Czasem to jest tak, jak w tym słynnym dowcipie o autorach, którzy tyle piszą, że nie mają czasu czytać. Bo jakiś dłuższy tekst trzeba napisać, bo jakiś wpis na bloga, bo coś wrzucić na FB. Owszem wtedy też się czyta, ale to nie jest spokojne czytanie dla samej przyjemności czytania. I tak przybywa książek nieprzeczytanych. Może i nigdy nie będą przeczytane od deski do deski. Może niektóre nigdy nie będą otwarte.
Jedni mówią, że to niedobrze, żeby książki stały, że lepiej je puścić w obieg między ludzi. Inni selekcjonują książki i robią tzw. wietrzenie biblioteczek, czyli pozbywają się tych, o których sądzą, że już im się nie przydadzą albo że ich nie przeczytają. Na takie wietrzenia patrzę z pewnym przerażeniem, zwłaszcza gdy chodzi o książki teologiczne. I to nie tylko dlatego, że jestem przekonany, że kiedyś się przydadzą. Może to zbyt optymistyczne założenie, ale wydaje mi się, że za każdą książką stoi jakieś doświadczenie spotkania z Bogiem. A jak można pozbawić się czegoś takiego?

To nieczytanie… Jesli czyta sie swiat bezposrednio – i z tego pisze? Doswiadcza niebywaŁej intensywnosci przekazu bezposredniego… Ten trop „pisma swiatowego” np. u StanisŁawa Vincenza i innych. To – mysle – nie sfera kawaŁow i prozaicznego braku czasu.