Tylko niesłuchany nauczyciel moralności?

Jak to się stało, że Kościół, jeszcze w połowie ubiegłego wieku będący autorytetem moralnym, stracił swoją pozycję, zwłaszcza w Europie? I czy jest jeszcze możliwe odzyskanie tej pozycji? A może trzeba zapytać inaczej: czy jej odzyskanie powinno być celem Kościoła? Czy ta pozycja jest dla Kościoła pożądana?

lawki

Co ciekawe, procesy, które doprowadziły do obecnej sytuacji i nadal ją kształtują, mają początek w średniowieczu. Warto je za ks. Grzegorzem Strzelczykiem (Wielkie tematy teologii) pokrótce przypomnieć. Chodzi o przypisanie rozumowi roli ostatecznego arbitra w procesie poszukiwania zrozumienia rzeczywistości oraz do triumfu nominalizmu nad metafizycznym myśleniem o tejże rzeczywistości. Piotr Abelard, dzięki zgromadzeniu znaczącej liczby sprzecznych ze sobą zdań osób będących autorytetami w danej dziedzinie, dowiódł, że konieczne jest weryfikowanie twierdzeń za pomocą racjonalnych procedur i argumentów, a nie przez odwoływanie się do jakiegoś autorytetu, co sprawiło, że przestrzeń autorytetu została zawężona do tego, co pochodzi wprost z Objawienia (wkrótce zapytano także o jego wiarygodność). Z kolei nominalizm, który z czasem zyskiwał coraz większą popularność, postawił pytanie, czy rzeczywiście istnieje coś takiego jak natura (np. ludzka), czy chodzi tylko o wspólne nazwy nadawane podobnym do siebie rzeczom na podstawie podobieństwa ujętego przez zmysły, przez co podważył sensowność wszelkich spekulacji metafizycznych, których celem było poznanie natury rzeczy (tylko taka wiedza jest interesująca) i w których jednostkowy byt stanowił jedynie wstępny etap poznania. Skupienie na „świecie”, prowadzące do odkrywania coraz większej liczby prawidłowości nim rządzących i uzyskiwania wyników praktycznych ułatwiających życie, oraz na eksperymencie jako jedynej uprawnionej metodzie potwierdzania teorii doprowadziło do rozpowszechnienia się oświeceniowego przesądu: ponieważ nie jesteśmy w stanie eksperymentalnie potwierdzić działania Boga w materialnym świecie, a poznane prawa przyrody wystarczą do wyjaśnienia obserwowanych zjawisk, Bóg w świecie nie działa w ogóle, nijak nie ingeruje w dziejącą się ludzką historię. To w sposób oczywisty godziło w wiarygodność Pisma Świętego, Kościoła itd. Wszystko to postawiło pod znakiem zapytania znaczną część chrześcijańskiej nauki, np. naukę o zbawieniu. Bo skoro polega ono na „przyjęciu natury ludzkiej” i dokonało się dlatego, że to, co dotyczyło jednego ludzkiego losu (Jezusa), dotknęło owej ogólnej natury ludzkiej, w której każdy pojedynczy człowiek uczestniczy, a zatem Chrystus zbawił człowieka, zbawiając jego człowieczeństwo, to zakwestionowanie natury (w sensie metafizycznym) oznacza, że nie potrafimy wyjaśnić, jak dokonuje się zbawienie. W tej sytuacji z chrześcijaństwa pozostał jedynie moralny ideał życia chrześcijańskiego zawarty w przykładzie i nauczaniu Jezusa, a więc naśladowanie Chrystusa, zaś Kościół zaczął koncentrować się na sferze moralności. Dla oświecenia jedynie taka rola Kościoła, zajmującego się moralnym wychowaniem obywateli, była do przyjęcia, a Kościół w zasadzie ją zaakceptował. Tyle że dwudziestowieczny postmodernizm, podejrzewający, że każda wspólnota roszcząca pretensje do posiadania prawdy jest niebezpieczna, bo totalizująca, zakwestionował wszelkie silne, instytucjonalne autorytety na rzecz wolności jednostki. Nic więc dziwnego, że Kościoły chrześcijańskie, do połowy XX w. pełniące rolę głównego autorytetu wychowawczego, stały się przedmiotem ponowoczesnej konstatacji.

