Hobbit. Tam i nie z powrotem

Tekst opublikowany w Magazynie Dywiz24 listopada 2012 r.

Bli­ska jest mi inter­pre­ta­cja rela­cji czy­tel­nika do tek­stu doko­nana przez Paula Rico­eura. Zda­niem tego filo­zofa świat tek­stu to pewna moż­li­wość bycia-w-świecie, to pewna pro­po­zy­cja włą­cze­nia wizji rze­czy­wi­sto­ści zawar­tej w tek­ście do spo­sobu egzy­sto­wa­nia czy­tel­nika. Dodam, że teo­log pro­po­nuje w swoim tek­ście nie tylko pewną wizję świata, ale i moż­li­wość bycia-w-świecie-spotkania-z-Bogiem. A skoro każdy wie­rzący jest teo­lo­giem – bo jak mówi Bene­dykt XVI, „każdy, kto kocha Boga, jest przy­na­glony, by stać się w pew­nym sen­sie teologiem” – to taka pro­po­zy­cja może się zna­leźć zarówno w kil­ku­to­mo­wym dziele teo­lo­gicz­nym z tysią­cami prze­pi­sów, jak i w powie­ści. Przy­stę­pu­jąc więc do lek­tury jakie­goś dzieła lite­rac­kiego, mogę się spo­dzie­wać, że znajdę tam nie tylko mniej lub bar­dziej inte­re­su­jącą fabułę, ale i wizję bycia w świe­cie, na któ­rego hory­zon­cie jest Bóg. Jest to bar­dzo praw­do­po­dobne zwłasz­cza w przy­padku autora wie­rzą­cego. O Joh­nie Ronal­dzie Reu­elu Tol­kie­nie wia­domo, że wiara była dla niego czymś istot­nym, bo sam przy­zna­wał, że jest gor­li­wym kato­li­kiem. Czy więc rów­nież w jego dzie­łach, na któ­rych kar­tach spo­ty­kamy tak fan­ta­styczne stwory, jak hob­bity, kra­sno­ludy, elfy, trolle czy gobliny, można odna­leźć jakieś wątki teo­lo­giczne? Czy mówią one coś o świe­cie spo­tka­nia z Bogiem? Czy takie wątki można odna­leźć na przy­kład w „Hob­bi­cie”, któ­rego ekra­ni­za­cja wła­śnie wcho­dzi do kin?

Słowo „Bóg” nie poja­wia się w książce, nie jest powie­dziane wprost, skąd wzięło się Śródzie­mie, u jej boha­te­rów nie znaj­du­jemy żadnych śladów reli­gij­no­ści, prze­ja­wów kultu. A jed­nak świat „Hob­bita” to nie jest świat ate­olo­giczny. Jest on bowiem prze­strze­nią fun­da­men­tal­nej walki Dobra ze Złem. Zło jawi się przy tym jako rze­czy­wi­stość eks­pan­sywna, two­rząca kra­inę śmierci i spu­sto­sze­nia, która wdziera się w świat Dobra i prze­mie­nia go w pust­ko­wie. Sym­bo­lem tego uni­ce­stwie­nia są nie tylko spu­sto­szone przez smoka Smauga oko­lice Samot­nej Góry, ale rów­nież opa­no­wane przez gobliny ponure Góry Mgli­ste czy będąca pod wła­da­niem złego czar­no­księż­nika z połu­dnia Mroczna Pusz­cza. W Hob­bi­cie czy­tel­nik nie dowia­duje się zbyt wiele o natu­rze tego Zła, wie jed­nak, że zagraża ono Śródzie­miu, że odcina ono od Dobra niczym Mroczna Pusz­cza od świa­tła. Podział nie jest jed­nak czarno-biały, bo Zło prze­nika rów­nież do tych ludów, które można uznać za sto­jące po stro­nie Dobra. Cza­sem wal­czą one ze sobą (koń­cowa Bitwa Pię­ciu Armii, w któ­rej kra­sno­ludy sprzy­mie­rzone z elfami, ludźmi i orłami, poko­nały armię gobli­nów, mogła być bitwą ludzi i elfów z kra­sno­lu­dami o złoto) albo sprzy­mie­rzają się ze Złem (wspo­mniane przej­ścia kra­sno­lu­dów na stronę gobli­nów). J.R.R. Tol­kien przed­sta­wia więc świat, w któ­rym o Dobro, o życie trzeba po pro­stu walczyć.

Postaci napo­ty­kane w „Hob­bi­cie” muszą także wal­czyć o Dobro w sobie, bo cho­ciaż i kra­sno­ludy, i elfy, i ludzie zasad­ni­czo stoją po jego stro­nie, trudno uznać ich za nie­ska­la­nie szla­chetne. Bodaj naj­lep­szym tego przy­kła­dem jest Tho­rin Dębowa Tar­cza, spad­ko­bierca kró­lew­skiego rodu kra­sno­lu­dów. To on jest for­mal­nym przy­wódcą wyprawy mają­cej na celu odzy­ska­nie złota kra­sno­lu­dów przy­własz­czo­nego przez smoka Smauga, ale cza­ro­dziej Gan­dalf musiał sobie zda­wać sprawę z jego sła­bo­ści: poryw­czo­ści, chci­wo­ści, nie­wdzięcz­no­ści oraz z tego, że nie jest on stwo­rzony do roli praw­dzi­wego przy­wódcy. Dla­tego do udziału w wypra­wie wybrał niczym nie­wy­róż­nia­ją­cego się hob­bita Bilba Bag­ginsa, który im bli­żej Samot­nej Góry, czyli kresu wyprawy, tym bar­dziej przej­mo­wał rolę szefa grupy. Tho­rin nie tylko nie miał żadnego pomy­słu na pozby­cie się smoka, ale wła­ści­wie nie miał w tym żadnego udziału, bo to hob­bit odkrył słaby punkt potwora, a zabił go jeden z ludzi znad jeziora, Bard. Jed­nak po odzy­ska­niu złota kra­sno­lud ani myślał zre­kom­pen­so­wać ludziom straty ponie­sione w wyniku ataku Smauga, a Bilba, który dla rato­wa­nia pokoju oddał Bar­dowi i kró­lowi elfów, oble­ga­ją­cym kra­sno­lu­dów w Samot­nej Górze, naj­bar­dziej pożą­dany przez Tho­rina Arcy­klej­not, uznał za swo­jego naj­gor­szego wroga, zapo­mi­na­jąc o jego zasłu­gach. Kra­sno­lud wywal­czył w sobie dobro dopiero w ostat­nich chwi­lach życia, gdy wyka­zał się nie­zwy­kłą odwagą pod­czas bitwy Pię­ciu Armii i pojed­nał się z Bil­bem na łożu śmierci.

A jed­nak to nie naj­szla­chet­niejsi ze szla­chet­nych, nie Elrond, wspa­niały przy­wódca elfów (uwa­ża­nych za naj­do­sko­nal­sze stwo­rze­nia) z doliny Riven­dell, nie król leśnych elfów, nawet nie nieco nie­ufny i nie­przy­ja­zny dla gości, jed­nak o bar­dzo dobrym sercu Beorn (siłacz potra­fiący zmie­niać się w niedź­wie­dzia), ale wła­śnie kra­sno­lu­dzi i przy­wią­zany do wygod­nego życia Bilbo, stra­chliwy, a na początku będący raczej cię­ża­rem niż pomocą, zostali przez Gan­dalfa wybrani do zaini­cjo­wa­nej przez niego wyprawy (to cza­ro­dziej skło­nił Tho­rina do wyprawy, poka­zu­jąc mu mapę z taj­nym przej­ściem do skarbu). Zagad­kowa rola cza­ro­dzieja zdaje się pole­gać raczej na dzia­ła­niach zmie­rza­ją­cych do zaże­gna­nia roz­prze­strze­nia­nia się Zła niż do odzy­ska­nia złota kra­sno­lu­dów. W końcu wyprawa powo­duje wojnę, po któ­rej roz­pa­no­szone wcze­śniej gobliny zagar­nia­jące coraz więk­sze prze­strze­nie muszą ogra­ni­czyć się do zamiesz­ki­wa­nych przez sie­bie pod­ziemi, a przy tym cza­ro­dziej wyko­nuje misję pole­ga­jącą na wypę­dze­niu czar­no­księż­nika z jego for­tecy na połu­dniu Mrocz­nej Pusz­czy. Na swo­jego głów­nego pomoc­nika w tej walce ze Złem Gan­dalf nie wybiera żadnego z wiel­kich Śródzie­mia, ale nie­po­zor­nego hob­bita, na doda­tek przed­sta­wi­ciela ludu, który nie cie­szy się zbyt wiel­kim poważaniem.

W świe­cie J.R.R. Tol­kiena, zawie­szo­nym mię­dzy Dobrem a Złem, mię­dzy życiem a śmier­cią, każdy musi więc zapo­bie­gać roz­prze­strze­nia­niu się kra­iny mroku, a naj­bar­dziej ci, któ­rzy nie podej­rze­wają u sie­bie żadnych zdol­no­ści do wiel­kich czy­nów. Wbrew temu, czego byśmy chcieli i czego byśmy się spo­dzie­wali, „ryce­rze Dobra” są dotknięci Złem, a przy­naj­mniej wła­snymi sła­bo­ściami. Pod­ję­cie wyzwa­nia i wyprawa w nie­znane zmie­nia jed­nak Tol­kie­now­skich boha­te­rów dia­me­tral­nie. Wbrew pod­ty­tu­łowi nie jest to zatem wyprawa tam i z powro­tem, bo cho­ciaż hob­bit wraca do swo­jego przy­tul­nego domu, nie jest już tym samym Bil­bem Bag­gin­sem, i to nie tylko dla­tego, że wśród swo­ich ziom­ków, nie­chęt­nym wszel­kim przy­go­dom, traci zupeł­nie powa­ża­nie. Tho­rin, prze­mie­niony, udaje się w dal­szą podróż… Obaj nie wędrują tam i z powro­tem. Tak jak i my, któ­rzy gdy porzu­cimy wygodne życie dla przy­gody spo­tka­nia z Bogiem w świe­cie, w któ­rym trzeba wal­czyć o Jego kró­lestwo na zewnątrz i w sobie, już do tego życia nie powrócimy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *