Niniejszy tekst, chociaż związku z rekolekcjami przeprowadzonymi przez o. Johna Bashoborę na Stadionie Narodowym trudno mu odmówić, nie ma na celu krytyki poczynań kapłana z Ugandy ani żadnego z jemu podobnych ewangelizatorów, duchownych czy świeckich. Chcę raczej wstępnie przyjrzeć się pewnemu ogólnemu zjawisku mającemu miejsce w religijności XXI w. i pokusić się o jego wstępną ocenę, co oznacza, że ocena ta nie rości sobie pretensji do zupełności i ostateczności.
Asumpt do tej oceny daje wywiad ks. Andrzeja Kobylińskiego, który co prawda opatrzony został może nie najszczęśliwszym tytułem „Kwestia o. Bashobory i charyzmatyków dzieli Kościół. To hybrydowa wojna religijna„, ale który porusza niezwykle ważne zagadnienia dotyczące kształtu katolicyzmu i każe poważnie zastanowić się nad jego przyszłością. Ks. A. Kobyliński, opierając się nie tylko na własnych obserwacjach, ale przede wszystkim na badaniach naukowych, zauważa, że obecnie dokonuje się na świecie proces pentekostalizacji religii, a zwłaszcza chrześcijaństwa, któremu podlega także polska religijność. Proces ten polega na przekształcaniu chrześcijaństwa w chrześcijaństwo charyzmatyczne, pentekostalne, zielonoświątkowe, w dużym stopniu synkretyczne, łączące bardzo wiele różnych elementów, kładące nacisk na uczucia. Jego atrakcyjność bierze się z tego, że podejmuje tematy niezwykle istotne: uzdrowienia i przebaczenia. Chrześcijaństwo pentekostalne obiecuje uzdrowienie, sukces życiowy, rozwiązanie problemów osobistych czy rodzinnych. Na wielu charyzmatycznych spotkaniach modlitewnych chrześcijanie płaczą, krzyczą, wpadają w histerię, tracą przytomność, wydają z siebie dziwne dźwięki. Gwałtowne emocje dają ludziom niezwykłą nową energię, która często pozwala im przezwyciężać kryzys, radzić sobie lepiej w rodzinie, rozwiązywać konflikty. Wiąże się z tym również obietnica sukcesu materialnego, chodzi o bardzo wyraźne ukazywanie bogacenia się, sukcesu majątkowego jako przejawów Bożego błogosławieństwa. Przekaz jest jasny: jeśli głębiej uwierzysz, będziesz uzdrowiony i otrzymasz sukces ekonomiczny.
Skoro jednak dzięki takiemu chrześcijaństwu ludzie mają nową energię i są bogatsi, to w czym problem? Zdaniem ks. A. Kobylińskiego polega on na tym, że chrześcijaństwo to kwestionuje rozgraniczenie tego, co jest ludzkie, a co Boskie, gdzie się kończą siły i zdolności człowieka, a gdzie się zaczyna ingerencja tego, co nadprzyrodzone. Coraz rzadziej czerpiemy z tego, czego się przez 2000 lat dowiedzieliśmy o religii i Bogu. W związku z tym dzisiaj rzadko próbujemy oceniać chociażby problem emocji czy zachowań religijnych ludzi, coraz rzadziej interpretujemy religię w sensie filozoficznym. Dlatego zwyciężają irracjonalizm, subiektywizm, skrajnie fideistyczne podejście do religii. Coraz częściej w ogóle nie pada pytanie, jak należy interpretować dane zjawisko, co ono znaczy. Każdy zaczyna wierzyć w to, co chce, i tłumaczy sobie pewne rzeczy tak, jak mu się wydaje. Następuje głęboka banalizacja religii, a czasami nawet kompromitacja. Jeśli w religii odrzucamy fundament racjonalny, to cofamy się do religijności mitycznej. Często nie szukamy w religii prawdy, lecz zaspokojenia swoich emocji. Kierujemy się własnymi projekcjami czy wizjami. Ks. A. Kobyliński uważa, że także katolicyzm w wielu krajach staje się ostatnio coraz bardziej irracjonalny.
Z diagnozą ks. A. Kobylińskiego trudno się nie zgodzić, choć może ona sprawiać wrażenie starego przeciwstawiania racjonalności i irracjonalności w religii, odwoływania się do konfliktu chrześcijaństwa intelektualnego i aintelektualnego, w związku z czym miałaby nie trafiać w istotę współczesnych przemian i problemów. Zwróćmy jednak uwagę chociażby na to, że to właśnie fundamentalistyczne chrześcijaństwo pentekostalne jest głównym przedmiotem ataków czy wręcz kpin nowego ateizmu (Richarda Dawkinsa czy Christopher Hitchens). Dodajmy, że bardzo wdzięcznym obiektem ataków. Może więc jednak diagnoza ta nie rozmija się aż tak bardzo z rzeczywistością, a konflikt jest ciągle ten sam od wieków, tyle że dzisiaj inne są jego przyczyny.
Jednak i samo starcie jest dzisiaj inne niż kiedyś, bo nie ma wyraźnej opozycji, nie do końca wiadomo, kto z kim walczy. Ks. A. Kobyliński formułuje mocną ocenę, że konflikt chrześcijaństwa tradycyjnego z pentekostalnym to wojna religijna nowej generacji, wojna hybrydowa, jakiej chrześcijaństwo jeszcze nie znało. Być może dlatego z niejakim zdziwieniem można było przeczytać odpowiedź bp Briana Farrella, sekretarz Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, po zakończeniu kolejnej fazy dialogu między katolikami a protestanckimi zielonoświątkowcami, na pytanie o znaczenie ruchów charyzmatycznych:
Sądzę, że wiąże się to z faktem, iż ludzie odczuwają dziś potrzebę prawdziwej duchowości, wykraczającej poza jakieś chrześcijaństwo intelektualne, sprowadzające wszystko do wiary w doktryny, do przyjęcia czy odrzucenia. Natomiast dzisiejszy człowiek ma potrzebę doświadczenia obecności, łaski Boga w konkretnym życiu, a to zielonoświątkowcy i charyzmatycy katoliccy, czy w ogóle chrześcijańscy, żywo odczuwają i przekazują w swej radości i poczuciu wspólnoty. Również Papież Franciszek wnosi tu nowość poprzez swój sposób przeżywania chrześcijaństwa jako doświadczenia, a nie tylko doktryny. Zielonoświątkowcy bardzo dobrze to rozumieją i odczuwają jego szczególną bliskość. W obecnym dialogu z protestantami trzeba odróżnić dwa odmienne typy protestantyzmu. Jeden reprezentują Kościoły zwane „historycznymi”, jak luterańskie czy reformowane, z którymi mamy liczne łączące nas elementy i wspólną historię. Drugi to ten nowy świat zielonoświątkowców, charyzmatyków – nowy sposób autentycznego wprowadzania Ewangelii w konkretne życie. To są dwa sposoby prowadzenia dialogu, bo podstawy i nasze punkty wspólne w obu przypadkach są odmienne.
O. Kasper Mariusz Kaproń w reakcji na tekst ks. A. Kobylińskiego we wpisie na FB stwierdził: „Są członkowie grup charyzmatycznych, słuchacze Radia Maryja, osoby żyjące w nowych związkach niesakramentalnych, trans… Chrystus przyszedł zwiastować pokój wszystkim. Jedność Kościoła, to nie jego jednolitość. Pozwólmy osobom wyrażać ich religijność według ich wrażliwości”. Zgoda, jestem skłonny przyznać mu rację co do wyrażania religijności według własnej wrażliwości, chociażby dlatego, że nie tak dawno temu pisałem („Kościół budyniowo-bigosowy”), że zgodnie z zamysłem samego Jezusa, który sformował ze swoich uczniów (wśród których byli przedstawiciele różnych przeciwstawnych grup istniejących w ówczesnym Izraelu) lud czasów ostatecznych, w Kościele jest i powinno być miejsce dla wszystkich. Tyle że nie może to oznaczać, że w tym Kościele zabraknie niedługo miejsca dla czegoś innego niż pentekostalizm, a na skutek triumfu irracjonalizmu i „prawdziwej duchowości” chrześcijaństwo nie będzie w stanie do dialogu ze światem na innym poziomie niż tylko na poziomie emocji. Tymczasem z wypowiedzi bpa B. Farella można by wnioskować, że teraz na chrześcijaństwo intelektualne (notabene przedstawione w dość karykaturalny sposób) nie będzie w Kościele miejsca, bo będziemy odpowiadać na sposób zielonoświątkowy na współczesną potrzebę obecności Boga w konkretnym życiu (tak jakby do tej pory ta obecność nie miała miejsca). Można oczywiście powiedzieć, że to nic takiego, bo przecież kto chce, to swoją religijność wyrazi, zgodnie ze swoją wrażliwością, na sposób intelektualny. Nie zapominajmy jednak o tym, że takie chrześciajństwo intelektualne musi mieć jakieś podłoże, zaplecze, by mogło się rozwijać, że nie narodzi się ono w płaczu, krzyku i histerii. Musi ono być wspierane, również przez watykańskich kurialistów i sam Kościół, by mogło się rozwijać.
