Śledztwa Benedykta Sterna – opowiadanie

„Historyczne Krzesiwo”

Sprawa Marty Krzesiwo sprawiała wrażenie oczywistej: zabił ją Stanisław Nowak, jej chłopak i kolega ze szkoły. Motyw też nie pozostawiał wątpliwości: chorobliwa, szaleńcza zazdrość. Dowodów było aż nadto: to Nowak pokłócił się z dziewczyną w dzień jej śmierci, to on odciągnął ją od grupy znajomych po wyjściu ze szkoły, to on był widziany z nią krótko przed jej śmiercią w ciemnym Parku Skaryszewskim nad Jeziorem Kamionkowskim, to do niego należało narzędzie zbrodni – nóż sprężynowy – na którym były jego odciski palców. Mimo tylu obciążających go okoliczności chłopak uparcie nie chciał przyznać się do winy. Twierdził, że nóż mu ukradziono kilka dni wcześniej, a gdy rozstawał się z Martą, ta żyła. Wydawałoby się: sprawa, jakich wiele. Nie zainteresowałbym się nią, gdyby nie to, że matka licealisty była moją dawną dobrą znajomą, o której cięgle ciepło myślałem, mimo że ostatnio rzadko się widywaliśmy, i błagała mnie, bym pomógł jej synowi, który przez tę historię nie tylko nie napisze matury, lecz będzie miał złamane życie.

Grafika została wygenerowana w Bing Image Creator

W czwartek zjadłem więc lekkie śniadanie, wypiłem kawę, włożyłem białą koszulę, ciemny garnitur w delikatną kratkę, czarny płaszcz, czarny kapelusz i wyszedłem z domu. Jesienne słońce przyjemnie przygrzewało, ale ostre powietrze zapowiadało nadejście nocnych przymrozków. Wstąpiłem jak zwykle rano do biura. Kinga już tam była. Wydałem jej dyspozycje na dzień pracy, choć doskonale wiedziała, co ma robić, i udałem się do komendy Policji. Inspektor Paweł Czarny już na mnie czekał.

– Nie ma mowy, Stern – wypalił na powitanie. – Nie będziesz wsadzał nosa w sprawę Krzesiwo. Ona jest już w zasadzie zamknięta, prokurator niebawem prześle do sądu akt oskarżenia.

Bardzo nie lubię odbierać długów wdzięczności, głównie dlatego, że w przyszłości mogą się przydać. Tym razem jednak musiałem. Moje relacje z obecną panią Nowakową nie były takie jak wtedy, gdy była ona panną Smolińską, ale mimo wszystko byłem jej coś winien za te dawne piękne czasy, gdy świat odczuwaliśmy bardziej intensywnie. Użyłem więc weksla pod tytułem „przysługa za sprawę Szajbusa” i uzyskałem to, co chciałem. Na szczęście w zanadrzu pozostało mi jeszcze kilka długów do odebrania. Obejrzenie zdjęć z miejsca zbrodni, przeczytanie raportu z sekcji zwłok, opinii i analiz psychologicznych zbyt wiele nie dało. Marcie Krzesiwo wysoki, silny człowiek, taki jak Stanisław Nowak, zadał kilka ciosów nożem, z których ten w serce okazał się śmiertelny.

Nad sprawą biedziłem się kilka dni. Niewiele pomogło to, że wysłałem Kingę do liceum, w którym uczyli się Marta Krzesiwo i jej chłopak, żeby przepytała ich koleżanki i kolegów. Moja współpracownica, która ze względu na swoją szczupłą i bardziej dziewczęcą niż kobiecą figurę, długie włosy, delikatną urodę – pewnej powagi, jak przystało na studentkę prawa, dodawały jej spore okulary – wyglądem niewiele od nich się odróżniała, a miała nade mną tę przewagę, że przynajmniej częściowo rozumiała ich mowę, nie zdobyła żadnych nowych informacji. Związek Marty i Stanisława, choć trwał właściwie od pierwszej klasy, był burzliwy, składał się z rozstań, spowodowanych głównie zazdrością chłopaka, i powrotów, które nieuchronnie prowadziły do kolejnych rozstań. Ostatnio Stanisław wpadł w szał, gdy dowiedział się, że Marta na studniówce ma tańczyć poloneza z kolegą z klasy, a nie z nim. Zresztą o wszystkich był zazdrosny, nawet o nauczyciela, który przygotowywał dziewczynę do matury z historii, a który wiekiem i wyglądem przypominał Jabbę z „Gwiezdnych wojen”, podobnego do ślimaka bez muszli przedstawiciela rasy Huttów, który dożył ponad 600 lat i ważył około tony. Historia, którą Marta kochała chyba bardziej niż Stanisława – przynajmniej według koleżanek i kolegów – często była powodem ich kłótni. Chłopak, uczący się w klasie matematyczno-fizycznej i planujący studia na politechnice, nie potrafił zrozumieć, jak można zajmować się czymś, po czym da się znaleźć pracę najwyżej w gastronomii.

Co mogłem zrobić wobec tak niepodważalnych dowodów winy Stanisława Nowaka? Udać się nazajutrz do jego matki i powiedzieć wprost, że przez najbliższych kilkanaście lat będzie odwiedzała syna w więzieniu? „Serce nie sługa, wiadomo, lecz kim tak naprawdę była ta, która doprowadziła go do szaleństwa?” – pomyślałem. Bo owszem, Kinga sporo o Marcie się dowiedziała, lecz czy w dzisiejszych czasach o wiele więcej niż rodzina, znajomi, a nawet małżonkowie lub partnerzy nie wiedzą o nas algorytmy Facebooka, Instagrama czy Twittera?

Na szczęście dla mnie, człowieka starej daty, bo prawie czterdziestoletniego, Marta była konserwatystką, bo nie przejawiała żadnej aktywności na TikToku. Przeglądania tego serwisu, którego nie pojmuję, chyba bym nie zniósł. Mało udzielała się również w mediach społecznościowych należących do Marka Zuckerberga. Za to z jakiegoś powodu, którego na początku nie rozumiałem, wybrała portal Elona Muska. Po przeczytaniu kilkunastu nitek historycznych na należącym do niej profilu „Historyczne Krzesiwo”, wydało mi się, że rozgryzłem jej wybór. Bodaj jedynie na Twitterze można było umieścić konkretny obraz ilustracyjny albo kilka bezpośrednio pod fragmentem nitki go dotyczącym. I szybko uświadomiłem sobie również, że Marty Krzesiwo nie zabił jej chłopak.

By tego dowieść, potrzebowałem jednak kilku tygodni, szczęścia, bo wcale nie było przesądzone, że ryba połknie haczyk, oraz trochę pieniędzy od Aliny Nowak, by pokryć wydatki, głównie na pizzę i piwo, które Kinga zapewniała Bartkowi, swojemu znajomemu, pasjonatowi nowych technologii, kawę, którą piłem hektolitrami, by do późna w nocy czytać książki historyczne, oraz działania marketingowe. Te ostatnie przyniosły bardzo dobry efekt: profil twitterowy „Fanatyczka Historyczka” szybko zdobył prawie dziesięć tysięcy obserwujących. Wraz z Kingą i jej kolegą Bartkiem starałem się, by codziennie pojawiała się na nim nowa ciekawa nitka, okraszona wieloma obrazkami, a zwłaszcza by przeczytał ją „Słoń Hannibala”.

Moja cierpliwość i praca w końcu zostały nagrodzone: przyszło zaproszenie. „Słoń Hannibala” wprawdzie od razu proponował spacer na Cmentarz Choleryczny – niewielką warszawską nekropolię położoną na Pradze na zarośniętym drzewami i krzakami nieużytku między torami kolejowymi – w czasie którego pogadaliby o historii, przeczytanych książkach oraz o tym, skąd u tak młodej osoby taka pasja historyczna, a przy okazji zobaczyli ciekawe miejsce, o którym niewielu wie. „Fanatyczka Historyczka”, która nie miała pojęcia o istnieniu takiego cmentarza, na zaproszenie zareagowała entuzjastycznie, lecz by nie wzbudzać podejrzeń zbyt łatwą zgodą, zaproponowała najpierw spotkanie w kawiarni na Nowym Świecie, po którym wybraliby się  na Pragę.

Nie mogłem się pokazać w lokalu, by nie zostać rozpoznanym. Kinga była jednak chroniona przez dwóch policjantów od inspektora Czarnego, którego nawet nie musiałem długo przekonywać, że jeśli mi pomoże, złapie prawdziwego zabójcę Marty Krzesiwo. Ja wraz z inspektorem i jeszcze dwoma policjantami czekałem na moją współpracownicę i „Słonia Hannibala” przy Cmentarzu Cholerycznym. Ponieważ musieliśmy kryć się pośród drzew i krzaków, między którymi biegła dróżka prowadząca do nekropolii, bo jak przypuszczaliśmy właśnie tu facet będzie chciał zaatakować Kingę, ubrać się musiałem w dżinsy, polar i czarną kurtkę przeciwdeszczową.

Dwie postaci, jedna wysoka i zwalista, a druga średniego wzrostu i drobna, na ścieżce pojawiły się, gdy zaczynało się ściemniać. Wokół nie było żywego ducha, jedynie w oddali stukały koła pociągów. Tak jak się spodziewałem, facet napadł moją pracownicę w najciemniejszym i najbardziej zadrzewionym miejscu. Tym razem swoją ofiarę zamierzał udusić, co było dla nas, a zwłaszcza Kingi, szczęśliwą okolicznością. Ludzie inspektora Czarnego zareagowali błyskawicznie, więc nie doznała żadnych obrażeń, lecz sporo musieli się natrudzić, żeby obezwładnić przeszło stukilowego mężczyznę. Gdy w końcu go zakuli, podszedłem, by mu się przyjrzeć. Nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że „Słoń Hannibala” okazał się Jabbą the Huttem. Zakładałem, że zabójca musiał znać Martę i Stanisława, żeby chociażby ukraść nóż chłopakowi.

– No proszę, pan nauczyciel. Do geniuszu Hannibala to panu daleko, dał się pan podejść jak dziecko – zakpiłem.

Przewiercił mnie złowrogim spojrzeniem, ale się nie odezwał.

– Benedykt Stern, do usług. Prywatny detektyw – przedstawiłem się. – To ja jestem pana Scypionem Afrykańskim, który urządził panu bitwę pod Zamą.

Nawiązaniem do rzymskiego pogromcy słynnego kartagińskiego wodza udało mi się go sprowokować.

– Tak, panie Stern, mój błąd, ale nie taki, o jakim pan myśli. No cóż, chciałem wygrać wojnę, która dawno jest przegrana – powiedział refleksyjnym tonem. – Oni – wskazał głową Kingę – już nas pokonali, panie Stern. Na nic nasze, moje i pana, słonie. Odbiorą nam wszystko, co z takim trudem zbudowaliśmy i osiągnęliśmy. Nie pan jest Scypionem, panie Stern, lecz takie Marty Krzesiwo.

Po ostatnich słowach mnie olśniło, choć już od jakiegoś czasu miałem niejasne podejrzenia co do motywu zbrodni.

– Marta Krzesiwo była dla pana zagrożeniem, tak? – dopytałem.

– A co pan myśli, panie Stern? Nauczyłem ją wszystkiego: miłości do historii, do książek, umiejętności szukania materiałów, ciekawego pisania – wszystkiego tego, czego sam się nauczyłem, gdy zacząłem tworzyć „Słonia Hannibala”, z trudem zdobywać najpierw setki, a potem tysiące obserwujących. A ona co? Nie tylko to wszystko, co ja potrafiłem, robiła o wiele lepiej, lecz jeszcze zaprzęgła do roboty sztuczną inteligencję: do wszystkiego zgrabny tekst, piękny obrazek przy minimalnym wysiłku. Nie byłem w stanie za nią nadążyć. Co mi zostało? Złość, frustracja, bezsilność. Obserwujący odwrócili się ode mnie, zasięgi dramatycznie spadły. Z boga Twittera stałem się nikim, pośmiewiskiem, boomerem. Lata pracy poszły na marne. Musiałem ją zabić.

Inspektor Czarny i jego ludzie zabrali nauczyciela. A ja z niepokojem spojrzałem na trochę jeszcze rozdygotaną po próbie zabójstwa Kingę. Z wieloma rzeczami radziła sobie lepiej niż ja.


Jeśli opowiadanie Ci się podobało, nie kupuj mi kawy, którą wprawdzie lubię, ale która w nadmiarze szkodzi. 😉 Zamiast tego kup, wypożycz w bibliotece, kup na prezent świąteczny, oceń czy zrecenzuj gdzieś w internecie którąś z moich książek (https://lubimyczytac.pl/autor/69760/robert-m-rynkowski), poleć je znajomym. Za wszystkie takie działania z góry serdecznie dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *