Zostań teologiem

Być może niepotrzebne są wcale noce św. Bartłomieja, by spierać się o poznanie Boga, by mieć ciekawość spraw Bożych? Bardziej potrzebne jest przekonanie, że wiara to coś, czym człowiek nie zajmuje się jedynie od święta, a także odkrycie skarbów naszej myśli i naszej religii .

okladka-713Zostań teologiem – do tego zachęcam w październikowym miesięczniku ZNAK (Teologia – po co to komu? Część 1: Zostań teologiem). Tekst jest pierwszą częścią pięcioodcinkowego cyklu, w ramach którego w kolejnych numerach (od października do lutego) będę zachęcał do refleksji na temat Teologia – po co to komu?. Zapraszam do lektury i dyskusji (w komentarzach pod poniższym fragmentem albo na stronie miesięcznika – pod tekstem można umieszczać komentarze facebookowe). Co prawda niecały tekst jest dostępny w internecie, ale warto kupić październikowy ZNAK, bo sporo w nim treści dotyczących wiary (np. temat miesiąca: Jak wiara zmienia Biblię?). A oto fragment artykułu:

Być może niepotrzebne są wcale noce św. Bartłomieja, by spierać się o poznanie Boga, by mieć ciekawość spraw Bożych? Bardziej potrzebne jest przekonanie, że wiara to coś, czym człowiek nie zajmuje się jedynie od święta, a także odkrycie skarbów naszej myśli i naszej religii .

Zbigniew Mikołejko tak zdiagnozował wiarę Polaków: „Polski Bóg nie jest ani Bogiem teologów, ani filozofów, to abstrakcyjny nieporuszyciel świata. (…) My ponadto nie debatujemy, nie targamy się ze sobą w sprawach nieba, piekła, Boga, diabła, nie odważamy się na refleksję metafizyczną – to sprawa kapłanów i »uczonych w Piśmie«”1. Wskazał również przyczyny: „Nie spieraliśmy się o wiarę, nie umieraliśmy za nią w okresie kontrreformacji jak Francuzi czy Niemcy. (…) W tym samym czasie nasza średnio zamożna szlachta zamknęła się w białych ścianach polskich dworków, zasiadła pod lipami i zastygła intelektualnie. Słynna polska tolerancja polegała właściwie na obojętności” 2. Efektem tego jest słaba wiara. Z tą diagnozą trudno się nie zgodzić. Bodaj jedyną poważną debatą w polskiej teologii (czy również w polskim Kościele?) była dyskusja o nadziei powszechnego zbawienia.

Czy jednak tego rodzaju intelektualne rozbudzenie w dziedzinie wiary jest w ogóle potrzebne? Czy nie powoduje ono niebezpiecznych podziałów, powstawania herezji, czy nie prowadzi w gruncie rzeczy do zaniku wiary, o czym mogłyby świadczyć puste kościoły w państwach, które wydały tytanów teologii tej miary co Karl Rahner czy Henri de Lubac?

Teologowie bardzo dobrze zdają sobie sprawę z tego, jak negatywne skutki może nieść intelektualny marazm w wierze. Ks. Ignacy Bokwa wskazuje, że współczesnemu ateizmowi misjonarskiemu, reprezentowanemu przez Richarda Dawkinsa czy Christophera Hitchensa, słusznie zarzuca się brak pogłębionej refleksji, posługiwanie się powierzchownymi i demagogicznymi argumentami. Trzeba jednak przy tym pamiętać, że ci autorzy nie polemizują z kimś pokroju Josepha Ratzingera (żeby zobaczyć różnicę, wystarczy posłuchać całkiem rzeczowej rozmowy Dawkinsa z o. George’em Coyne). Ateizm misjonarski zwraca się do nastawionych antyintelektualnie amerykańskich fundamentalistów (50% Amerykanów odrzuca teorię ewolucji na rzecz fundamentalistycznego odczytania Biblii), ale ich argumentacja znajduje zwolenników także w Europie, o czym świadczą wielotysięczne nakłady ich książek. Dzieje się tak, gdyż dorośli katolicy dysponują przerażająco małą wiedzą teologiczną, nie wiedzą zatem, jak przed taką argumentacją się bronić. Dlatego może ona łatwo zburzyć domek z kart ich wiary i teologowie na ogół są tego świadomi.

Nie dziwią więc stanowcze wypowiedzi ks. Roberta J. Woźniaka na temat roli teologii w życiu wiary: „Życie kościelne może bujnie kwitnąć jedynie tam, gdzie kwitnie i teologia. Więcej: nie można być chrześcijaninem bez podjęcia próby rozumienia: fideizm, zresztą podobnie jak racjonalizm, to dwie skrajne i szkodliwe interpretacje chrześcijaństwa, a nasze wspólnoty bazowe, parafie, niejednokrotnie wysychają z braku myśli i ducha”.

Abstrakcyjnego nieporuszyciela świata bardzo łatwo utracić, może się bowiem okazać, że nie jest on do niczego potrzebny. Wystarczy parę demagogicznych chwytów Dawkinsa, by rozprawić się z opartym na takim wyobrażeniu Bogiem. Dużo mniejsza jest jego skuteczność w przypadku wiary opartej na skale myśli i ducha.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *