Archiwa tagu: Bóg

Piekło

Miejsce publikacji: Deon.

Kazimierz Bem poproszony o artykuł na temat koncepcji piekła w kalwinizmie, zwrócił się o pomoc do znajomych pastorów. Niektóre odpowiedzi były humorystyczne: to wieczna msza zielonoświątkowców (kalwińskie nabożeństwa słyną z surowości liturgii, zielonoświątkowe – przeciwnie), to zebranie kościelne, na którym wszyscy będą zgadzać się ze sobą (na ziemi jest to ponoć nie do pomyślenia u ewangelików reformowanych).  Idąc tym tropem, można wyobrazić sobie odpowiedzi polskich katolików. Dla tradycjonalisty piekło to wieczne msze oazowe albo wieczne msze księży z grzechotkami; dla oazowicza to niekończące się msze trydenckie, dla czytelnika „Tygodnika Powszechnego” to słuchanie „Rozmów niedokończonych”, a dla słuchacza „Radia Maryja” to czytanie tekstów ks. Adama Bonieckiego. Czytaj dalej

Bóg nie jest prawnikiem

Ks. Tomas Halik w swojej książce „Cierpliwość wobec Boga” (s. 128-130) zauważa, że nad pewnym kierunkiem greckiej patrystyki, platonizmem i neoplatonizmem inspirowanym przez filozofię chrześcijańską i mistykę filozoficzną zatriumfował rzymski duch prawa i moralności. Jako ten, który teologiczne ostrogi zdobywał w wyniku studiowania dzieł Wacława Hryniewicza, podpisuję się pod tym stwierdzeniem dwiema rękami. W wyniku tej swoistej rejudaizacji chrześcijaństwa nastąpił pewien powrót do religii jako systemu prawnego (takim systemem są w zasadzie judaizm i islam). Jezus, a jeszcze bardziej Paweł, relację „powinien dać – dał” próbował zastąpić dialektyką łaski i wiary, zastąpić religię norm religią miłości. W serii starotestamentowych przymierzy Bóg zobowiązał Izrael i samego siebie, w wyniku czego relacja religijna ma logikę i przejrzystość jak każdy porządek prawny. Nowe przymierze zawarte przez Jezusa nie jest już oparte na prawie, lecz na miłości. Halik trafnie wskazuje, że niestety, wielu ludziom zbyt szeroko otwarte drzwi wolności wydały się ryzykownym rozwiązaniem i woleli je przymknąć myśleniem prawniczym. Czytaj dalej

Milcząca obecność… Boga

Elżbieta Adamiak napisała książkę „Milcząca obecność” poświęconą obecności kobiet w Kościele będącej obecnością tych, które milczą. Ten tytuł być może można też odnieść do obecności Boga w świecie. Oto bowiem w książce „Bóg, kasa i rock’n’roll” Marcin Prokop w rozmowie z Szymonem Hołownią przyznaje, że byłby skłonny czcić Boga, gdyby mu się tylko pokazał, za zespołem Kaliber 44 mógłby powtórzyć: „Dlaczego oczywistym dla mnie jest, że Ciebie nie ma? Bądź, a klęknę”. Uważa, że w walczących ateistach jest pragnienie, by Go spotkać. Szkoda, że odpowiedź Hołowni „to otwórz oczy” przenosi tę nader interesującą w tym momencie dyskusję na kwestię języka, jakim posługują się wierzący (otwórz oczy, wypłyń na głębię, stań w prawdzie).

Sprawa nie jest też bowiem taka oczywista dla wierzących. Wszak „Boga nikt nigdy nie widział” (J 1, 18), a i Matka Teresa, i św. Teresa od Dzieciątka Jezus doświadczały Jego nieobecności, poczucia opuszczenia, nicości. Można powiedzieć, że czciły Boga, klękały przed nim, choć się nie pokazywał. I zapewne niewiele pomagało im otwieranie oczu, bo te raczej miały otwarte.

Inna jednak sprawa, że bycie Boga można łatwo „przeoczyć”, bo często jest to bycie milczące. Zastanawiam się, czy Bóg nie jest trochę podobny do kanadyjskich Indian Innu. Oto co o tym plemieniu mówi misjonarz Piotr Dudek: „Dla nich nie czas jest najważniejszy, a obecność. Nieraz odwiedzają mnie na parafii dzieci. Wchodzą, pokręcą się po domu albo posiedzą piętnaście minut czy pół godziny, nic nie mówiąc. Potem tylko krótkie „Bye” i wychodzą… Nie ma żadnej rozmowy czy konkretnego celu wizyty. Istotna jest obecność drugiego człowieka. Zresztą Innu w ogóle raczej mało mówią. Swoje uczucia wyrażają poprzez gest lub spojrzenie. To ludzie ciszy i ducha”.

Może dla Boga też najważniejsza jest obecność. Nawet obecność milcząca. Zresztą niekoniecznie musi to oznaczać brak rozmowy. Wszak i w naszych rozmowach zdarza się nam czasem razem pomilczeć. Niekiedy to ważniejsze niż wszystkie słowa.

Czy to obecność gorsza, bo nie taka, jakiej byśmy oczekiwali? Czy Jezus Chrystus nie mógłby i o nas powiedzieć: Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: „Zły duch go opętał”. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: „Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników”” (Łk 7, 33-34)? Bóg prowadzący Izrael do Ziemi Obiecanej nam się nie podoba, bo się wtrąca w sprawy świata, a na dodatek jest okrutny i faworyzuje jeden naród, Bóg milczący i dający nam pole do działania też nam się nie podoba, bo to tak, jakby Go nie było.

Może jednak to milczenie Boga daje nam przedsmak tego, co nas czeka. Problem tylko w tym, byśmy nauczyli się widzieć milczącą obecność.

Bóg – wyzwanie dla teologii

Kiedy w Kościele Rzymskokatolickim kobiety będą kapłanami? W roku 102 011. Co więcej, wtedy tylko one będą kapłanami, biskupami, a nawet kobieta będzie papieżem… gdyż mężczyzn nie będzie już na świecie. Jeśli wierzyć bowiem naukowcom, za sto tysięcy lat mężczyźni ze względu na degenerację chromosomu Y odpowiedzialnego za płeć po prostu wyginą (tak sprawę przedstawił w „Tygodniku Powszechnym” Artur Sporniak).

Można zatem zapytać, czy ma sens upieranie się, że kapłanami mogą być tylko mężczyźni, że małżeństwo mogą zawrzeć tylko osoby różnej płci, skoro już niedługo – sto tysięcy lat to w historii Ziemi nie jest bardzo długi okres – wszelkie te spory stracą znaczenie. Czy ma sens toczenie sporu o in vitro, skoro niebawem czeka ludzkość rozmnażanie się rodem z filmu Seksmisja? Prawda, spojrzenie na problem kapłaństwa kobiet z takiej właśnie perspektywy relatywizuje co nieco nasze dzisiejsze spory, bo do Pana Boga jest całkiem podobne, że mógłby zrobić nam taki dowcip, tak jak wpadł na pomysł, by narodem wybranym uczynić naród egzystujący na zapadłej prowincji w cieniu wielkich potęg. Ale też spojrzenie na te problemy w takim kontekście nie unieważnia tych sporów, bo równie dobrze nasz Bóg może nam zrobić inny żart i sprawić, że już jutro nasz plany rozpisane do 2050 r. staną się warte tyle, ile warty jest papier, na którym je spisano.

Ciekawe, że chociaż Jezus Chrystus wiedział, że już niedługo nie będzie świątyni jerozolimskiej, że chrześcijaństwo niejako zacznie wypierać judaizm, nie relatywizował funkcji kapłanów, co więcej, nakazywał ich słuchać. Chyba nie bez powodu, choć co prawda w odniesieniu do zabiegania o rzeczy doczesne, mówił: Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy (Mt 6,34). Czy więc, mimo że w XXI wieku o wiele lepiej potrafimy przewidywać przyszłość niż starożytni, patrzenie na problemy dnia dzisiejszego w kontekście przyszłości, której jeszcze nie ma, nie jest troszczeniem się o coś, co się samo o siebie zatroszczy? Być może w roku 102 011 rzeczywiście papieżem będzie kobieta, ale traktowanie tego jako poważnego argumentu za dopuszczeniem kobiet do święceń kapłańskich nie wydaje się uprawnione.

Jednak z tej możliwości można i należy wyciągać wnioski dla teologii. Tyle, że zgoła innego rodzaju niż przedstawione powyżej.

Przewidywania naukowców mówią nam bowiem nie tyle o nas i o tym, jak powinniśmy urządzać sobie życie w dzisiejszym świecie i kształtować nauczanie Kościoła, ile o Bogu.

Po pierwsze, jest to Bóg, który stawia nas przed ciągle nowymi wyzwaniami i nigdy nie pozostawia nas w duchowym letargu, który nie dał nam odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, nie daje wskazówek na każdą okoliczność, ale domaga się samodzielności i myślenia, a jedyne drogowskazy od Niego to przykazania miłości. Już po dwóch tysiącach lat chrześcijaństwa, a więc niejako ustanowieniu nowych relacji z ludzkością, każe nam się zastanawiać nad tym, czy dopuszczalna jest metoda in vitro. Być może niedługo postawi nas przed problemem, czy w sytuacji, gdy można żyć o wiele, wiele dłużej niż dziś, rezygnacja z tak długiego życia – można wręcz powiedzieć: doczesnej nieśmiertelności – powinna być traktowana jako samobójstwo, czy też nie. Niewykluczone, że za sto tysięcy lat każe nam się zastanawiać nad funkcjonowaniem Kościoła i świata bez mężczyzn.

Po drugie, odkrycia naukowe pokazują, że jest to Bóg z poczuciem humoru, który lubi nas zaskakiwać i robić nam dowcipy obalające nasze zdawałoby się, niewzruszalne zasady rządzące światem. Kiedyś zrobił żart Grekom i Rzymianom, sprawiając, że światem zawładnęła nauka, która wydawała im się głupstwem. Niewykluczone, że wpadł też na pomysł, by zażartować sobie z zasad rządzących dzisiejszym w sumie jeszcze męskim światem.

Jeśli zatem przewidywania i dokonania współczesnej nauki są wyzwaniem dla teologii, to przede wszystkim skłaniają one do postawienia pytania o to, jaki jest nasz Bóg. Niestety, nie ma dla nas nadziei: odkrycia naukowe wskazują, że nie jest to Bóg, który przestanie nas zaskakiwać, robić nam dowcipy obalające naszą zadufaną pewność, że ustaliliśmy niewzruszone zasady, i który da nam odpowiedzi na wszystkie pytania. Zawsze będzie od nas wymagał stawania przed nowymi wyzwaniami, tyle że niekoniecznie takimi, które być może pojawią się za sto tysięcy lat. Dlatego największym wyzwaniem dla teologii i nauczania Kościoła są nie dokonania nauki, ale sam Bóg.