Pentekostalizm opierający się na twardym irracjonalizmie trudno traktować jako coś dla wiary korzystnego albo dla niej niegroźnego. Nawet jeśli w krótkiej perspektywie może on przynieść korzyści, w długiej może prowadzić nawet do obumarcia życia duchowego i faktycznej sekularyzacji.
W niniejszym tekście chciałbym kontynuować pewne wątki, które poruszyłem w tekście „Kościół ignorantów?„. Jest to możliwe między innymi dzięki dyskusji, jaka miała miejsce na Facebooku pod moim postem reklamującym wspomniany tekst, a w której najaktywniejsi byli Michał Gołębiowski i Juliusz Iwanicki (obu serdecznie dziękuję).
Zasadnicze tezy tekstu „Kościół ignorantów?” były takie, że proces pentekostalizacji religii, a zwłaszcza chrześcijaństwa, któremu podlega także polska religijność, polegający na przekształcaniu chrześcijaństwa w religię kładącą nacisk na uczucia, obiecującą uzdrowienie, sukces życiowy, rozwiązanie problemów osobistych czy rodzinnych, prowadzi do zwycięstwa irracjonalizmu, subiektywizmu, skrajnie fideistycznego podejścia do religii, cofnięcia się do religijności mitycznej; szukamy w religii nie prawdy, lecz zaspokojenia swoich emocji. To nowa odsłona konfliktu chrześcijaństwa intelektualnego i aintelektualnego (chociaż dzisiaj inne mogą być jego przyczyny). Nie oznacza to, że coś trzeba z chrześcijaństwa rugować, bo Kościele jest i powinno być miejsce dla wszystkich. Jednak triumfy katolicyzmu pentekostalnego mogą doprowadzić do tego, że w Kościele dla chrześcijaństwa intelektualnego niedługo nie będzie miejsca (tym bardziej że potrzebuje ono zaplecza, by mogło się rozwijać).
We wspomnianej dyskusji pojawiły się dwa główne problemy: Po pierwsze, czy rzeczywiście pentekostalizm wiąże się z irracjonalizmem? Po drugie, czy mimo wszystko nie stanowi on obrony przed indyferentyzmem (obojętność religijna), czy ostatecznie nie jest lepszą postawą niż indyferentyzm? Próbując odpowiedzieć na te pytania, będę odwoływał się nie tylko do samej dyskusji, ale również i do innych wypowiedzi.
1. Związek bezwzględny?
Czy w ogóle pentekostalizm trwale wiąże się z irracjonalizmem? Do odpowiedzi twierdzącej skłaniałyby tezy ze wstępu książki Andrzeja Migdy „Mistycyzm pentekostalny”. Problem jednak w tym, że autor odnosi je do polskich protestantów, zielonoświątkowców, nie zaś katolickiej czy ogólnej religijności pentekostalnej. W każdym razie padają tam takie stwierdzenia: „polski ruch zielonoświątkowy cechuje antyintelektualizm i choć sytuacja ta zmienia się obecnie, to ciągle można spotkać w wielu zborach postawy niechętne naukowemu dyskursowi oraz refleksji teologicznej” i „wydawane w Polsce książki stanowią dla wiernych inspirację do działania, rzadko do intelektualnej zadumy”. Czy da się jednak prosto odnieść te twierdzenia do katolickiego pentekostalizmu?
Chociaż uczestnicy wspomnianej dyskusji wskazywali, że ruch charyzmatyczny jest bardzo szeroki i zróżnicowany i nie zawsze da mu się przypisać fideizm, postawy antyintelekutalne, to jednak zgadzali się, że bywa on tych postaw siedliskiem. Przyczynę tego można upatrywać w deficycie edukacji filozoficznej, której w Polsce nie ma prawie żadnej. A bez elementarnego przygotowania filozoficznego trudno o racjonalny namysł nad religią. Przy tym nie chodzi tu o uprzednie przyjęcie stylu konkurencyjnego względem chrześcijaństwa intelektualnego. Pentekostalizm nie jest skazany na fideizm, ale jest nurtem, który z takich czy innych przyczyn nie wypracował odpowiedniej gotowości do dyskusji filozoficznej. Można by dodać, że z takich czy innych przyczyn nie wypracował też gotowości do refleksji teologicznej.
Przy tym istotne jest, jak wskazał Juliusz Iwanicki, odróżnienie dwóch rodzajów irracjonalizmu odnoszącego się do religii. Po pierwsze, chodzi o irracjonalizm „miękki”, który oznaczałby dystans do budowania jakiegoś systemu filozoficzno-teologicznego, ale nie dystans do intelektu (przykładem takiego fideizmu może być Blaise Pascal). Po drugie, chodzi o fideizm „twardy”, pozbawiony głębszego zaplecza filozoficznego i zdystansowany wobec rozumowego ujmowania wiary (fideizm dużej części ruchów pentekostalnych). Pentekostalizm rozumiany pozytywnie byłby radykalnym wdrażaniem Ewangelii w praktykę, a rozumiany negatywnie – skupieniem się na praktyce, które jednak odbywa się kosztem (zaniedbanej w tym przypadku) teorii.
Wniosek jest więc taki, że pentekostalizm, chociaż nie musi wiązać się z irracjonalizmem czy fideizmem, często jednak z nim się wiąże, i to właśnie z fideizmem „twardym”, negatywnie nastawionym wobec intelektualnego namysłu nad wiarą (co z kolei nie musi być jego świadomym założeniem).
Co ciekawe, postawy fideistyczne i irracjonalne daje się zaobserwować w Kościele w miejscach, w których trudno byłoby ich się spodziewać. Ks. Piotr Karpiński radykalne rozdzielenie sfer rozumu i wiary nazywa nawet jedną z największych współczesnych herezji. I dodaje:
Życie duchowe i życie intelektualne postrzegane są jako niezależne od siebie, a nawet wykluczające się. Herezja ta zagościła nawet w seminariach i zakonach. Studia filozoficzno-teologiczne i formacja intelektualna są niczym w porównaniu z modlitwą, adoracją, rozmową z ojcem duchownym etc. Nie musisz być – zdaje się mówić – jakimś naukowcem, byleś był pobożny
Na ile herezja ta jest skutkiem oddziaływania antyintelektualnych ruchów charyzmatycznych? Wydaje się, że takich związków można się dopatrywać, choć rzecz bez wątpienia wymagałaby systematycznego zbadania.
2. Czy pentekostalizm nie jest błogosławieństwem dla wiary?
Czy jednak religijność charyzmatyczna nie jest w gruncie rzeczy wybawieniem dla polskiego (choć nie tylko polskiego) katolicyzmu? Czy nie broni on wiary przed indyferentyzmem?
Juliusz Iwanicki we wspomnianej dyskusji początkowo wskazywał właśnie, że kierunek fideistyczny nie jest dużym zagrożeniem dla polskiego katolicyzmu, bo lepsza taka religijność niż indyferentyzm, czyli np. wiara „niedzielna” (formalna), praktykowanie bez zaangażowania religijnego. Co więcej, dostrzegał nawet pozytywne aspekty pentekostalizmu fideistycznego. Skupienie się bowiem na sukcesie w życiu doczesnym, zmiana etyki pracy oznacza pewną modernizację polskiej religijności, choć wątpliwą w sensie teologicznym. Myśliciel społeczny Max Weber postawił bowiem w „Etyce protestanckiej i duchu kapitalizmu” tezę, że dowartościowanie pracy i przyzwolenie na gromadzenie bogactwa w niektórych nurtach kalwinizmu w Szwajcarii, Anglii czy u francuskich hugenotów dało asumpt do rozwoju gospodarki w tych społeczeństwach. Etos bogacenia się poprzez ciężką, uczciwą pracę, przy jednoczesnym dystansie do konsumpcji (brak wyrafinowanej sztuki, purytanizm) tłumaczono teologicznie tak, że to Bóg wybrał już z góry swoich wybrańców, dając im łaski (predestynacja). Wybrańcy mają potwierdzać otrzymanie łaski poprzez osiąganie sukcesu życiowego. W tych nurtach nowożytnych były także akcenty emocjonalno-charyzmatyczne (pietyzm). Jak jednak zauważył Juliusz Iwanicki, z tamtej fali religijności niewiele zostało we współczesnych zachodnich społeczeństwach. Wszystko to uległo sekularyzacji (także etyka pracy). Dlatego zgodził się, że w długofalowej perspektywie religijność pentekostalna niesie ryzyko rozwoju religijnego w kierunku materialistycznym i świeckim.
Należałoby więc się zgodzić, że skupienie się na doczesności, na uzdrowieniu, powodzeniu życiowym może (choć zapewne nie musi) prowadzić ostatecznie do indyferentyzmu, bo następuje tu pewne wygaszenie wrażliwości egzystencjalnej (którą i tak nie wszyscy mają), czyli skłonności do zadawania pytań: skąd? dokąd? dlaczego?
3. Czy możliwe jest życie duchowe bez rozumu?
Jeśli jednak nawet zgodzimy się, że fideizm pentekostalny może w dłuższej perspektywie prowadzić do indyferentyzmu, to czy jednak nie ma on wymiaru duchowego, który może przed skupieniem się na doczesności zabezpieczać? I czy nawet jeśli pentekostalizm wiąże się z rozdzieleniem wiary i rozumu, to ostatecznie nie ma to znaczenia, bo wiara bez rozumu może ocaleć, ale rozum bez wiary pozostanie tylko rozumem?
Najpierw za Kaliną Wojciechowską zwróćmy uwagę na ciekawy aspekt biblijny wiążący się z tym problemem. Otóż na pytanie uczonego w Piśmie o najważniejsze przykazanie Jezus odpowiada (Mk 6,29-30), cytując żydowskie Szema (nawet z formułą wstępną z Pwt 6,4: „Słuchaj, Izraelu”…, żeby było łatwiej rozpoznawalne). Wydaje się, że Marek cytuje tu Septuagintę. Tymczasem, jeśli porówna się Mk (i Łk też; tylko Mt jest wierny tekstowi źródłowemu) z Septuagintą, to w oczy rzuca się inna liczba dookreśleń, jak należy Boga miłować. Do miłowania Boga z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił Marek dorzuca jeszcze: całym swoim umysłem. Innymi słowy, wypełnienie przykazania odnoszącego się do miłowania czy czci Boga wymaga, obok poddania się emocjom, użycia całego rozumu. Z kolei cytowany już Piotr Karpiński zwraca uwagę na to, jak Jezus wyjaśnia uczniom przypowieść o siewcy. Ciekawa jest symbolika ziarna, które padło na drogę. Otóż oznacza ono tych, którzy słuchają słowa, ale go nie rozumieją (Mt 13,19). P. Karpiński zauważa, że być może przyjęli oni słowo sercem, włożyli w nie emocje, ale zabrakło zrozumienia. A ono jest kluczowe, bo jeśli słowo nie zostanie zmielone w żarnach rozumu, nic z niego nie będzie. Co więcej, jeśli tak się nie stanie, to przychodzi Zły. A zatem rozum nie tylko czyni słowo owocnym, ale także jest najlepszym egzorcyzmem.
Ks. Piotr Karpiński stawia mocną tezę: oddzielanie wiary i rozumu jest całkiem groźnym błędem antropologicznym. Pokazała to w swojej filozofii Edyta Stein. Życie duchowe rozgrywa się w duszy człowieka, a ta zasadniczo ma do dyspozycji dwie władze: rozum i wolę. A skoro tak, to nie da się mówić o życiu duchowym z pominięciem rozumu. Byłoby to tak, jakby człowiek amputował sobie najważniejszą część ducha. Rozwój duchowy człowieka musi zawierać w sobie ogromny wysiłek intelektualny. Bez rozumu, intelektu i pracy w tym obszarze nie ma życia duchowego.
