Możliwość odkrywania różnych sensów Biblii powoduje, że chrześcijaństwo jest tak fascynujące.
Czytelnik Pisma Świętego, który weźmie do ręki różne przekłady, może doznać niemałego zaskoczenia. Oto bowiem okazuje się, że różnią się one nie tylko niuansami, ale czasem w bardzo istotnie. Weźmy np. Mt 11, 25: „W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Biblia Tysiąclecia). Co prawda we współczesnej polszczyźnie mało zrozumiałe jest, kto to są owi prostaczkowie, ale możemy wywnioskować, że chodzi tu o ludzi „prostych”, „niewykształconych”. Łatwo nam to tak rozumieć, bo przecież mamy obraz uczonych żydowskich, którzy odrzucili nauczanie Jezusa, i prostych rybaków, którzy je przyjęli. Tyle, że nie we wszystkich przekładach mowa tu o prostaczkach (to słowo znajdziemy w Biblii Warszawskiej i w Biblii Poznańskiej, choć w tej ostatniej jest „ludziom prostym”). Greckie słowo „nepioi” jedni przekładają jako „niemowlęta” (Biblia Gdańska i inne przekłady „protestanckie”), inni jako „maluczkim” (Biblia Warszawsko-Praska, Ekumeniczny Przekład Przyjaciół). Tymczasem słowo to oznacza dzieci w wieku 2-6 lat, a więc powinno być tłumaczone jako „małym dzieciom” (tak jest w przekładzie ekumenicznym, a u Jakuba Wujka „malutkim”). To zaś nieco zmienia postać rzeczy, bo małe dziecko to nie prostaczek, ale ktoś o nieukształtowanym poglądzie na świat, dopiero go poznający.
W związku z tym można jednak zadać sobie pytanie, co tak naprawdę powiedział Jezus. Na temat powstania Ewangelii, kolejności ich powstawania, autorstwa itd. jest wiele teorii. Pewne jednak jest, że Jezus nie mówił po grecku, a więc niezależnie od tego, w jakim języku były spisane ewangelie, słowa Jezusa musiały być przetłumaczone. I tu pojawia się pierwsza trudność, bo przy tej operacji oczywiście mogły pojawić się przekłamania, nawet wynikające nie z niekompetencji tłumacza, ale z tego, że nie było stuprocentowego odpowiednika danego słowa, albo Grecy dany termin rozumieli zupełnie inaczej niż Żydzi.
Inna sprawa, w jakim języku były pisane ewangelie, znane dzisiaj w języku greckim. Są różne teorie, wśród nich i dość ciekawa teoria Jeana Carmignaca na temat powstawania ewangelii synoptycznych. Według tego francuskiego biblisty najpierw powstała Ewangelia Marka (hebrajska) i „Zbiór mów” (hebrajski). Z nich kompilator stworzył jeden dokument: uzupełnioną Ewangelię Marka (hebrajską). Ten dokument zaginął, bo nie został przetłumaczony na grecki. Jednak to właśnie z tego dokumentu powstała Ewangelia Mateusza (hebrajska), której autor dodał do „uzupełnionego Marka” np. ewangelię dzieciństwa, pewne przypowieści itp. Z kolei Łukasz korzystał ze wszystkich czterech źródeł (hebrajski Marek, hebrajski Marek uzupełniony, hebrajski „Zbiór mów” i hebrajski Mateusz), ponieważ jednak nie znał hebrajskiego, postarał się o ich przetłumaczenie na grecki, a następnie z tego materiału ułożył swoją ewangelię, dokonując retuszów w tłumaczeniu, które było pełne semityzmów. Za tym, że pierwotnie Mateusz i Marek były napisane po hebrajsku, przemawiałoby to, że dość łatwo przełożyć je z powrotem na hebrajski.
Teoria Carmignaca wzbudziła wiele kontrowersji, ale są i tacy, którzy uważają ją za prawdopodobną. Jednak gdyby była ona prawdziwa, to pokazywałaby, że od samego początku mamy do czynienia z tłumaczeniem, które zawsze jest w jakimś stopniu zdradą oryginału. Jeśli zatem pytamy o to, mamy stuprocentową pewność, że Jezus powiedział dokładnie to, co jest zapisane w Mt 11, 25 (po grecku), a przynajmniej miał na myśli greckie słowo „niepioi”, to takiej pewności nie można mieć.
Czy w tej sytuacji mamy odrzucić ewangelie w kąt jako niewiarygodne, bo mogą być w nich słowa, których Jezus nie wypowiedział albo wypowiedział inaczej? Można tu oczywiście odwołać się do natchnienia Ducha Świętego i Tradycji, a więc roli świadków w przekazie informacji o dziele Jezusa. Ale można też zadać sobie pytanie, czy w ogóle jest coś takiego jak jakiś przekaz w czystej postaci, niczym nieskażony. Przecież gdy przeniesiemy na papier to, co jest mówione, to już tu następuje pierwsza interpretacja, a choćby najdokładniejszy opis sytuacji nie odda wszystkich niuansów. Oprócz tego nie następuje jakaś bezpośrednia transmisja tekstu do naszych głów w ten sposób, że wywołuje on u każdego z nas te sam skojarzenia.
Nie należy zatem zbytnio przejmować się tym, że nie mamy bezpośredniego dostępu do słów Jezusa, bo gdybyśmy nawet go mieli, i tak dla każdego znaczyłyby one coś innego. Z drugiej zaś strony to, co sprawia nam kłopot, jest też czymś pozytywnym. Bo to między innymi możliwość odkrywania różnych sensów Biblii powoduje, że chrześcijaństwo jest tak fascynujące.

„… możliwość odkrywania różnych sensów Biblii powoduje,że chrześcijaństwo jest tak fascynujące”
To mi się kojarzy z fascynacją np. kryminałami.
Taka możliwość istnieje również w Judaizmie ,nawet w tym rabinicznym.
W chrześcijaństwie chodzi o żywą relację z Osobą Jezusa Chrystusa
i fascynację Jego Osobą,oczywiście poprzez słuchanie Go , odkrywanie sensu Jego Słów i wypełnianiu ich własnym życiem.
Natomiast sama fascynacja „kruczkami „filologicznymi jest możliwa nawet dla ateisty…
Panie Władysławie to wszystko zależy od tego czy chce Pan spotkać autentycznego Jezusa. Nawiązanie relacji z kimś jest możliwe tylko wtedy jeśli taką osobę znamy a w tym pomocne są metody, dzięki którym jesteśmy w stanie „usłyszeć” prawdziwy głos Zbawiciela. Należy pamiętać, że katolicy oprócz ST i NT posiadają tradycję. Protestanci, tą ostatnią wyeliminowali z objawienia po to, aby dotrzeć do oryginalnej – jak im się wydawało – nauki Jezusa. Niestety najnowsza biblistyka i to również katolicka ujawniała wielowarstwowość przekazu ewangelicznego. Zatem z jedynego kryterium objawienia protestantom nie zostało nic. Doprowadziło to państwa w których ludność protestancka stanowi większość do zlaicyzowania społeczeństwa. Praktycznie protestantom zostały dwie drogi albo podążyć w stroną fundamentalizmu albo ateizmu. W obliczu tej współczesnej bardzo groźnej próby wiary my katolicy powinniśmy brać przykład z księdza Johna Meiera, który bardzo dobrze uargumentowaną pracą: A Marginal Jew: Rethinking the Historical Jesus zdobył poważanie i szacunek nawet uczonych wychodzących z racjonalistycznego punktu widzenia. W pierwszym tomie swojego działa Meier poddaje dokładnej analizie źródła do wiedzy o historycznym Jezusie włącznie z nie – kanonicznymi (agrafy, Ewangelia Tomasza, apokryfy). Do ustalenia autentycznych słów Jezusa wprowadza następujące kryteria:
1) Kryterium zażenowania – autentyczne jest to co sprawia problem w interpretacji kościołowi.
2) Kryterium ciągłości – słowa i czyny, które nie pochodzą z judaizmu ani z nauki kościoła muszą mieć swoje źródło w historycznym Jezusie.
