Ermes Ronchi podczas rekolekcji wielkopostnych dla papieża powiedział: „Bóg nie umiera na skutek kontestacji, Bóg umiera z nudów w naszych kościołach. Przywróćmy Mu jasne oblicze, aby był Bogiem, którego można zakosztować, którym można się cieszyć, którego się pragnie”. Rozumiem, że Bóg umiera na skutek nudów w kościołach. Pomińmy taką oczywistość, że niezależnie od tego, czy liturgia i kazanie są „atrakcyjne”, czy nie, dokonuje się uobecnienie ofiary Chrystusa w Eucharystii. Rzeczywiście jednak to, jak przedstawiamy obraz Boga w kościele, jaki Jego obraz wyłania się z liturgii, ma znaczenie. Jeśli sam celebrans jest znudzony Bogiem i mówieniem o Nim, to trudno, żeby nie przenosiło się to na uczestników liturgii.
Może chodzi więc nie tyle o przywracanie w liturgii (dodajmy, że dotyczy to i teologii) jasnego czy radosnego oblicza Boga. Jeśli jakieś oblicze ma być przywracane, to najlepiej prawdziwe oblicze Boga. I ważne, by to sam Bóg był największą pasją tego, kto o Nim mówi – w kościele lub jako teolog.
