Czy każdy może być teologiem?

Kiedy napotykano na jakiś problem, od razu pojawiał się tłum ludzi, dzielących się opiniami, argumentami, cytatami. […] Żołądki były puste, domy ogołocone, ale umysły przepełnione były bogactwem Tory.

W książce Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii przekonuję, że każdy, kto kocha Boga, każdy, kto się modli, w pewnym sensie jest już teologiem. A jeśli tak rozumie się teologię i tak rozumie się pojęcie teologa (w książce definiuję ją jako taką racjonalną rozmowę o objawionym Bogu, w której uczestniczy sam Bóg), to trzeba uznać, że teologiem jest nie tylko ten, kto wykłada na uczelni, kto zdobył tytuł naukowy z teologii, ale że jest nim na przykład zwykły ksiądz, katecheta, ostatecznie zaś każdy wierzący. Nie jest to zresztą nic nadzwyczajnego, bo  doktorem Kościoła jest np. Katarzyna ze Sieny, która właściwie nigdy profesjonalnie nie zajmowała się teologią.

Ks. prof. Dariusz Kowalczyk, chociaż niezbyt skłonny do tego, by za pierwsze teolożki uznać sprzeczające się w V w., w czasie burzliwych synodów i soborów chrystologiczno-trynitarnych, o naturę Jezusa przekupki na targach, stwierdza jednocześnie:

Z drugiej strony cieszyłbym się, gdyby teolodzy potrafili trafić ze swą teologią „pod strzechy” i wzbudzić dyskusje teologiczne wśród tzw. zwyczajnych ludzi.

Czy jednak „zbłądzenie” teologii pod strzechy (dzisiaj tym strzechami może być internet) jest w ogóle możliwe? Czy możliwe jest, żebyśmy u cioci na imieninach zamiast o życiu celebrytów rozmawiali o unii hipostatycznej? Tak, to prawda, często wydaje się to niemożliwe, zwłaszcza gdy widzi się zainteresowanie tematami wiary (jeśli nie dotyczą one kwestii moralnych) i poziom dyskusji o nich. Pewną nadzieję, że nie są to tylko puste mrzenia, by każdy wierzący był teologiem, daje dokonany przez Abrahama J. Heschela opis zaangażowania w rozważanie kwestii religijnych Żydów żyjących na ziemiach polskich:

Ponieważ ideały aszkenazyjskich Żydów podzielane były przez wszystkich, relacje pomiędzy różnymi częściami społeczności – między uczonym a ignorantem, studentem jeszywy [wyższa szkoła nauk talmudycznych] a kupcem – miały zażyły organiczny charakter. Przyziemność wieśniaków, serdeczność zwykłych ludzi i duchowa prostota magidów (niezawodowych kaznodziejów) przenikały do bet hamidraszu – domu modlitwy, który był także domem studiów i nauczania. Robotnicy, chłopi, tragarze, rzemieślnicy, sklepikarze – wszyscy byli partnerami w Torze. Magidzi – termin ten prawdopodobnie powstał w Europie Wschodniej – do nikogo nie zwracali się o dyplomy. Czuli się upoważnieni przez Boga, aby być kaznodziejami moralności. (Abraham J. Heschel, „Pańska jest ziemia”, s. 43n)

Biedni Żydzi, których dzieci znały tylko smak „ziemniaków w niedzielę, ziemniaków w poniedziałek, ziemniaków we wtorek” zasiadali tam jak intelektualni magnaci. Posiadali oni całe skarby myśli, bogactwo wiadomości, idei i powiedzeń wielu stuleci. Kiedy napotykano na jakiś problem, od razu pojawiał się tłum ludzi, dzielących się opiniami, argumentami, cytatami. Ktoś stawiał pytanie na temat spornego fragmentu z dzieła Majmonidesa – i wielu rywalizowało ze sobą w próbach wyjaśnienia go, prześcigając się nawzajem w subtelności dialektycznych rozróżnień lub w cytowaniu nieoczywistych źródeł. Żołądki były puste, domy ogołocone, ale umysły przepełnione były bogactwem Tory. (Abraham J. Heschel, Pańska jest ziemia, s. 51n)

Skoro było to możliwe w polskich Żydów, dlaczego miałoby nie być możliwe u polskich chrześcijan?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *