Archiwa tagu: mężczyzna

Mąż i…

W Księdze Rodzaju 2,23 jest wers, z którego przetłumaczeniem na język polski jest spory problem. W Biblii Tysiąclecia brzmi on tak:

mężczyzna powiedział: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta.

Co za szczególny związek jest między słowem „niewiasta” i „mężczyzna”, że kobieta ma tak właśnie być określana, gdyż z mężczyzny została wzięta? Cały problem w tym, że jak tłumaczy przypis w Biblii Paulistów, w hebrajskim mamy tu do czynienia z grą słów isz (mężczyzna) i iszsza (kobieta). Ta gra słów ma za zadanie ukazać jedność i łączność między mężczyzną i kobietą. Co więcej, słowa hebrajskie można również tłumaczyć jako „mąż” i „żona”. I Biblia Tysiąclecia, i Biblia Paulistów, i Biblia Warszawsko-Praska rezygnują z próby oddania w jakikolwiek sposób tej gry słów. Pytanie, czy w ten sposób nie tracimy również istotnego znaczenia tekstu biblijnego. W Biblii Poznańskiej tłumacz zdecydował się na zastosowanie neologizmu: „Ona zwać się będzie mężową, ponieważ z męża jest wzięta”, którą to próbę trudno uznać za udaną, choć może nawiązywać do tłumaczenia Jakuba Wujka: „tę będą zwać Mężyną, bo z męża wzięta jest”. Ciekawa jest również propozycja Biblii Gdańskiej (1632) z „dla tegoż będzie nazwana mężatką, bo ona z męża wzięta jest” (podobnie Biblia Warszawska) i Izaaka Cylkowa „tę nazywać mężatką, bo z męża wzięta ona”. Nie tylko oddaje ona bowiem grę słów oryginału, wskazuje na łączność mężczyzny i kobiety, ale nakierowuje również na ich związek w małżeństwie.

Bóg – wyzwanie dla teologii

Kiedy w Kościele Rzymskokatolickim kobiety będą kapłanami? W roku 102 011. Co więcej, wtedy tylko one będą kapłanami, biskupami, a nawet kobieta będzie papieżem… gdyż mężczyzn nie będzie już na świecie. Jeśli wierzyć bowiem naukowcom, za sto tysięcy lat mężczyźni ze względu na degenerację chromosomu Y odpowiedzialnego za płeć po prostu wyginą (tak sprawę przedstawił w „Tygodniku Powszechnym” Artur Sporniak).

Można zatem zapytać, czy ma sens upieranie się, że kapłanami mogą być tylko mężczyźni, że małżeństwo mogą zawrzeć tylko osoby różnej płci, skoro już niedługo – sto tysięcy lat to w historii Ziemi nie jest bardzo długi okres – wszelkie te spory stracą znaczenie. Czy ma sens toczenie sporu o in vitro, skoro niebawem czeka ludzkość rozmnażanie się rodem z filmu Seksmisja? Prawda, spojrzenie na problem kapłaństwa kobiet z takiej właśnie perspektywy relatywizuje co nieco nasze dzisiejsze spory, bo do Pana Boga jest całkiem podobne, że mógłby zrobić nam taki dowcip, tak jak wpadł na pomysł, by narodem wybranym uczynić naród egzystujący na zapadłej prowincji w cieniu wielkich potęg. Ale też spojrzenie na te problemy w takim kontekście nie unieważnia tych sporów, bo równie dobrze nasz Bóg może nam zrobić inny żart i sprawić, że już jutro nasz plany rozpisane do 2050 r. staną się warte tyle, ile warty jest papier, na którym je spisano.

Ciekawe, że chociaż Jezus Chrystus wiedział, że już niedługo nie będzie świątyni jerozolimskiej, że chrześcijaństwo niejako zacznie wypierać judaizm, nie relatywizował funkcji kapłanów, co więcej, nakazywał ich słuchać. Chyba nie bez powodu, choć co prawda w odniesieniu do zabiegania o rzeczy doczesne, mówił: Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy (Mt 6,34). Czy więc, mimo że w XXI wieku o wiele lepiej potrafimy przewidywać przyszłość niż starożytni, patrzenie na problemy dnia dzisiejszego w kontekście przyszłości, której jeszcze nie ma, nie jest troszczeniem się o coś, co się samo o siebie zatroszczy? Być może w roku 102 011 rzeczywiście papieżem będzie kobieta, ale traktowanie tego jako poważnego argumentu za dopuszczeniem kobiet do święceń kapłańskich nie wydaje się uprawnione.

Jednak z tej możliwości można i należy wyciągać wnioski dla teologii. Tyle, że zgoła innego rodzaju niż przedstawione powyżej.

Przewidywania naukowców mówią nam bowiem nie tyle o nas i o tym, jak powinniśmy urządzać sobie życie w dzisiejszym świecie i kształtować nauczanie Kościoła, ile o Bogu.

Po pierwsze, jest to Bóg, który stawia nas przed ciągle nowymi wyzwaniami i nigdy nie pozostawia nas w duchowym letargu, który nie dał nam odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, nie daje wskazówek na każdą okoliczność, ale domaga się samodzielności i myślenia, a jedyne drogowskazy od Niego to przykazania miłości. Już po dwóch tysiącach lat chrześcijaństwa, a więc niejako ustanowieniu nowych relacji z ludzkością, każe nam się zastanawiać nad tym, czy dopuszczalna jest metoda in vitro. Być może niedługo postawi nas przed problemem, czy w sytuacji, gdy można żyć o wiele, wiele dłużej niż dziś, rezygnacja z tak długiego życia – można wręcz powiedzieć: doczesnej nieśmiertelności – powinna być traktowana jako samobójstwo, czy też nie. Niewykluczone, że za sto tysięcy lat każe nam się zastanawiać nad funkcjonowaniem Kościoła i świata bez mężczyzn.

Po drugie, odkrycia naukowe pokazują, że jest to Bóg z poczuciem humoru, który lubi nas zaskakiwać i robić nam dowcipy obalające nasze zdawałoby się, niewzruszalne zasady rządzące światem. Kiedyś zrobił żart Grekom i Rzymianom, sprawiając, że światem zawładnęła nauka, która wydawała im się głupstwem. Niewykluczone, że wpadł też na pomysł, by zażartować sobie z zasad rządzących dzisiejszym w sumie jeszcze męskim światem.

Jeśli zatem przewidywania i dokonania współczesnej nauki są wyzwaniem dla teologii, to przede wszystkim skłaniają one do postawienia pytania o to, jaki jest nasz Bóg. Niestety, nie ma dla nas nadziei: odkrycia naukowe wskazują, że nie jest to Bóg, który przestanie nas zaskakiwać, robić nam dowcipy obalające naszą zadufaną pewność, że ustaliliśmy niewzruszone zasady, i który da nam odpowiedzi na wszystkie pytania. Zawsze będzie od nas wymagał stawania przed nowymi wyzwaniami, tyle że niekoniecznie takimi, które być może pojawią się za sto tysięcy lat. Dlatego największym wyzwaniem dla teologii i nauczania Kościoła są nie dokonania nauki, ale sam Bóg.