W tekście „Teolog vs. prosta baba” (będącym jednym z odcinków cyklu artykułów pod wspólnym tytułem „Teologia – po co to komu?”) przytaczałem sugestywne słowa rosyjskiego filozofa Mikołaja Bierdiajewa (zm. 1948): „Mówią nam, że prosta baba zbawia się lepiej niż filozof, a do zbawienia nie jest jej potrzebna wiedza i kultura. Można jednak wątpić w to, że Bogu potrzebne są wyłącznie proste baby, że wyczerpuje się w tym Boży plan dotyczący świata, Boża idea świata. […] Mogą na swój sposób zbawiać się ignoranci i durnie, a nawet idioci, można jednak wątpić, że w Bożą ideę świata, w zamysł królestwa Bożego, wchodzi wyłącznie zaludnianie raju ignorantami, durniami i idiotami. Można sądzić, nie naruszając przy tym należnej pokory, że Boży zamysł dotyczący świata jest bardziej wzniosły, bardziej różnorodny i bogaty, że wchodzi weń cała pozytywna pełnia bytu, ontologiczna doskonałość”. Nie przeciwstawiam sobie tak radykalnie jak M. Bierdajew teologa (filozofa) i „prostej baby”. Uważam bowiem, że wiedza, kultura, refleksja i modlitwa, teolog oraz „prosta baba” powinni spotykać się w jednej osobie, w każdym z nas. Jednakże tak jak rosyjski filozof jestem przekonany, że Boży zamysł nie sprowadzał się do zaludnienia raju i Kościoła ignorantami. Dlatego wątpię, czy kiedykolwiek bliski mi będzie katolicki pentekostalizm (co nie oznacza, że go z zasady odrzucam). Jestem też przekonany, że nie powinien on być nadmiernie bliski (co nie oznacza, że powinien całkowicie go odrzucić) Kościołowi katolickiemu.


Polecam serdecznie książki mojego wykładowcy dr Andrzeja Migdy. Egzorcyzm pentekostalny wydany w Warszawie 2010 oraz Mistycyzm pentekostalny wydany w Krakowie 2013. To prawdziwa kopalnia wiadomości o zielonoswiątkowcach napisana przyjemnym jezykiem przez krakowskiego religioznawcę. Polecam bo warto:)
Przejrzałem dostępny w internecie wstęp do Mistycyzmu pentekostalnego. I wychodzi mi na to, że książka dotyczy polskich protestantów, zielonoświątkowców. W kontekście problemu, który podjąłem w artykule, a więc pentekostalizmu w Kościele katolickim i jego irracjonalizmu, interesujące byłyby stwierdzenia A. Migdy, że „polski ruch zielonoświątkowy cechuje antyintelektualizm i choć sytuacja ta zmienia się obecnie, to ciągle można spotkać w wielu zborach postawy niechętne naukowemu dyskursowi oraz refleksji teologicznej” i „wydawane w Polsce książki stanowią dla wiernych inspirację do działania, rzadko do intelektualnej zadumy”. Ale te stwierdzenia dotyczą ruchu zielonoświątkowego, nie zaś katolickiego pentekostalizmu.