W dzisiajszych czasach, zwłaszcza w Polsce, humanista nie ma dobrej marki. Wielu w pierwszym rzędzie kojarzy się z kimś, kto w szkole nie chce uczyć się przedmiotów ścisłych, na maturze będzie miał problem ze zdaniem matematyki, zaś po studiach humanistycznych, które nie nauczą go żadnego pożytecznego i praktycznego zawodu, będzie bezrobotny. Ale zgodnie ze słownikowym znaczeniem humanista to człowiek zajmujący się kulturą, językiem, literaturą, a przenośnie mówiąc, dbający o wartości ludzkie i godne życie człowieka. Czy ktoś taki nie jest potrzebny współczesnemu światu? Czy dzisiaj nie trzeba już zajmować się kulturą, literaturą, dbać o wartości ludzkie? Odpowiedzi wydają się oczywiste. Ale zapytajmy jeszcze inaczej, nieco prowokacyjnie: czy ktoś taki potrzebny jest… Bogu? Innymi słowy, czy w wierze potrzebny jest humanizm? Czy jest on potrzebny teologii? Czytaj dalej
Archiwum kategorii: O języku
Historia pewnego przecinka
Historia ta pokazuje, że od przecinka, do którego nie przywiązujemy wagi, może zależeć, kto ile czasu spędzi za kratkami albo czy się w ogóle za nimi znajdzie.
W polskim prawodawstwie sporo jest ustaw krótkich, często kilkuzdaniowych. Taka też była ustawa z dnia 3 października 2003 r. o zmianie ustawy – Kodeks karny. Wprawdzie zajmowała pół strony A4, ale sprowadzała się… do wstawienia jednego przecinka. Jeśli weźmie się pod uwagę to, że taką ustawę ktoś musi przygotować, potem musi ona przejść proces legislacyjny w Sejmie, czyli w komisjach sejmowych i na posiedzeniu plenarnym, w Senacie, czyli też w komisjach i na posiedzeniu plenarnym, a w końcu trafić do prezydenta i zostać opublikowana, to można pozazdrościć kariery temu przecinkowi, któremu poświęcono tyle uwagi. Tym bardziej, że był on jeszcze przedmiotem wyroków Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego. Ale zacznijmy od początku…
Kodeks karny z 1969 r. w 1997 r. został zastąpiony nowym kodeksem. W owym starym kodeksie art. 155 §1 pkt 2 mówił, że karze pozbawienia wolności od roku do lat dziesięciu podlega ten, kto „powoduje inne ciężkie kalectwo, ciężką chorobę nieuleczalną lub długotrwałą, chorobę zazwyczaj zagrażającą życiu”… itd. W nowym kodeksie odpowiedni artykuł, art. 156 §1 pkt 2, przeredagowano w ten sposób, że mówił on, iż kto powoduje ciężki uszczerbek na zdrowiu w postaci „innego ciężkiego kalectwa, ciężkiej choroby nieuleczalnej lub długotrwałej choroby realnie zagrażającej życiu”… itd., podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat dziesięciu. Zatem pierwsza merytoryczna zmiana w tym przepisie polegała na zastąpieniu słowa „zazwyczaj” słowem „realnie”, co powodowało, że odtąd należało stwierdzić, czy choroba zagraża życiu w tym konkretnym przypadku, nie wystarczyło stwierdzenie, że zagraża mu w przeważającej liczbie wypadków. Druga merytoryczna zmiana polegała na usunięciu przecinka po słowie „długotrwałej”, co sprawiało, że jako ciężki uszczerbek na zdrowiu zakwalifikowano, po pierwsze, ciężką chorobę nieuleczalną, a po drugie, długotrwałą chorobę realnie zagrażającą życiu, nie zaś, jak w starym kodeksie, po pierwsze, ciężką chorobę nieuleczalną, po drugie, ciężką chorobę długotrwałą, po trzecie, chorobę realnie zagrażającą życiu. Tak więc usunięcie przecinka spowodowało zawężenie zakresu czynów zagrożonych karą.
Jednak po opublikowaniu kodeksu w „Dzienniku Ustaw” pojawił się problem, czy rzeczywiście ustawodawca chciał to zawęzić, czy też był to skutek pomyłki. Całego zamieszania pewnie by nie było, gdyby nie to, że okazało się, iż w tekście opublikowanym owego przecinka nie ma, mimo że jest w tekście podpisanym przez prezydenta. Służby premiera uznały to za oczywisty błąd i na podstawie przepisów uprawniających premiera do prostowania takich błędów w aktach prawnych zostało wydane obwieszczenie, na mocy którego przecinek wprowadzono. No i tu zaczął się prawdziwy problem, bo w różnych sprawach prawnicy zaczęli kwestionować legalność wprowadzenia takiej zmiany, w końcu bardzo zasadniczej, merytorycznej, przez władzę wykonawczą. Legalnością przecinka zajmowały się sądy apelacyjne, Sąd Najwyższy, a w końcu Trybunał Konstytucyjny. Ten odtworzył przebieg procesu legislacyjnego. Okazało się, że ani w projekcie przekazanym do Sejmu, ani w kodeksie uchwalonym przez Sejm, ani w tym uchwalonym przez Senat, ani w ponownie uchwalonym przez Sejm przecinka nie było. Pojawił się dopiero w tekście przekazanym prezydentowi. Został wprowadzony, jak wyjaśnił marszałek Sejmu, na etapie prac nad tekstem uchwalonej ustawy, w toku korygowania „usterek o charakterze technicznym zauważonych w kodyfikacjach karnych” i stało się to za wiedzą i zgodą projektodawców. Tak więc został wprowadzony przez urzędników, nie zaś władzę ustawodawczą. Trybunał uznał, że określony w konstytucji tryb ustawodawczy został naruszony jeszcze w Sejmie, a zatem przepis ukształtowany na mocy obwieszczenia premiera, czyli z przecinkiem, jest niekonstytucyjny. Wprowadzenie przecinka, jeśli taka była wola ustawodawcy, wymagało przeprowadzenia nowelizacji kodeksu karnego.
Historia ta pokazuje, jak wiele może zależeć od jednej małej plamki atramentu, którą ktoś usunął albo której ktoś nie wstawił przez nieuwagę czy może z powodu niewiedzy. Plamki, do której zazwyczaj nie przywiązujemy wagi. Na przykład może zależeć to, kto ile czasu spędzi za kratkami, a nawet, czy w ogóle za nimi się znajdzie. O kosztach wszystkich rozpraw i posiedzeń w sprawie przecinka nie ma potrzeby mówić.
Zasadnym jest o tym napisać
Są takie okresy, jak adwent czy post, gdy mamy większą skłonność do sprzątania, porządkowania. Lubimy, by na święta dom był czystym, pachnącym i porządnym. By atmosfera w nim była miłą, a my wszyscy uśmiechniętymi do siebie i zadowolonymi, potrawy zaś smacznymi. Bo zwłaszcza w okresie świątecznym nie wypada, by coś było zwyczajnie brudne, nieporządne, złe. Coś takiego jest po prostu niepoważnym.
No a cóż dopiero, gdy mówimy o naprawdę ważnych sprawach? Czy rozwiązanie, które proponujemy, może być tylko zasadne? Czy nie musimy raczej przekonać, że nasza idea jest zasadną, nasz pomysł najlepszym, a nasze poglądy słusznymi? Poglądy adwersarza mogą sobie być słuszne, ale gdzie im do naszych, które są słusznymi! A skoro tak, to niech ów adwersarz nie będzie przemądrzałym i uzna naszą rację.
Mieć czy być?
Mieć czy być – oto jest pytanie. Rzecz jasna wielu z nas odpowie, że oczywiście być, gdyż tak naprawdę te wszystkie otacząjące nas rzeczy to tylko dodatki, a przecież czytamy, myślimy i nawet telewizora już się pozbyliśmy. A jednak nasza mowa nas zdradza. Bo oto nie mówimy, że jest wśród nas znamienity gość, ale że mamy wśród nas znamienitego gościa, nie mówimy, że w książce są ilustracje, ale że w książce mamy ilustracje, nie mówimy, że przed nami jest Wawel, ale że przed nami mamy Wawel… itd., itp. Więc na nic się zdadzą nasze zaprzeczenia, że posiadanie nas nie interesuje: i tak zdradzą nas nasze słowa. Wolimy mieć niż być.
Warto więc w ramach przedświątecznych porządków, kiedy zdarza się nam wyrzucić z domu różne graty, i adwentowych postanowień, kiedy to chcemy bardziej być, z języka wyrzucić słowo „mieć”. Może wtedy uda się nam bardziej być.
Jest sposób na sposób?
Do szewskiej pasji może doprowadzić szerzenie się w ostatnim czasie w polszczyźnie „sposobu”. Autorzy wypowiedzi, i to nie tylko ustnych, zastanawiają się więc, jak w sposób doskonały zarządzać populacją, albo mówią o matematyce w sposób prosty i jasny. Zapewne samo doskonałe zarządzanie albo mówienie prosto i jasno w ich przekonaniu brzmi za mało poważnie. Samo zrobienie czegoś lepiej, mądrzej, szybciej nie wystarczy, te pojedyncze słowa nie są w stanie wyrazić całej doniosłości ich myśli. Może mają rację: „mądrzej” przemyka przez umysł słuchacza niczym błyskawica, „w sposób mądrzejszy” trwa w tym umyśle dłużej. Tak, „w sposób lepszy”, „w sposób szybszy”, „w sposób doskonalszy” w mózgu czytelnika/ słuchacza zostaje na dłużej. Ale jak się tę frazę jeszcze wydłuży, to głębia myśli będzie o wiele mocniej podkreślona. Dlaczego więc mówić „w sposób lepszy”, skoro to tylko odrobinę przedłuża obcowanie umysłu czytelnika/słuchacza z myślą autora? Wszak można ten moment jeszcze trochę rozciągnąć w czasie. W „sposób bardziej dobry”, „w sposób bardziej mądry”, „w sposób bardziej szybki”, „w sposób bardziej doskonały”… Co cztery słowa to nie jedno, słuchacz/czytelnik z doniosłością naszej myśli może obcować o wiele dłużej, a więc i bardziej je doświadczyć, bardziej się do niej przekonać.
A mówią, że język się upraszcza i zmierza do skrótowości. „Sposobu” to jednak chyba nie dotyczy. A co najgorsze, nie ma żadnego sposobu na sposób…
O polszczyźnie w internecie
Mówienie o poprawności językowej jest dzisiaj trudne, bo o ile kiedyś mówienie czy pisanie niepoprawnie nie było usprawiedliwiane, o tyle dzisiaj coraz częściej jest, zwłaszcza w wypadku wypowiedzi w internecie. Oto bowiem ktoś, kto wspomni o tym, że może jednak wypadałoby pisać przynajmniej bez błędów ortograficznych, nie mówiąc już o tym, że gramatycznie, natychmiast, o ile nie zostanie to uznane za czepianie się nie wiadomo czego, zostanie zarzucony argumentami, że przecież to komentarz, a nie artykuł naukowy i nie powinniśmy wymagać, by ludzie, pisząc na przykład posty na blogu, tak strasznnie przejmowali się błędami, że w internecie pisze się szybko, więc mniej poprawnie, że najważniejsza jest treść, nie zaś forma. Można też napotkać bardziej wysublimowany argument, że pisanie nieortograficzne i niegramatyczne świadczy o tym, że się nie jest frajerem, który przestrzega jakichś skostniałych zasad. No i świetnie. Jeśli do tego doda się jeszcze, że dzisiaj i sami językoznawcy bardziej podążają za naturalną ewolucją języka, niż starają się go kształtować określanymi przez siebie zasadami, to tylko temu wszystkiemu przyklasnąć i samem mniej się przejmować poprawnością językową. Niech każdy pisze tak, jak chce, jak potrafi, według własnych zasad. Czytaj dalej
