W dzisiajszych czasach, zwłaszcza w Polsce, humanista nie ma dobrej marki. Wielu w pierwszym rzędzie kojarzy się z kimś, kto w szkole nie chce uczyć się przedmiotów ścisłych, na maturze będzie miał problem ze zdaniem matematyki, zaś po studiach humanistycznych, które nie nauczą go żadnego pożytecznego i praktycznego zawodu, będzie bezrobotny. Ale zgodnie ze słownikowym znaczeniem humanista to człowiek zajmujący się kulturą, językiem, literaturą, a przenośnie mówiąc, dbający o wartości ludzkie i godne życie człowieka. Czy ktoś taki nie jest potrzebny współczesnemu światu? Czy dzisiaj nie trzeba już zajmować się kulturą, literaturą, dbać o wartości ludzkie? Odpowiedzi wydają się oczywiste. Ale zapytajmy jeszcze inaczej, nieco prowokacyjnie: czy ktoś taki potrzebny jest… Bogu? Innymi słowy, czy w wierze potrzebny jest humanizm? Czy jest on potrzebny teologii?
Wbrew pozorom humanizm i teologia mają wiele wspólnego. Co bowiem humanista znajduje w owej literaturze i kulturze, którymi się zajmuje, na co napotyka, gdy chce dbać o godne życie człowieka? Częstokroć ma do czynienia po prostu z poszukiwaniami i pytaniami innych humanistów, pytaniami o to, co to znaczy być człowiekiem. Ale przecież ci wielcy humaniści stawiali pytania o zło, o dobro, o wartości, którymi powinien kierować się człowiek, a często również pytania o Boga i relację między Bogiem a człowiekiem, nawet jeśli w sposób bardzo zawoalowany. Dla wielu z nich inspiracją była Biblia (czy inne święte księgi).
Wydaje się więc, że humanista ma coś wspólnego z teologiem – czy w ogóle człowiekiem wierzącym – który przecież stara się zrozumieć spotkanie człowieka z Bogiem i też stara się znaleźć odpowiedzi na pytania człowieka, jak być człowiekiem, jakie są jego relacje z Bogiem (oczywiście on szuka tych odpowiedzi w świetle Objawienia). Znane jest powiedzenie ks. Józefa Tischnera: „Czasami się śmieję, że najpierw jestem człowiekiem, potem filozofem, potem długo, długo nic, a dopiero potem księdzem”. Spróbujmy odnieść je do humanisty i teologa. Otóż i humanista, i teolog najpierw musi być człowiekiem, a więc wyrastać z jakiegoś doświadczenia bycia człowiekiem. To doświadczenie może być, a nawet z reguły jest, bardzo różne. Jedni mieli życie mało problemowe, nie musieli o nic specjalnie walczyć. Dla innych ich dzieciństwo i młodość to była walka o wszystko. Ale co dalej? Czy można powiedzieć, że po byciu człowiekiem jest się humanistą, a potem długo, długo nic i jest się teologiem? Czy też może można powiedzieć, że po byciu człowiekiem jest się teologiem, a potem długo, długo nic i jest się humanistą? To pytanie w pewnym stopniu schematyczne, ale oddaje, jak sądzę, istotę problemu.
Właściwie o tyle trudno odpowiedzieć na to pytanie, że i bycie człowiekiem, i bycie humanistą, i bycie teologiem od początku są ze sobą ściśle splecione. Wszakże od najmłodszych lat czytamy albo ktoś nam czyta (przynajmniej powinno to się dziać), poznajemy pytania stawiane w literaturze i od najmłodszych lat słyszymy i mówimy (przynajmniej powinniśmy) o swoim doświadczeniu spotkania z Bogiem. Parafrazując powiedzenie Tischnera, można by więc chyba powiedzieć, że najpierw jest się człowiekiem, potem humanistą i teologiem, a następnie długo, długo nic i jest się…
Postawmy więc pytanie inaczej: czy można być teologiem, nie będąc humanistą, i czy można być humanistą, a nie być teologiem? Oba warianty zapewne są możliwe i rzeczywiście się zdarzają. Lektura niektórych pozycji teologicznych zdaje się jasno wskazywać, że ich autor w szkole ograniczał się jedynie do czytania skrótów lektur szkolnych. Z kolei lektura niektórych prac humanistów wskazuje, że szerokim łukiem omijają oni wyszystko, co mogłoby w jakimś stopniu „pachnieć Bogiem”. Kwestię przejścia od humanistyki do teologii pozostawiam na boku, a skupiam się na kwestii koniecznego moim zdaniem związku teologii i humanistyki.
Zauważmy bowiem, że humanista z konieczności pytań o Boga z reguły nie stawia wprost. Co więcej, w literaturze i kulturze częstokroć nie znajduje ich postawionych wprost. Z reguły bowiem (ale oczywiście nie zawsze) najciekawsze, najlepsze wytwory kultury to te, w których pytania i odpowiedzi (zwłaszcza te dotyczące Boga) są zawoalowane, nie są oczywiste, pojawiają się w tle, są ukryte. Widać tu w pewnym sensie podobieństwo do… Boga. Żydowski myśliciel Abracham J. Heschel przekonująco wskazywał, że należy mówić nie tyle o Bogu ukrytym, ile ukrywającym się (Iz 45,15; tak tłumaczy ten wers Biblia Paulistów: „Ty jesteś Bogiem, który się ukrywa”). Czy tego chcemy, czy nie, doświadczenie wielu wierzących jest właśnie takie, że Bóg ukrywa się: w świecie, w przyrodzie, w wydarzeniach życia. Humanista ma więc tę „przewagę” nad teologiem, że bardziej niż teolog doświadcza Boga ukrywającego się, bardziej niż on musi Boga poszukiwać, znajdować Jego ślady. To jednak zaleta, a nie wada, bo przecież ciągle trzeba mieć w pamięci właśnie wers z Księgi Izajasza.
Dla teologa (człowieka wierzącego) bycie humanistą (a więc nawet nie tyle zorientowanie w kulturze, ile życie tą kulturą) jest więc koniecznością. Dzięki temu jest po prostu lepszym teologiem, bo pełniej ujmującym wiarę, wyczulonym na ten jej aspekt, który mówi właśnie o Bogu ukrywającym się.
I jeszcze jedno. Wydaje mi się, że zabijanie humanistyki (która w jakiś sposób zawsze jest wyczulona na Boga ukrywającego się) prowadzi również do uśmiercania wiary, która albo ma stać się pewnością, albo ma nie być jej wcale. Z drugiej strony to zabijanie humanistyki dokonuje się nie tylko przez jej wyśmiewanie, ale również przez sprowadzanie do jakiegoś areligijnego skupienia się na samym człowieku.