Pentekostalizm opierający się na twardym fideizmie, irracjonalizmie (a postawy te zdają się być obecne w ruchach charyzmatycznych) trudno więc traktować jako coś dla wiary korzystnego albo dla niej niegroźnego. Nawet jeśli w krótkiej perspektywie może on przynieść korzyści, zabezpieczyć przed indyferentyzmem, w długiej, jak się wydaje, może prowadzić nawet do obumarcia życia duchowego i faktycznej sekularyzacji. Dlatego w krytycznej refleksji nad nim nie chodzi o jałowe spory, czy o. John Bashobora robi dobrą robotę, czy nie, czy za jego sprawą dokonują się uzdrowienia, czy nie, czy ze Mszy św. robi show, czy nie, czy obecność Boga „czuć” na Mszach charyzmatyków, czy na Mszach tradycjonalistów. Chodzi o sprawy znacznie bardziej fundamentalne, bo w gruncie rzeczy o przyszłość wiary. A tej przyszłości nie da ocalić, jeśli duch ludzki nie będzie wznosił się do Boga na dwóch skrzydłach: wiary i rozumu. Dodajmy: na dwóch równie silnych skrzydłach. Mam nadzieję, że przekonująco pokazałem, które skrzydło wydaje się dzisiaj osłabione, a może nawet podcięte. Przy tym trzeba pamiętać, że to właśnie to skrzydło pozwala nam oderwać wzrok od ziemi, spojrzeć dalej niż na sprawy doczesne. Może czas więc najwyższy, byśmy my, chrześcijanie na poważnie zaczęli używać rozumu.


„Czy możliwe jest życie duchowe bez rozumu?”
Pamiętam, jak na PSD u Jezuitów o.Aszyk zapytał na początku swojego pierwszego wykładu „Proszę państwa, czy zarodek prowadzi życie duchowe?”
I zapadła cisza.
Można stwierdzić, że „zarodek ma życie duchowe w zarodku”, albo, że samym swoim istnieniem chwali Boga swego Stwórcę i Odkupiciela. Ale „rozumu” jeszcze nie ma…
A ludzie niesprawni (lub niepełnosprawni) umysłowo?
Myślę, że Boga należy chwalić i kochać całym sobą. Jak ktoś „dostał dużo rozumu” 😉 to powinien używać tego daru z całej swej mocy, bo życie „na pół gwizdka” (także życie duchowe) jest nużące. A znużenie może prowadzić do zniechęcenia, nudy, poczucia beznadziei.
Ale „typ mózgowy” niech nie robi wyrzutów tym, którzy dostali inne dary…
„Typ mózgowy” nie robi wyrzutów tym, którzy dostali inne dary, a już zwłaszcza tym, którzy rozumem posługiwać się nie mogą. Jeśli już robi komuś jakieś wyrzuty, to tym, którzy z otrzymanego daru „rozumu” – nawet jeśli istnieje on obok czy w cieniu innych darów – w kwestiach wiary czynią niewielki użytek. 🙂
Tyle, że to ma mniej więcej taki sens, jakby „typ mięśniowy” robił wyrzuty tym, którzy z otrzymanego daru mięśni i zdolności poruszania się (nawet jeśli istnieją one obok, czy w cieniu innych darów) w kwestiach wiary czynią niewielki użytek (np. na różnego rodzaju misjach).
Chodzi m o to, że człowiek znajduje radość w używaniu darów, którymi został szczególnie obdarowany, a zmęczenie, Jeśli musi wykorzystywać głównie te dary, które ma w małej ilości i jest w nich słaby.
Oczywiście, przez ćwiczenie można dojść do pewnego wyrobienia w sobie cech, które posiada się w małym stopniu, ale (nawet przy dużym wysiłku) nie osiągnie się ich „na szóstkę, czy piątkę”, a powiedzmy „na trójkę”.
A czasem bywa i tak, że człowiek lubi robić to, do czego nie ma talentu, ale ktoś, kto ma talent w tej dziedzinie, widzi, że rezultat jest – hmmm… Ja np. mam tak ze śpiewaniem – lubię śpiewać i śpiewam sobie jak mogę , ale ludzie o dobrym słuchu, nie wiedzą czy się uśmiechać, czy zatykać uszy, jak tego słuchają.
A z kolei ja czuję wielką samotność, jak chcę się z kimś podzielić bardziej subtelnymi rozważaniami (także duchowymi).
Tak, radość z wykorzystywania darów, które są szczególne dla danej osoby, jest pewnie większa. Chociaż i to nie jest takie do końca oczywiste, bo któryś z polskich młodych pianistów mówił, że przyjemność z grania poczuł dopiero w wieku 20 lat. Podobnie bywa z pracami twórczymi czy modlitwą. Przychodzi znużenie, zniechęcenie.
A jeśli chce Pani podzielić się bardziej subtelnymi rozważaniami, to jest na to sposób (choć może też niedoskonały): założyć bloga, np. na Deonie, trochę go rozreklamować i samotność będzie trochę mniejsza. 🙂