Współcześni teologowie (np. Hans Urs von Balthasar „Eschatologia w naszych czasach”) wskazują, że nasze życie toczy się w czasie eschatologicznym, niejako w wieczności, bo dla chrześcijan został on już zapoczątkowany przez narodzenie, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, chociaż wciąż oczekujemy jego dopełnienia w paruzji Chrystusa na końcu czasów. Niebo, podobnie jak czyściec i piekło, zaczyna się więc na ziemi. Podziwianie pięknego krajobrazu, doświadczenie miłości, przyjemne chwile, gdy czujemy, że jest nam dobrze, mogą to przekonanie utwierdzać. Jakkolwiek dziwnie jednak to zabrzmi, nieba najbardziej doświadczamy w kościele. W tym właśnie kościele, w którym organista i sąsiadki z ławki fałszują, czytania mszalne odczytywane są tak, jakby wcześniej się przeczytało na głos sto stron Dziennika Ustaw, komórki dzwonią, jest nudne kazanie i niekończące się ogłoszenia. Mimo to w encyklice „Ecclesia de Eucharistia” znajdujemy takie słowa: „Kto się karmi Chrystusem w Eucharystii, nie potrzebuje wyczekiwać zaświatów, żeby otrzymać życie wieczne: posiada je już na ziemi, jako przedsmak przyszłej pełni, która obejmie człowieka do końca” (nr 18). Czy nie jest to jednak tylko pobożne pustosłowie mające uwznioślić nasze wyobrażenia o Mszy?
Niebiańskie łąki umajone
Podejrzenie to jest tym bardziej uzasadnione, że sam Jezus pokazywał niebo między innymi za pomocą obrazu uczty (Mt, 22, 1-14; 25, 1-13; Łk 12, 37). O uczcie mesjańskiej mówił też Izajasz (Iz 25, 6-9). A było to w czasach, gdy ucztowanie nie było czymś powszednim. Nic dziwnego, że niebo mogło kojarzyć się Jego uczniom z jakimiś przyjemnościami ziemskimi. Dokonany przez ludzi renesansu miks tego obrazu z grecko-rzymskimi wyobrażeniami krainy szczęśliwości (wyrażonymi np. w „Fedonie” Platona czy „Śnie Scypiona” Cycerona), w której spotykamy się w pięknych okolicznościach przyrody ze znajomymi, sprawił, że począwszy od odrodzenia, obecność przyjaciół stała się niezwykle istotna dla sposobu spędzania rajskiego czasu, dla intensywności i zakresu rajskich przeżyć, które zaczęliśmy rozumieć również zmysłowo, nie tylko duchowo. Za Zdzisławem Kijasem można powtórzyć, że odrodzenie zniżyło niebo, przybliżyło je wyobraźni człowieka. Stało się ono rajem niebiańskich rozkoszy dla ciała i jego zmysłów (Z. Kijas, „Niebo, czyściec, piekło”, s. 172n). Niebo romantyków to z kolei miejsce doskonałego przeżywania miłości. Bóg patrzy w nim dobrotliwie na spełnioną miłość kochanków.
Powstały więc dwa nieba: niebo dla Boga i aniołów oraz niebo (raj) bardziej zmysłowe dla ludzi. Wyobrażenie nieba stało się nieco materialne. Taki zmysłowy obraz nieba, z różną intensywnością rozwijany w kolejnych wiekach, także dzisiaj silnie oddziałuje na naszą świadomość.
Niebo jako ogród jest niewątpliwie pociągającym obrazem, który oddziałuje na wyobraźnię. Lubimy grillować w gronie przyjaciół, toczyć przyjemne rozmowy, pewnie bardziej niż przestępować z nogi na nogę w zimnym kościele. Jednak ten wieczny długi weekend ma tę wadę, że w gruncie rzeczy podważa przekonanie, że Bóg będzie „wszystkim we wszystkich” (por. 1 Kor 15, 28). Nasz rajski ogródek staje się miejscem, w którym obecność Boga nie jest nam tak naprawdę potrzebna, w którym możemy bez Niego się obejść, a może nawet dobrze by było, by zanadto nam nie przeszkadzał. Możemy tam też się obyć bez niezbyt miłego sąsiada, który tu na ziemi przerzucał nam liście zza płotu i nie wiadomo jakim cudem dostał się do nieba.
Niebo jako liturgia?
Czy coś jednak zmienia wyobrażanie sobie nieba jako liturgii? Może być jeszcze gorzej, o czym świadczy wyznanie byłego brytyjskiego premier Lloyda George’a: „Gdy byłem chłopcem, myśl o niebie przerażała mnie bardziej niż myśl o piekle. Wyobrażałem sobie niebo jako miejsce, gdzie są same niedziele, z nieustającymi nabożeństwami, od których nie ma żadnej ucieczki, jako że Wszechmogący, w asyście zastępów aniołów, ciągle wyszukiwał tych, którzy w nich nie uczestniczą. To był okropny koszmar. Konwencjonalne niebo, ze śpiewającymi bez przerwy aniołami, za mej młodości doprowadziło mnie prawie do szału i uczyniło ateistą na dziesięć lat” (cyt. za Zbigniew Danielewicz, „Niebo. Historia przyszłości”, s. 208).
A jednak autor Listu do Hebrajczyków, a przede wszystkim św. Jan w Apokalipsie (por. Ap 7, 9-17) nie wahali się przedstawiać nieba za pomocą obrazu wspaniałej liturgii uwielbienia i chwały. Przepych niebiańskiej świątyni i bogactwo liturgii zapierają dech w piersiach. Uwagę zwracają trąby i aniołowie oraz słowa uwielbienia wypowiadane przez zbawionych. Tyle, że Apokalipsa mówi wprawdzie o liturgii, ale wszystko w tej księdze jest „jakby” (przyimek często w niej używany). Za pomocą materialnych środków św. Jan pokazywał, że w niebie odkupieni będą radować się Tym, którego bardzo kochają. Bóg będzie się znajdował w centrum wiecznego życia. (Kijas, s. 88n) Niebo jest więc „jakby” wieczną liturgią. Św. Jan zatem zapewne mocno by się zdziwił, gdyby dowiedział się, że można je pojmować jako wieczne niedzielne msze. Co nie znaczy, że nie zachęcałby, żeby we Mszy szukać danych na temat nieba.
Gdzie we Mszy widać niebo?
Jak jednak na nią patrzeć, żeby dostrzec w niej niebo? I co ona nam o nim mówi?
Na wiele wskazują już wypowiadane na początku Mszy słowa: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Oto bowiem wyznajemy w nich, że Bóg, z którym spotkamy się w niebie, jest Trójcą. A jak zauważa Gisbert Greshake („Wierzę w Boga Trójjedynego”), pojmowanie Boga jako Trójcy oznacza docenienie różnorodności. W sytuacji, gdy wszyscy są tacy sami, nikt nikomu nie jest potrzebny. Zatem nie może być mowy o miłości, którą jest Bóg. Skoro Bóg jest różnorodny, może być miłością i taki sam powinien być ludzki świat. Niewykluczone więc, że zdziwimy się, bo w niebie spotkamy i tego, który zwykle stał pod kościołem, i tego, który do niego nie chodził, i tego, który w Boga uwierzył na łożu śmierci. Czy w niebie mamy być z nimi wszystkimi? Tak, jeśli wierzymy, że Bóg jest Trójcą. Skoro w królestwie niebieskim będą najwięksi i najmniejsi (Mt 5, 19), pierwsi i ostatni (Mt 20, 16), a zbawienie to przede wszystkim eksplozja miłości, również wśród zbawionych będzie różnorodność. Nie możemy być tacy sami, tak samo doskonali, tak samo doświadczeni w miłości Boga i bliźniego. Czyniąc więc na początku Mszy znak krzyża, jednocześnie wyznajemy, że w niebie będziemy różni i niejako zgadzamy się, by tak było.
Pełne uczestnictwo w spotkaniu z Bogiem we Mszy wymaga oczyszczenia się przynajmniej w spowiedzi powszechnej. Wyznajemy, że bardzo zgrzeszyliśmy myślą, mowa, uczynkiem i zaniedbaniem, ale w gruncie rzeczy oznacza to przyznanie się, że w wielu momentach naszego życia Bóg nie był nam potrzebny, byliśmy od niego odcięci. Jest to przejście swoistego czyśćca, bo uświadamiamy sobie, że nie byliśmy tacy, jacy mogliśmy być. To prawda, że współczesny świat nie lubi autorytetów i świętych i za wszelką cenę doszukuje się skaz w życiorysach. Niemniej nie bez powodu Jan Paweł II pisał w swoim testamencie: „Proszę także o modlitwę, aby Miłosierdzie Boże okazało się większe od mojej słabości i niegodności”. Jak słusznie pisze G. Greshake („Życie silniejsze niż śmierć”), właściwie każde dojrzewanie w miłości udaje się jedynie fragmentarycznie. U nikogo nie można zebrać chociaż jednego dojrzałego owocu miłości. Jednak po uświadomieniu sobie swojej niedoskonałości w spowiedzi powszechnej nie stajemy się nagle lepsi, mądrzejsi, a nasze niedokończone dzieła nie stają się pełne. Mimo to możemy już spotkać się z Bogiem w Jego słowie i Eucharystii. To pokazuje, że tym, co dociera do Boga, gdy stajemy u bram nieba, jest tylko pewna otwartość na Niego i miłość, którą Bóg musi napełnić własną pełnią. Pełnia pozostaje darem Boga, darem, który potrzebuje naczynia. Wyznając więc nasze winy, uświadamiamy sobie, że nie „zaimponujemy” Bogu dziełem swojego życia, że wiele z tym dziełem będzie jeszcze do zrobienia.
Gdzie więc w niebie będzie radość, skoro nie będzie w nim równości i nie za bardzo będziemy mogli pochwalić się swoimi książkami, stanowiskami, a nawet pomocą bliźnim ponad siły? Z pomocą przychodzi Pismo Święte, którego słuchając, jak wierzymy, spotykamy się z Bogiem i które pokazuje, że stałym elementem wypowiedzi Jezusa o niebie było „bycie z Chrystusem”, posiadanie życia w obfitości (por. J 10, 10). Niebo pokazywał On jako synonim takiego życia: Bóg dzieli się wszystkim, co posiada, ponieważ będąc Bogiem Miłością, dzieli się z tymi, którzy Go miłują, swoim życiem, włączając ich do grona swoich przyjaciół (por. J 15, 15). Naturą radości niebiańskich jest przebywanie blisko Boga, w intymnej jedności z Nim. Najważniejszym celem życia człowieka jest być zaliczonym do grona tych, którzy dostąpią radości przebywania z Bogiem na wieki (Kijas, s. 58).
Msza pokazuje też, że to zostanie przyjacielem Boga, z którym być może jak z Mojżeszem będzie On rozmawiał jak z przyjacielem (por. Wj 33, 11), jest możliwe. Eucharystyczne łamanie chleba jest znakiem obecności Zmartwychwstałego, wokół którego gromadzą się chrześcijanie, by uczestniczyć w Nowym Przymierzu i w nowej uczcie z Nim. Jak wskazuje Joseph Ratzinger („Jezus z Nazaretu”, t. 2, s. 288), daje On siebie samego swoim jako pokarm i czyni ich uczestnikami swojego życia. Pan ponownie włącza uczniów we wspólnotę przymierza z sobą i z żywym Bogiem. We wspólnocie liturgicznej, w celebrowaniu Eucharystii zasiadanie za stołem ze Zmartwychwstałym trwa nadal, mimo że w inny sposób. To zapowiedź pełni, jaka czeka nas w niebie.
Jednak tak jak w kościele uczestniczymy w spotkaniu eucharystycznym jako wspólnota, tak samo w niebie to nie każdy z nas z osobna w swoim ogródku będzie z Bogiem, ale będziemy z Nim jako wspólnota, na co zresztą również wskazują obrazy wiecznej liturgii zawarte w Apokalipsie. To dobrze, bo dzięki temu niebiańska nuda nam nie grozi. Skoro w niebie będziemy różni, będzie mogła toczyć się historia miłości. Czy Piotr, który trzy razy odpowiadał na pytanie: „Czy miłujesz mnie?” (por. J 21, 15-17), nie powinien „nauczyć” się miłości od umiłowanego ucznia, który do końca stał pod krzyżem Chrystusa, a potem wyprzedził Piotra w biegu do pustego grobu? A co z nami, którzy nie staramy się tak jak Piotr całym swoim życiem pokazać, że jednak Pana miłujemy? Wspólnota niebiańska nie jest niczym statycznym. Każdy znajdzie w niej swoje miejsce, bo „w domu Ojca jest mieszkań wiele” (J 14, 2), tyle że jedni będą potrzebować więcej miłości od innych. Być może Jan „nauczy” Piotra miłości do końca, dzięki czemu i sam stanie się miłością bardziej. Boża miłość będzie ich i nas prowadziła do coraz głębszej i intensywniejszej wspólnoty ze sobą.
„Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9). Jednak coś z tych rzeczy da się dostrzec w liturgii.
