Archiwa tagu: cierpienie

Anioł – cichy męczennik

Powoli odzwyczajamy się od idei niecierpiętliwego Boga filozofów. Dostrzegamy, że Bóg Jezusa Chrystusa to Bóg zdolny do cierpienia. A co w takim razie z aniołem, zwłaszcza aniołem stróżem? Czy jest on tylko beznamiętnym obserwatorem poczynań człowieka? Andrei Plesu („O aniołach”) mówi wręcz o męczeństwie a.s. Czytaj dalej

Pytanie bez odpowiedzi?

Możemy w nieskończoność litować się nad losem much łapanych w sieci. Tylko co nam to da?

Stawiamy pytania o zło świata. Dlaczego ludzie cierpią? Dlaczego się zbijają? Dlaczego są choroby i różnego rodzaju katastrofy naturalne? Dlaczego zwierzęta się pożerają? Pytania te kierujemy również do Boga. Problem jednak w tym, że często do Boga… który żadną miarą nie może na nie odpowiedzieć. Bo czy nie jest przypadkiem tak, że nasze pytania o zło świata stawiamy Bogowi filozofów, nieporuszonemu poruszycielowi, który z natury rzeczy nam nie odpowie? Że stawiamy je Bogowi Spinozy, nie zaś Bogowi Abrahama, Izaaka, Jakuba?

Być może zachowujemy się jak Hiob i jego przyjaciele. Andre Lacocque (por. Paweł Śpiewak, „Bóg natury i Bóg historii”) uważa, że kluczem do zrozumienia Księgi Hioba są używane w niej imiona Boga. Jest on określany jako Elochim, Szadaj, a najczęściej Eloach (41 razy) oraz najstarszym z imion – El (55 razy). Pod imieniem JHWH, zwanym Tetragrammatonem – imieniem tajemnym, niewypowiadanym – pojawia się dopiero jako ten, który mówi z wichru. Przyjaciele Hioba, nie-Izraelici, odnosili się do Boga jako do Eloach, El, Szadaj. Byli monoteistami i wierzyli, że Bóg zawsze nagradza osoby cnotliwe, z czego wynika, że za swoje cierpienia Hiob musi sam odpowiadać. Sprawiedliwość pojmowali jako element konstytutywny dla porządku kosmicznego. Hiob mógł tylko bronić się przed zarzutami, że coś złego uczynił. Stawiał Bogu dawnych imion nierozumne i niemożliwe do spełnia wymagania. Przełom następuje wtedy, gdy objawia się nie „Bóg filozofów i uczonych”, ale Bóg Przymierza, Bóg Izraela, JHWH. Tylko wtedy Hiob może wyjść poza dotychczasowe schematy myślenia, w których był zatrzaśnięty. Bóg w wichrze oznajmia, że w stworzonym przez El wszechświecie nie ma sprawiedliwości, że słońce świeci tak samo na grzesznych, jak cnotliwych, że deszcz pada na pustynię bez żadnej przyczyny i celu. Trzeba się ugiąć przed faktami. Dobry nie znajdzie nagrody w tym porządku. Bogobojność nie zostanie nagrodzona, a być może takich nagród w ogóle nie ma. Przyroda ma swoje reguły, ale w tym obrazie ładu z pewnością nie ma miejsca na etykę. Natura nie odpowiada na ludzkie modlitwy. Hiob błądził, gdy wyzwał Boga El, Eloach na sąd. Oni nie odpowiedzieli. Odpowiedział JHWH i to On zwrócił się do osoby ludzkiej, podjął z nią dialog. Dopiero JHWH okazał swoje całkowite zobowiązanie wobec stworzonego. Przeskok od Boga tamtych imion do Boga Tetragrammatonu jest skokiem od religijności naturalnej do religijności przymierza, religijności żywej, historycznej.

Czy więc nie jest tak, że tak jak Hiob zadajemy pytania El, Eloach, nie zaś JHWH? Że stawiamy je nieporuszonemu poruszycielowi, nie zaś poruszonemu nieporuszycielowi, który w Jezusie Chrystusie przed nami przeszedł drogę zła i cierpienia? Ale jeśli tak jest, to trudno się dziwić, że nie otrzymujemy odpowiedzi.

Czy jednak coś zmienia to, gdy pytania postawimy Bogu żywemu? Bo czy ktokolwiek otrzymał odpowiedź? Nawet odpowiedź otrzymana przez Hioba nie wyjaśnia wszystkiego, jeśli chodzi o zło świata.

Odpowiedź taką uzyskali prorocy, choć raczej nie zadawali Bogu pytań o przyczynę cierpień świata zwierzęcego. Jak bowiem czytamy w Księdze Amosa:

Bo Pan Bóg nie uczyni niczego,
nie objawiwszy swej tajemnicy
sługom swym, prorokom. (Am 3, 7)

Jaka była ta odpowiedź? Taka, że człowiek Boga obchodzi, że Bóg troszczy się o człowieka, że człowiek jest Bogu potrzebny, że nic, co dotyczy dobra i zła, nie jest trywialne w oczach Boga. No i że człowiek w tym niesprzyjającym świecie powinien odpowiedzieć Bogu swoim życiem. O tym, jak powinna wyglądać ta odpowiedź, pisze o. Jacek Salij:

Jedynie słuszną postawą jest oczywiście postawa trzecia: zbieranie w sobie energii ducha, żeby nie poddawać się złu, wysuszać jego źródła, nie dać się załamać nieszczęściom które mnie samego spotykają, starać się pomagać bliźniemu w dźwiganiu jego losu. Człowiek, który wybrał postawę trzecią, szybko się przekonuje, że wcale nie jesteśmy tacy bezradni wobec potęgi zła, jakby się początkowo mogło wydawać. Jest w nas tajemnicza zdolność unieszkodliwiania głównego żądła, jakie potęga zła przeciw nam kieruje. Od strony zewnętrznej biorąc, wszystko może być nadal straszne: nadal podlegamy chorobom i nieszczęściom, nadal jesteśmy bezsilni wobec przemocy i złej woli, nadal doświadczamy trwogi i przygnębienia. Jeśli jednak dostąpiliśmy udziału w tej cudownej mocy duchowej, która przeprowadza człowieka bezpiecznie przez największe nawet utrapienia, i jeśli podajemy dłoń udręczonemu człowiekowi — żadne zło nie osiągnie swojego najgroźniejszego celu: Żadne zło nie jest wówczas w stanie uczynić mojego życia bezsensownym. A to jest bardzo wiele, to jest naprawdę bardzo wiele. To dowodzi, że po stronie człowieka doświadczającego cierpień i niesprawiedliwości stanął sam Bóg.

Możemy w nieskończoność litować się nad losem much łapanych przez pająki w sieci i przyklejających się do lepów. Tylko co nam to da?

Uzdrawiająca gęba i miłość

„Zresztą gdyby ją ktoś odwiedził, to co by powiedział? Cześć, jak tam twoje umieranie?” –  pytała retorycznie Zuzanna Piechowicz, gdy mówiła o tym, że ponieważ ciężko chora dziennikarka Anna Laszuk nie życzyła sobie kontaktów, współpracownicy z radia TOK FM nigdy nie zebrali się, żeby coś zrobić, żeby się pożegnać („Newsweek„). Zapewne wielu z nas mogłoby postawić sobie te same pytania, bo raczej nie czujemy się przygotowani do takich spotkań i rozmów.

Można by się jednak spodziewać, że kto jak kto, ale Józef Tischner, filozof, profesor, ksiądz będzie miał odpowiedzi na tego rodzaju pytania. Tymczasem, jak sam przyznał w pewnej homilii, był czas, gdy bał się chodzić do chorych, bo wydawało mu się, że nie umie im nic powiedzieć. Uważał, że skoro sam nie przeżył ciężkiej choroby, to nie powinien niczego mówić. Dlatego od wizyt u chorych się wymigiwał. Jednak gdy ciężko chory, a właściwie już bliski śmierci, był jego przyjaciel Antoni Kępiński, w końcu zebrał się i poszedł do niego do kliniki. Ciągle bał się, że wyjdzie na głupiego, bo co mądrego będzie w stanie powiedzieć, skoro ze względu na swoje cierpienie Kępiński jest mądrzejszy od wszystkich.

Ale okazało się, że kiedy wszedł do Kępińskiego, nie musiał nic mówić, bo ten, zanim jeszcze Tischner zdołał cokolwiek powiedzieć, się ucieszył i powiedział: „Bo wiesz… Bo ty masz taką uzdrawiającą gębę”. I Tischner poczuł się podbudowany na duchu, bo zrozumiał, że nie musi chorym nic mówić, że wystarczy, że pokaże gębę i jakoś to będzie. Zrozumiał, że choremu potrzebne są nie słowa, ale obecność. Zresztą i rozmowa, choć rwana, jeszcze się toczyła.

Pokazała ona Tischnerowi drugą stronę medalu, dotyczącą tego, że cierpiąc, jesteśmy w jakiś sposób złączeni z cierpieniem Chrystusa. Kępiński chciał już odejść, ale co istotne, pocieszenie znajdował w scenie modlitwy Jezusa w Ogrójcu (Łk 22, 39-46), w słowach: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”,  w tym, że człowiek nie jest pierwszy na tej drodze. Tischner dostrzegł, że to, że ktoś już był na tej drodze, wskazuje, że ona dokądś prowadzi, do jakiegoś domu, co dla cierpiącego jest niezwykle ważne.

Cierpienie dosięgnęło jednak i samego Tischnera. Trzy lata zmagał się z rakiem krtani, pod koniec życia był nie do poznania. Czy w tym zmaganiu z cierpieniem pomogło mu doświadczenie ze spotkania z cierpiącym Kępińskim? Tischner zdaje się dostrzegać wtedy więcej niż tylko to, że ktoś, a tym bardziej Bóg, poprzedza człowieka na drodze cierpienia. Zdaje się mówić o tym, że Bóg towarzyszy człowiekowi na tej drodze, że człowiek jest wtedy w Bogu, nie jest sam. W książce „Miłość nas rozumie” pisał:

Do prawdy dochodzi się rozmaitymi drogami. Przyznajmy, że są takie prawdy, do których dochodzi się również poprzez męczeństwo. Jedną z takich prawd jest prawda, że cierpiąc, cierpimy z Chrystusem. Nie żyjemy dla siebie i nie umieramy dla siebie. Czy żyjemy, czy umieramy, należymy do Boga (święty Paweł). Dzięki temu odkryciu możemy mieć udział w Boskiej godności cierpienia. Niemniej nie cierpienie jest tutaj ważne. Nie ono dźwiga. Wręcz przeciwnie, cierpienie zawsze niszczy. Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość.

Człowiek może towarzyszyć cierpiącemu uzdrawiającą gębą, Bóg towarzyszy mu miłością.