Dlaczego postępuje sekularyzacja, porzucanie wiary? Niektórzy mówią, że winni są temu sami duszpasterze. Bo mówią słabe kazania, angażują się w politykę, mówią ciągle o grzechu, przedstawiają obraz Boga jako tyrana czyhającego na potknięcie człowieka, by go ukarać. Zgoda. Myślę jednak, że równym zagrożeniem są duszpasterze mówiący płomienne homilie, zaangażowani w pracę duszpasterską, stroniący od polityki, mówiący ciągle i wyłącznie o miłości i dobroci Boga.
Jeśli bowiem słusznie oczekujemy, że każdy wierny będzie czytał Pismo Święte i literaturę religijną inną niż traktującą o cudownych dietach biblijnych czy cudach poszczególnych świętych albo objawieniach prywatnych, to musimy też zakładać, że wcześniej czy później natrafi np. na Księgę Hioba, w której odpowiedź na pytanie o cierpienie niewinnego nie jest wcale oczywista. Wcześniej czy później trafi też na miejsca, w których mowa jest o gniewie Boga, a nawet samego Jezusa. I co wtedy, wystarczy mu odpowiedź, że Bóg jest dobry zawsze?

Moim zdaniem ksiądz powinien inspirować do tego, by ludziom (przynajmniej niektórym) chciało się kopać głębiej. I nie jest to rzecz łatwa. Ksiądz powinien mówić o tym, czym żyje. Nic tak nie inspiruje jak otworzyć swoje serce. I chyba przede wszystkim znaczenie ma to, jak żyje osoba, która mówi o Bogu. Ludzie nie lubią fałszu.
Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację (nie wiem czy tak bywa) że jakiś opasły biskup podjeżdża luksusowym samochodem pod ubogą parafię w jakiejś zapadłej wsi. Jest msza, w Ewangelii padają słowa „Tak więc żaden z was nie może być moim uczniem, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada”. To się nazywa lekcja życia. Czego uczą się na niej parafianie?