Nie, nie zamierzam pisać artykułu na temat teologii w „Opowieściach z Narni” C.S. Lewisa. A jednak poniższe słowa, wypowiadane przez pana Bobra, dały mi nieco do myślenia.
Ale biorąc rzecz w ogólności, posłuchajcie mojej rady i kiedy spotkacie kogoś, kto zamierza być człowiekiem, a jeszcze nim nie jest, albo kiedyś był człowiekiem, a już nim być przestał, albo też powinien być człowiekiem, a nim nie jest – to nie spuszczajcie go z oka i przypomnijcie sobie, gdzie macie siekierę (C.S. Lewis, Opowieści z Narni. Lew, czarownica i stara szafa, tłum. A. Polkowski, Media Rodzina, Poznań 2005, s. 83).
Słowa te wydają mi się bowiem zbieżne z tym, co w mojej książce „Zrozumieć wiarę. Niecodzienne rozmowy z Bogiem” piszę na temat bycia „nieludzkim”, a więc kimś, kto wyrzekł się swojej ludzkiej natury (bardziej chodzi tu o tych, którzy przestali być ludźmi albo powinni być ludźmi, a nie są), kto oddał się Szeolowi, czyli krainie zmarłych, i rozszerza go na ziemi, wspomaga jego aspekt ofensywny, kto zrezygnował z wyzwalania się od śmierci grzechu i nawiązywania dialogu z Bogiem. Szaleńcze szerzenie śmierci to przypadek nie tylko zbrodniarzy dawnych i współczesnych, ale i zwykła pogarda dla innych, brak miłości, a wręcz chęć zniszczenia innych.
Ma rację bohater książki Lewisa: przy takich nieludzkich rzeczywiście nie można czuć się bezpiecznie.
