedawno dziennikarce Annie Laszuk. Wspominający ją współpracownicy z radia TOK FM mówią, że ponieważ nie życzyła ona sobie kontaktów, nigdy nie zebrali się, żeby coś zrobić, żeby się pożegnać. Sekretarz redakcji Zuzanna Piechowicz zadaje pytanie: „Zresztą gdyby ją ktoś odwiedził, to co by powiedział? Cześć, jak tam twoje umieranie?”.
Pewnie podobne pytania zadawał sobie ks. Józef Tischner. Jak sam przyznał w pewnej homilii, był czas, gdy bał się chodzić do chorych, bo wydawało mu się, że nie umie im nic powiedzieć. Uważał, że skoro sam nie przeżył ciężkiej choroby, to nie powinien niczego mówić. Dlatego od wizyt u chorych się wymigiwał. Jednak gdy ciężko chory, a właściwie już bliski śmierci, był jego przyjaciel Antoni Kępiński, w końcu zebrał się i poszedł do niego do kliniki. Ciągle bał się, że wyjdzie na głupiego, bo co mądrego będzie w stanie powiedzieć, skoro ze względu na swoje cierpienie Kępiński jest mądrzejszy od wszystkich.
Ale okazało się, że kiedy wszedł do Kępińskiego, nie musiał nic mówić, bo ten, zanim jeszcze Tischner zdołał cokolwiek powiedzieć, się ucieszył i powiedział: „Bo wiesz… Bo ty masz taką uzdrawiającą gębę”. I Tischner poczuł się podbudowany na duchu, bo zrozumiał, że nie musi chorym nic mówić, że wystarczy, że pokaże gębę i jakoś to będzie. Zrozumiał, że choremu potrzebne są nie słowa, ale obecność. Zresztą i rozmowa, choć rwana, jeszcze się toczyła.
Tischner miał to szczęście, że nie usłyszał od Kępińskiego jak trzej przyjaciele Hioba: „Niech przepadnie dzień mego urodzenia i noc, gdy powiedziano: „Poczęty mężczyzna”” (Hi 3,3). Słynny naukowiec chciał już odejść, a pocieszenie znajdował w scenie modlitwy Jezusa w Ogrójcu (Łk 22, 39-46), w tym, że człowiek nie jest pierwszy na tej drodze. Być może jednak żaden z przyjaciół Hioba nie miał uzdrawiającej gęby.