Zachód nie oczekuje więc orędzia zbawczego od Kościoła, a na to, które jest głoszone, spogląda z dużą podejrzliwością. Czy więc Kościołowi pozostaje rola starego zgorzkniałego nauczyciela moralności, którego nikt nie słucha? Niekoniecznie. Opisane procesy wskazują bowiem również możliwe drogi wyjścia, a Kościół może dobrze wykorzystać sytuację, w jakiej się znalazł.

Po pierwsze, jest ona szansą na „zwrot teologiczny” w nauczaniu i praktyce duszpasterskiej Kościoła, na przejście od moralności do pytania o zbawienie przyniesione w Chrystusie. Wydawać by się mogło, że coś takiego jest niepotrzebne, że wystarczy mówienie o miłości Boga do człowieka, ewangelizowanie, że teologia nikogo nie interesuje… Wiara jest jednak (a przynajmniej powinna być) rozumna i wcześniej czy później pojawia się pytanie, po co Bóg stał się człowiekiem, od czego i w jaki sposób nas zbawił, jak to się mogło dokonać. Na pytania te odpowiedzi nie przyniesie radośnie wyśpiewywana piosenka „Bóg kocha mnie / Takiego, jakim jestem, / Raduje się każdym moim gestem”.

Po drugie, być może dzięki refleksji nad zbawieniem Kościół jest w stanie pomóc zmierzyć się człowiekowi współczesnemu z problemem winy, grzechu i odpowiedzialności za zło. Obecnie wielu z nas takiej odpowiedzialności za zło nie odczuwa, bo uważa się za ofiary procesów od nas niezależnych. Co więcej, poczucie to podsycają niektórzy radykalni naukowcy, których poglądy można streścić słowami biologa Anthony’ego Cashmore’a: „[…] jesteśmy tylko mechanicznymi siłami natury… Nie mamy więcej wolnej woli niż miska cukru… jesteśmy niczym więcej jak workiem chemikaliów…”. O wręcz śmiertelnym zagrożeniu takiego podejścia pisał Leszek Kołakowski (Jezus ośmieszony. Esej apologetyczny i sceptyczny): „Dodajmy: zdolność do poczucia winy jest warunkiem bycia człowiekiem. Ta zdolność czyni nas istotami ludzkimi, mówi Księga Rodzaju, i słusznie. Słusznie dlatego, że nie mamy żadnej znajomości dobra i zła, jeśli nie odczuwamy ich w sobie; tak więc doświadczać zła jako stanu własnej duszy to czuć się winnym. Jeśli nie umiemy czuć się winni, nie jesteśmy zdolni do odróżniania dobra od zła. Nieumiejętność czynienia tego odróżnienia byłaby dla ludzkości samobójstwem”. Dzięki obecnej sytuacji Kościół może więc pomagać nam być ludźmi.

Po trzecie, sytuacja ta daje szansę na podjęcie dialogu z naukami szczegółowymi. Do takiego dialogu czasami wzywają i namawiają sami przedstawiciele tych nauk, choć ich intencje można oceniać różnie. Jednak próba wyrażenia w nowym języku nauczania Kościoła, np. na temat zbawienia, nie powinna dokonywać się (i trudno przypuścić, by mogła) w oderwaniu od ustaleń tych nauk. Odniesienie się do nich jest o tyle konieczne, że nie powinno się liczyć jedynie na to, że wierny sam dokona jakiejś egzystencjalnej syntezy rozbieżnych (przynajmniej w jego przekonaniu) wyników badań szczegółowych i nauczania Kościoła. Jest to zadanie dla Kościoła i można mieć nadzieję, że dzięki obecnej sytuacji będzie w stanie je podjąć.

To tylko niektóre możliwe drogi wyjścia Kościoła z zabójczej dla niego roli niesłuchanego czy wręcz wyśmiewanego nauczyciela moralności, którą wyznaczył mu współczesny świat. Jestem przekonany, że odzyskanie pozycji autorytetu moralnego nie powinno być pierwszorzędnym celem Kościoła. Chodzi raczej o jego teologiczne rozbudzenie, znalezienie nowego sposobu wyrażenia i przekazania jego nauki nam, współczesnym nominalistom. Bez tego nie na wiele zdadzą się nawet najwspanialsze akcje ewangelizacyjne i najcudowniejsze duszpasterstwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *