W nowej sytuacji, którą dał jako szansę Kościołowi Benedykt XVI, należałoby w nowy sposób zastanawiać się, kto najlepiej nadaje się na kolejnego papieża
Giełda papabile trwa na dobre. Wymienia się kardynała takiego czy innego. Dziwna sprawa, ale chyba nikt poważnie nie bierze pod uwagę możliwości, że mógłby to być ktoś spoza grona kardynalskiego: jakiś arcybiskup, biskup czy… nawet zwykły ksiądz. A tymczasem konstytucja apostolska Universi Dominici Gregis mówi: „Mając natomiast przed oczami jedynie chwałę Boga i dobro Kościoła, po wezwaniu pomocy Bożej niech oddadzą [kardynałowie elektorzy] swój głos na tego, kogo także poza Kolegium Kardynałów uznają za bardziej godnego od innych do owocnego i skutecznego zarządzania Kościołem powszechnym” (nr 83) oraz „Jeśli natomiast elekt nie posiada sakry biskupiej, winien zaraz otrzymać święcenia biskupie” (nr 88) [kardynałowie elektorzy ją mają]. Jest więc, przynajmniej teoretycznie, możliwe, że papieżem zostanie wikary z jakiejś parafii albo zakonnik (był nim Celestyn V). Wystarczy, by 2/3 kardynałów na konklawe uznało, że to właśnie ktoś taki najlepiej nadaje się na papieża. Fakt, w najnowszej historii Kościoła to się nie zdarzało, ale rezygnacja papieża z urzędu też ostatni raz zdarzyła się 700 lat temu.
Przymierzanie do szat papieskich tylko któregoś ze 117 kardynałów elektorów traktowałbym więc jako pewne nie do końca uprawnione zawężenie. Lista papabile może być bowiem rozszerzona o wiele innych nazwisk. I właściwie dobrze by było, gdyby tak się stało (choć pewnie nie stanie się to przy okazji tego konklawe), możliwość wyboru papieża spoza grona kardynałów należy bowiem traktować jako pewną szansę.
Benedykt XVI swoją rezygnacją z urzędu (kto wie, czy i tego aspektu nie miał na względzie) dał kardynałom, ale przecież i wszystkim katolikom na świecie, szansę na dokładne przemyślenie, kto ich zdaniem najbardziej nadaje się na papieża. Dobrowolne opróżnienie tronu papieskiego nie jest takim zaskoczeniem jak śmierć papieża, jest więc dużo spokojnego w miarę czasu na przygotowanie się do konklawe, na wybór naprawdę najlepszego kandydata. Niewykluczone, że ktoś spoza kardynalskiego grona mógłby wnieść nowego ducha nie tylko do Kościoła, ale i do Watykanu, mógłby spowodować ożywienie działań Kościoła, jakiego nie jest w stanie spowodować żaden kardynał. I myślę, że nie będzie niczym niewłaściwym (nawet jeśli weźmie się pod uwagę to, że kardynałowie podejmują w pełni suwerenne decyzje i mają się kierować wyłącznie swoim rozumem i sumieniem) pewne wskazanie kardynałom innych kandydatów niż oni sami. Uczynienie tego w sposób odpowiedzialny i przy kierowaniu się dobrem Kościoła mogłoby im pomóc w wyborze.
W nowej sytuacji, którą dał Kościołowi Benedykt XVI, należałoby w nowy sposób zastanawiać się, kto najlepiej nadaje się na kolejnego papieża. I myślę, że sporą rolę do odegrania mają w tym wszyscy katolicy.

Mam nadzieję, że tekst ten nie otworzy puszki Pandory 😉 .
A jakąż to puszkę Pandory ma Pan na myśli? 🙂
Szanowny Panie Robercie świetny tekst i jest się, nad czym zastanowić to po pierwsze.
Teraz może mniej poważnie, ale nie bez znaczenie moim zdaniem.
Jakie znaczenie dla pojedynczego Katolika ma to, kim będzie papież czy kardynałem czy (tylko) wikarym?
Moim zdaniem urząd papieża to tylko logo owego urzędu, z którym utożsamiamy się lub nie.
Katolicyzm zarządzany z Watykanu to wielka instytucja (firma), która ma zarząd do kierowania swoją owczarnią… owe zarządzanie raz wychodzi lepiej innym razem gorzej. Ale wedle dogmatów u Steru owej ziemsko/niebiańskiej instytucji nie stoi człowiek tylko ktoś z tej niebiańskiej sfery.
Rola (misja…) Ducha Świętego w prowadzeniu i przewodzeniu Kościołem Chrystusowym jest nie do przecenienia, (w co wierzą katolicy) w relacji tej odgórnej i niech to już Duch (wszechwiedzący) Święty zdecyduje, kim będzie następny papież.
My ludzie natomiast żywmy nadzieję, że następny papież nie będzie uważał siebie za sternika Bożej owczarni w tej ludzkiej (omylnej) relacji oddolnej ku Bogu.
R.G.