Jeśli było („jeśli”, bo niektórzy twierdzą, że jest z nim jak z potworem z Loch Ness – wszyscy o nim mówią, ale nikt go nie widział) pokolenie JPII, to na pewno w teologii. Dla niektórych promotorów i studentów teologii wręcz obowiązkiem było napisanie pracy na temat jakiegoś aspektu nauczania Jana Pawła II. Efekt? Zarzuty wtórności i dworskości wobec polskiej teologii, niepodejmowania przez nią tematów ważnych w światowej teologii. Pokolenie BXVI nie powstało, bo Benedykt był papieżem za krótko, choć przyznać trzeba, że i jego nauczanie dość mocno eksploatowano (ale Benedykt XVI był teologiem). Czytaj dalej
Archiwa tagu: papież
Wikary na papieża?
W nowej sytuacji, którą dał jako szansę Kościołowi Benedykt XVI, należałoby w nowy sposób zastanawiać się, kto najlepiej nadaje się na kolejnego papieża
Giełda papabile trwa na dobre. Wymienia się kardynała takiego czy innego. Dziwna sprawa, ale chyba nikt poważnie nie bierze pod uwagę możliwości, że mógłby to być ktoś spoza grona kardynalskiego: jakiś arcybiskup, biskup czy… nawet zwykły ksiądz. A tymczasem konstytucja apostolska Universi Dominici Gregis mówi: „Mając natomiast przed oczami jedynie chwałę Boga i dobro Kościoła, po wezwaniu pomocy Bożej niech oddadzą [kardynałowie elektorzy] swój głos na tego, kogo także poza Kolegium Kardynałów uznają za bardziej godnego od innych do owocnego i skutecznego zarządzania Kościołem powszechnym” (nr 83) oraz „Jeśli natomiast elekt nie posiada sakry biskupiej, winien zaraz otrzymać święcenia biskupie” (nr 88) [kardynałowie elektorzy ją mają]. Jest więc, przynajmniej teoretycznie, możliwe, że papieżem zostanie wikary z jakiejś parafii albo zakonnik (był nim Celestyn V). Wystarczy, by 2/3 kardynałów na konklawe uznało, że to właśnie ktoś taki najlepiej nadaje się na papieża. Fakt, w najnowszej historii Kościoła to się nie zdarzało, ale rezygnacja papieża z urzędu też ostatni raz zdarzyła się 700 lat temu.
Przymierzanie do szat papieskich tylko któregoś ze 117 kardynałów elektorów traktowałbym więc jako pewne nie do końca uprawnione zawężenie. Lista papabile może być bowiem rozszerzona o wiele innych nazwisk. I właściwie dobrze by było, gdyby tak się stało (choć pewnie nie stanie się to przy okazji tego konklawe), możliwość wyboru papieża spoza grona kardynałów należy bowiem traktować jako pewną szansę.
Benedykt XVI swoją rezygnacją z urzędu (kto wie, czy i tego aspektu nie miał na względzie) dał kardynałom, ale przecież i wszystkim katolikom na świecie, szansę na dokładne przemyślenie, kto ich zdaniem najbardziej nadaje się na papieża. Dobrowolne opróżnienie tronu papieskiego nie jest takim zaskoczeniem jak śmierć papieża, jest więc dużo spokojnego w miarę czasu na przygotowanie się do konklawe, na wybór naprawdę najlepszego kandydata. Niewykluczone, że ktoś spoza kardynalskiego grona mógłby wnieść nowego ducha nie tylko do Kościoła, ale i do Watykanu, mógłby spowodować ożywienie działań Kościoła, jakiego nie jest w stanie spowodować żaden kardynał. I myślę, że nie będzie niczym niewłaściwym (nawet jeśli weźmie się pod uwagę to, że kardynałowie podejmują w pełni suwerenne decyzje i mają się kierować wyłącznie swoim rozumem i sumieniem) pewne wskazanie kardynałom innych kandydatów niż oni sami. Uczynienie tego w sposób odpowiedzialny i przy kierowaniu się dobrem Kościoła mogłoby im pomóc w wyborze.
W nowej sytuacji, którą dał Kościołowi Benedykt XVI, należałoby w nowy sposób zastanawiać się, kto najlepiej nadaje się na kolejnego papieża. I myślę, że sporą rolę do odegrania mają w tym wszyscy katolicy.
Papież teolog
Po rezygnacji papież być może będzie służył Kościołowi jako ten, którym jest niejako pierwotnie: jako teolog. Niewykluczone, że Bóg potrzebuje teraz Benedykta XVI w takiej właśnie roli.
Rezygnacja Benedykta XVI z urzędu, owszem, zaskoczyła mnie, ale jakoś specjalnie nie poruszyła. Fakt, jej konsekwencje dla sprawowania tego urzędu przez następców mogą być znaczące. Bardziej interesujące jest jednak dla mnie to, co teraz papież będzie robił. A jeśli założy się, że ma on jeszcze trochę sił duchowych i fizycznych, to mogą to być rzeczy zupełnie interesujące.
Kiedy w ubiegłym roku na zjeździe polskich dogmatyków zastanawiano się, czy należy kontynuować rodzący się właśnie zwyczaj zapraszania na te zjazdy gości z zagranicy, gdzieś na sali ktoś rzucił, że można by zaprosić tego, ktoś inny, że tamtego – nazwiska stawały się coraz poważniejsze. W końcu ktoś zażartował – czym wywołał śmiech – że można zaprosić Benedykta XVI i że na pewno przyjedzie. Dzisiaj ten żart nie byłby już śmieszny, bo papież, o ile zdrowie mu na to pozwoli, może jeździć, gdzie chce, w tym i na zajazdy różnych towarzystw teologicznych, a sądzę, że zaproszeń nie zabraknie. To bez wątpienia jeden z bardziej interesujących obszarów jego ewentualnej dalszej działalności.
Może jednak nie będzie chciał tym się zajmować, i to nie tylko ze względu na stan zdrowia. Wszak zapowiada powrót do swoich ukochanych książek. Mam wielką nadzieję, że będzie to nie tylko czytanie, ale i pisanie. Czy powstanie jakaś znacząca praca teologiczna? Mam nadzieję, że tak, tym bardziej że wszystko zarzuca się papieżowi, ale niewielu jest takich, którzy zarzucają mu, że jest słabym teologiem. Teraz będzie to na dodatek teolog, który będzie miał więcej czasu na to, co dla teologa jest bardzo ważne, czyli modlitwę.
Mam zatem nadzieję, że po rezygnacji papież będzie mógł służyć Kościołowi jako ten, którym jest niejako pierwotnie: jako teolog. Niewykluczone, że Bóg potrzebuje teraz Benedykta XVI w takiej właśnie roli.