3) Kryterium wielokrotnego poświadczenia – jeśli jakiś logion lub zdarzenie pojawia się w więcej niż jednym niezależnym źródle (Q, Proto – Paweł, Mr, Jn) to prawdopodobnie jest to autentyczne.
4) Kryterium spójności – materiał, który został ustalony jako autentyczny można uzgodnić z innym, lecz musi on być z nim spójny.
5) Kryterium odrzucenia – jeśli w przypadku Jezusa doszło do egzekucji ze strony czynników rządowych należy wyjaśnić co mogło tkwić w jego nauczaniu, że doprowadziło to do odrzucenia przez wpływowych ludzi.
Meier podsumowując prace niektórych badaczy chcących za wszelką cenę wykazać, że Jezus jest wspominany w Talmudzie stwierdza: `Chociaż nie akceptuję w pełni radykalnego podejścia Maiera, myślę, że można się z nim zgodzić w jednej podstawowej kwestii: w najwcześniejszych źródłach rabinicznych nie ma ani pewnego ani prawdopodobnego odniesienia do Jezusa z Nazaretu` ( John P. Meier, 1991. Marginal Jew, t. 1 s. 95).
Meier umieszcza Jezusa w żydowskim kontekście starając się wydobyć jego oryginalność. Meier uważa, że działalność cudotwórcza Jezusa miała wzmocnić jego eschatologiczne przesłanie. Część cudów przypisywanych Jezusowi jest nie autentyczna i nie ma żadnych podstaw historycznych. Trzeci tom pozwala w drobiazgowej analizie porównać Jezusa do całego otoczenia religijnego I wieku n. e. w Palestynie (faryzeusze, saduceusze, esseńczycy, Samarytanie, uczeni w Piśmie). W jednym z wywiadów ksiądz Meier udzielił genialnej odpowiedzi oceniając gdzie tkwi błąd w podejściu do Jezusa zwłaszcza ze strony badaczy konfesyjnych : `Ludzie twierdzą, że poszukują historycznego Jezusa a de facto uprawiają teologię. (…) Możemy sprawdzić, jako historycy, że Jezus istniał i że pewne wydarzenia w Ewangeliach są prawdziwe, ale historycy nie mogą udowodnić zmartwychwstania w ten sam sposób` ( 1997. „Finding the Historical Jesus”. An interview). Taki obiektywizm ze strony badaczy chrześcijańskich jest raczej rzadkością i dlatego jest warty odnotowania.
Tylko droga prawdy może wprowadzić chrześcijaństwo w XXI wiek a my katolicy jesteśmy zobowiązani dotrzeć do prawdziwej Ewangelii Jezusa dlatego, że nie stanowi ona żadnego istotnego niebezpieczeństwa dla naszej wiary, ponieważ to my jesteśmy jej prawdziwymi depozytariuszami a jej rozwój jest naturalną konsekwencją działania Ducha Świętego. Pod rozwagę.
Panie Andrzeju,dziękuję za komentarz.
Oby tylko tym badaniom towarzyszyła czysta intencja coraz głębszego docierania do Prawdy,a nie chęć „wykazania”,jakoby Ewangelie były zwykłą kompilacją teologicznych spekulacji,jakichś nie bardzo okrzesanych Galilejczyków,tak iż okaże się, np. że tak naprawdę to powiedziano:”jeśli cię kto uderzy w prawy policzek(proszę nie podejrzewać mnie o fundamentalistyczne rozumienie autentycznego logionu),oddaj mu lewym sierpowym”,bo to zrozumiałe,na dzisiejsze czasy.
Asystencja Ducha Świętego(również zapowiedziana i zagwarantowana w Ewangelii,jako Tego,który „doprowadzi was do całej prawdy[…] i oznajmi wam rzeczy przyszłe”-porJ16,13),ma miejsce od samego początku i będzie trwała do końca.
Wypełnia się to między innymi poprzez Magisterium Kościoła-stały i pewny punkt odniesienia właściwego interpretowania i rozumienia Bożego Słowa.
Jako zwykły katolik tamte badania zostawiam uczonym wyrażając przy tym nadzieję,że ich wyniki będą prawdziwe i pożyteczne dla każdego członka Kościoła.
Panie Władysławie cieszę się, że martwi się Pan o ten stan badań właśnie jako katolik – tym bardziej, że część z nich – również i na tym portalu – poddała się interpretacjom pewnych historycznych zdarzeń – ateistom takim jak np. Dariusz Kot, który przekonuje do tego, że Jezus był fałszywym prorokiem, ponieważ jego przewidywania co do dnia Jahwe w obrębie jego pokolenia nie spełniły się. Tymczasem najpierw trzeba udowodnić, że to było proroctwo a nie przekonanie Jezusa jako człowieka, które on wywiódł z otaczającego go środowiska. Katolicy zawsze podkreślali człowieczeństwo Jezusa i właśnie w nim Nazarejczyk mógł „nie wiedzieć” kto się dotknął Jego szat ( Mr 5, 30 ) i wysłać posłańców do Samarytan chociaż nie zostali oni przyjęci ( Łk 9, 52 – 53 ). Na tej samej zasadzie mógł Jezus przewidywać – jako człowiek – że koniec świata nastąpi już niebawem ( Mt 10, 23 ). Mało tego sam prorok Sofoniasz 700 lat przed Chr. wieszczył zbliżający się dzień Jahwe, który przecież nie nastąpił ( So 1, 7 ). Pomimo to w judaizmie nikt nie nazwał go fałszywym prorokiem – Dlaczego? Dlatego, że można to śmiało powiedzieć strach przed dniem Pana był słownym „straszakiem” prorockim i nikt z tych przyczyn nie dyskwalifikował Sofoniasza. Taki samą frazeologię stosować mógł Jan Chrzciciel, Jezus i Paweł z Tarsu i w jakikolwiek sposób ona nie dowodzi, że któryś z nich fałszywie prorokował. Tym bardziej, że Jezus w Ogrodzie Getsemani przekonał się, że Ojciec nie zamierza interweniować a i tak podporządkował się Jego woli ( Mr 14, 36 ). Wtedy jako człowiek musiał przekonać się, że Bóg ma inne zamiary. Było to dla Niego na pewno traumatyczne przeżycie, które zna też autor Listu do Hebrajczyków choć nie korzystał on z zapisków Ewangelicznych: „Za dni swego życia w ciele zanosił On z wielkim wołaniem i ZE ŁZAMI W OCZACH modlitwy i błagania do tego, który Go mógł wybawić od śmierci ( Hebr 5, 7 ). Choć należę do zwolenników hipotezy apokaliptycznego Jezusa to zdaję sobie sprawy, że w żaden sposób nie narusza ona mojej katolickiej ortodoksji. Po drugie Panie Władysławie i to chyba najważniejszy punkt, który odkryto dzięki historykom. Okazało się bowiem, że już w 40 r. po Chr. nauki Jezusa zostały SPISANE w tzw. pierwszej warstwie Q, którą odkrył w swoich analizach Kloppenborg. Jak łatwo obliczyć jesteśmy jakieś 10 lat po śmierci Mistrza z Nazaretu. Nie ma więc wątpliwości pierwotny zapis został dokonany tak szybko a zawiera on większość zaleceń moralnych i etycznych spotykanych w dokumentach późniejszych, że nie ma mowy o zafałszowaniu nauk Jezusa z Galilei. Należy pamiętać, że pozostawienie kwestii historycznego Jezusa jedynie badaczom ateistycznym i żydowskim może spowodować ogromne spustoszenie w umysłach „niedouczonych” katolików. Teologia natomiast powinna w większym stopniu wyjść na przeciw tym katolickim badaniom, ponieważ – co stwierdzam ze smutkiem – w niektórych wypadkach my historycy, musimy sami uzgadniać nasze odkrycia z prawowiernością katolicką – co nie jest zadaniem łatwym i nie jest to przecież nasza profesja. Teologia zatrzymała się i rozważa obecnie aspekty, które dla współczesnych chrześcijan straciły znaczenie. Przydałby się teolog, który wreszcie spróbowałby obecny stań badań całkowicie powiązać z ortodoksją katolicką. Byłoby to dzieło epokowe i spotkałoby się z szerokim przyjęciem na całym świecie. Nie widać jednak odważnych teologów.
Pozdrawiam Andrzej Nowicki.