„Szept węża” – deszcz

Przyroda w powieściach to często nie tylko tło wydarzeń, ale też swoisty ich uczestnik. W moich też odgrywa sporą rolę, tym bardziej że to najczęściej przyroda malowniczej Suwalszczyzny. No a jak przyroda, to i zjawiska pogodowe. Gdy tak o tym myślę, to wychodzi mi, że chyba deszcze i ulewy najczęściej są u mnie znaczącym uczestnikiem wydarzeń. W „Szyfrze, muzeum i sykomorze” piorun roztrzaskuje potężny dąb, co pozwala ująć przestępców, w „Gdzie są kamedulskie piwnice” ulewny deszcz odsłania zapomniany korytarz… W „Szepcie węża” deszcz nie jest aż tak znaczącym aktorem, ale przecież pojawia się w wielu ważnych momentach. To chyba jednak za mało jak na gust tego żywiołu i postanowił okazać mi swoje niezadowolenie z powierzenia mu niezbyt znaczącej roli. O co chodzi?

Otóż wraz z żoną staram się, by dziennie robić co najmniej 10 tysięcy kroków. Wiem, cel niezbyt ambitny, ale czasem udaje się sporo więcej. Samo chodzenie w ciągu dnia nie wystarczy, wieczorem staramy się dochodzić brakujące kroki.
Wychodzimy więc wczoraj, już ciemno, okna w domu pozasłaniane i co widzimy? Zaczyna padać. No ale co nam tam jakiś deszczyk, przecież wystarczy wziąć kurtki przeciwdeszczowe. Wracamy po kurtki, wychodzimy na zewnątrz, pada jakby mocniej. No ale my nie damy rady? Ruszamy. Pada coraz bardziej. Wręcz zaczyna lać. Tylko że jak teraz zawrócimy, to czy potem zechce nam się wychodzić? A może długo będzie padało? Idziemy dalej. W butach woda chlupie, mokre spodnie przyklejają się do skóry. Kurtki na razie wytrzymują. Może zawrócić? O, pada mniej, może zaraz przestanie. Lecimy więc dalej, choć że lecimy, to może za dużo powiedziane. 🙂 Znowu zaczyna lać. No ale skoro doszliśmy tak daleko, to szkoda wracać. Woda z butów już się wylewa, spodnie można wyżymać, kurtki zaczynają przemakać. Ale jest i sukces, bo dotarliśmy tam, gdzie chcieliśmy, można wracać. Tylko że teraz deszcz (pewnie wiedział, że teraz już nie mamy wyjścia, musimy wrócić tą samą drogą) nie odpuszcza ani na chwilę, leje bez przerwy. W końcu przemoczeni do suchej nitki docieramy do domu. Deszcz przestaje padać…
Obiecuję, w następnej powieści będzie potężna burza z piorunami, ulewa, powódź, tsunami! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *