J. Prusak przytacza anegdotę o Albercie Einsteinie. Kiedy doktorant na Uniwersytecie Princeton zapytał go: „Czy jest na świecie coś, co jeszcze nie zostało zbadane?”, ten odpowiedział: „Modlitwa. Ktoś powinien odkryć, czym jest modlitwa”. Może chodziło Einsteinowi o naukowe zbadanie fenomenu modlitwy przez nauki empiryczne. Mógłby więc ktoś powiedzieć, że przecież teologia już modlitwę zbadała, że robi to od ładnych kilku wieków. A jednak np. w teologii dogmatycznej nie ma do zajmowania się modlitwą wielkiego zapału. Czytaj dalej
Archiwa tagu: modlitwa
Mistycyzm
„Chrześcijanin XXI w. albo będzie mistykiem, albo go w ogóle nie będzie” – to jedno z najbardziej znanych powiedzeń jednego z największych teologów XX w. Karla Rahnera. Czy jednak w XXI w. chrześcijanie stali się mistykami? A może dzieje się wprost przeciwnie: górę bierze aktywizm i hałaśliwy charyzmatyzm (mający swoje zalety, ale od mistycyzmu będący daleko)? Czytaj dalej
Ojcze nasz
Jest tylko jedna modlitwa, która pochodzi od samego Jezusa, zostawiona nam przez Niego. W ewangeliach jest ona zapisana w różnych wersjach, ale nie ma raczej jednoznacznych argumentów skłaniających do kwestionowania jej pochodzenia od Mistrza. Skoro jednak uczniowie zapamiętali, że właśnie tę modlitwę Jezus zalecał swoim uczniom, można przypuszczać, że zawarte są w niej elementy najisotniejsze dla bycia uczniem Jezusa i być może w niej w pierwszym rzędzie należałoby ich poszukiwać. Czytaj dalej
Duchowe rewolucje
Rewolucja w kuchni zaczyna się od gruntownego mycia i wyrzucenia wszystkiego, co „identyczne z naturalnym”. Elżbieta Wiater, za Franciszkiem Salezym, proponuje rewolucję duchową: najpierw czyścimy, a potem poprzez mozolne kształtowanie siebie budujemy naszą relację z Bogiem w codziennym życiu.
Tekst opublikowany w: „Więź” 649 (2012) nr 11-12, s. 154–157.
Książek o duchowości jest sporo. Proponuje się nam duchowość karmelitańską czy franciszkańską, można też znaleźć niemało pozycji przybliżających ignacjańską metodę rozważania Pisma Świętego czy przeprowadzania rekolekcji. Rzadziej słyszy się o autorze dzieł z zakresu duchowości, jakim był biskup Genewy Franciszek Salezy (1567–1622), mimo że jest on założycielem Zakonu Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny (wizytki), a patronuje między innymi bardzo w Polsce znanemu Towarzystwu św. Franciszka Salezego (salezjanie). Zgromadzenia te nie mają widocznie tyle zapału do promowania duchowości zaproponowanej przez swojego patrona, co jezuici czy franciszkanie.
Być może wynika to stąd, że duchowość św. Franciszka Salezego to w dużej mierze duchowość dla świeckich. Był on bowiem tym, który bodaj najbardziej przyczynił się do zwrócenia uwagi na świeckich w czasach, kiedy powołanie do świętości kojarzono wyłącznie z kapłaństwem bądź zakonem, a pisma z dziedziny duchowości adresowane były do stanu duchownego. Biskup Genewy wyprowadził pobożność z klasztorów i kościołów, przedstawił ją jako dostępną dla wszystkich i podkreślił wyraźnie wielkość powołania do życia w świecie – sprzeciwiał się pomijaniu życia doczesnego w celu wywyższenia wiecznego.
W czasach Franciszka Salezego takie postawienie sprawy było czymś nowatorskim. Wprawdzie od jego śmierci minęło blisko czterysta lat, postulaty te brzmią jednak dziwnie świeżo. Również i dziś za człowieka o głębokiej duchowości prędzej uznamy członka zakonu kontemplacyjnego niż żyjącego sprawami tego świata świeckiego. Co więcej, wielu chrześcijan uważa, że nie może pragnąć życia duchowego, nie może go prowadzić, dopóki musi zajmować się pracą, dziećmi, domem…
Zdawałoby się, że dla człowieka zainteresowanego dziełem biskupa Genewy nie ma nic prostszego, jak po prostu przeczytać Filoteę, jego podstawowe dzieło o duchowości świeckich. Tylko że to stron około czterystu, a język i stylistyka nieco z innej epoki; kto chce poczuć zapach siarki i żar płomieni piekielnych, temu polecam Salezego opis piekła.
Nie musimy jednak odrzucać dzieła biskupa z Genewy, bo z pomocą przychodzi nam Elżbieta Wiater, która w swojej książce Filotea 2.1. Duchowość dla świeckich podjęła się zadania wydobycia z Filotei Franciszka Salezego tego, co najważniejsze, i przełożenia tego na język współczesności. W efekcie otrzymujemy 164 strony tekstu pełnego lekkości i dowcipu. Ta spora dawka humoru nie tylko ułatwia lekturę, ale może być przyczyną podejrzliwych spojrzeń współpasażerów, gdy Filoteę 2.1 czytać będziemy w środkach komunikacji publicznej. Weźmy choćby takie zdanko:
„Najbardziej pobożne praktyki i «głębokie» przeżycia są niczym wobec codziennego zmagania się o to, żeby jednak uśmiechnąć się do męża, któremu ma się ochotę skopać pośladki, albo zająć się niemowlakiem cierpiącym z powodu kolki, chociaż najchętniej przekręciłoby się klucz w zamku i zostawiło małego «wyjca» sam na sam ze ścianą. Do osiągnięcia palmy męczeństwa nie potrzebujemy stosu, krzyża czy miecza. Czasem rodzina wystarczy”.
Jednak tytułowa Filotea, a więc każdy, kto pragnie dążyć do świętości i doskonałości, nie będzie nikogo kopała ani zamykała, bo jej podstawowym zadaniem jest unikanie grzechów ciężkich, ba, nawet przywiązania do lekkich, jednak nie na zasadzie, że chętnie bym grzeszył, ale boję się kary. Proponowane spojrzenie na grzech w czasach, gdy pojęcie to traktowane jest jako anachronizm, przemawia do czytelnika: trzeba patrzeć na owoce czynów, na to, do czego one prowadzą. Autorka zgrabnie rozprawia się też z naszym przekonaniem, że brakuje nam czasu na modlitwę: zachowujemy się niczym robotnik biegający po budowie z pustą taczką, bo „tyle roboty, że nie ma czasu załadować”. Za św. Franciszkiem podaje konkretne zalecenia dotyczące modlitwy i przedstawia taki sposób jej przeżywania, który powinien być przede wszystkim rozmyślaniem, modlitwą tematyczną. Co ciekawe, mimo że najpierw mamy się rozprawić z naszą skłonnością do grzechu, w modlitwie powinniśmy zaczynać od prawdy o stworzeniu nas z miłości, by następnie dojść do prawdy o naszej ludzkiej słabości i jej osądzenia. Finałem tego początku życia duchowego może być spowiedź generalna, będąca czymś więcej niż wypowiedzeniem kilku standardowych formułek, bo chodzi tu o spowiedź z całego życia. Ważny jest przy tym wybór odpowiedniego spowiednika – tzw. dzięcioł (ksiądz ograniczający się do pukania po spowiedzi) raczej się nie sprawdzi, bo taka spowiedź może trwać kilka godzin, a nawet dni. Nie sprawdzi się on również jako stały spowiednik, który będzie mógł obiektywnie spojrzeć na nasz rozwój duchowy. A posiadanie takowego Elżbieta Wiater usilnie zaleca.
Po tym początkowym etapie przychodzi etap modlitwy, uczestnictwa we Mszy św. oraz kształtowania siebie. Wskazówki autorki dotyczące modlitwy będą interesujące zwłaszcza dla tych, którym modlitwa ustna wydaje się klepaniem wciąż tych samych formułek. Oczywiście ona także jest ważna i potrzebna, ale jeśli w jej trakcie pojawia się jakaś szczególna myśl, lepiej pójść za nią, nawet za cenę niedokończenia modlitwy. Autorka szczegółowo pisze o tym, jak, nad czym i kiedy rozmyślać, ucieszy również tych, którzy obawiają się, że duchowość to spędzanie całego dnia z modlitewnikiem w ręku: modlitwa powinna trwać godzinę, nie więcej. Szczególne znaczenie mają modlitwy poranna i wieczorna, związane z momentami przejścia. Ważne jest także znalezienie konkretnego wyobrażenia (sceny z Ewangelii), w którym odnajdujemy siebie sam na sam z Jezusem. Taka scena ma być miejscem ucieczki, swego rodzaju bazą w razie pojawienia się rozpaczy. Podobne znaczenie mają akty strzeliste, czyli krótkie zdania skierowane do Boga w ciągu dnia. Odrywają nas one od nas samych i pozwalają odpocząć, a najlepsze są te formułowane własnymi słowami. Do tego dochodzi oczywiście uczestnictwo we Mszy św. i częsta komunia, bo – jak mówi autorka – bliżej z Bogiem niż w Eucharystii w tym życiu nie będziemy. Efektem życia duchowego są natchnienia, czyli wewnętrzne upomnienia czy wzruszenia albo oświecenia duszy, które sprawia w nas sam Bóg. Autorka pokazuje, jak takich natchnień słuchać.
Dużą część książki Elżbiety Wiater zajmują rady, jak ćwiczyć się w cnotach. Chodzi tutaj o wybranie szczególnie takich, które są przeciwieństwem naszych wad. Celem tych ćwiczeń nie jest osiągnięcie stanów mistycznych. Cnoty potrzebne są do dobrego służenia Bogu i kochania Go. Bo drobne z pozoru cnoty decydują o tym, czy nasze serce będzie uczyło się słyszeć i rozpoznawać głos Boga. Autorka celnie mówi o pokorze, o cierpliwości i gniewie, o czystości w małżeństwie, która polega na zachowaniu wewnętrznej wolności wobec współżycia, bo cnota polega nie na braku pragnień seksualnych, ale na świadomej rezygnacji z pójścia za nimi. Czy jednak podejmowanie tylu wysiłków ma sens, zwłaszcza w sytuacji, gdy nawet nasi najbliżsi, wcale nie ze złej woli, będą nas przekonywać, że przyznawanie się do wiary może nas narazić w najlepszym razie na drwiny? Oddaję tu głos samej autorce:
„Całonocne imprezy, znajomość dziesiątków, a nawet setek ploteczek i historyjek, ciągłe trzymanie ręki na pulsie i bycie w zgodzie z modą o wiele bardziej wyczerpuje niż praktyki ascetyczne. I ostatecznie nic nie daje. Tymczasem modlitwa, post, służenie braciom, ale przede wszystkim zawierzenie Bogu, karmią duszę. Odnajdujemy pokój i siły do tego, by nadal działać i żyć”.
Jak wiemy, w informatyce po wersji 2.1 przychodzi zwykle kolejna, w której uwzględnia się niekiedy uwagi użytkowników programów. Mając więc nadzieję na rychłe powstanie Filotei 3.0, pozwolę sobie przedstawić kilka takich uwag.
Szkoda, że autorce nie udało się całkowicie pozbyć sztafażu i ornamentyki właściwej pisarstwu pobożnościowemu epoki Salezego: „Rozmyślanie jest jak sklepik z olejkami, tyle że bez cennika. Nasze serce po wyjściu z niego winno być napełnione cennym olejkiem, na który składają się nasze przemyślenia, słodycz uczuć spotkania z Panem i decyzja przemiany”. „Słodycz uczuć”, „stanięcie w prawdzie” itp. mogą wywołać efekt podobny do tego po zjedzeniu kilograma ciastek bezowych, zwłaszcza u osób, które wcześniej nie miały z tym za wiele do czynienia, a wtedy nici z porządków w życiu duchowym.
Mimo oczywistej skrótowości prezentowanego dzieła czytelnik może się też czuć zawiedziony tym, że autorka bardzo pobieżnie omawia tak istotne zagadnienie, jak uczestnictwo we Mszy św. i nie w pełni usprawiedliwia ją to, że rady Salezego w tej kwestii przestały być aktualne ze względu na zmianę rytu. Tak istotnego elementu życia duchowego nie można pomijać milczeniem.
Dokładniejszego omówienia wymagałaby także kwestia stałego spowiednika. Autorka przyjmuje bowiem niejako za oczywiste, że każdy ma możliwość wybrania księdza, który będzie przewodnikiem duchowym. A przecież nie wszyscy mieszkają w miastach, gdzie czasami mamy po kilka kościołów na jednej ulicy. Dla niektórych wyprawy do odległych miejscowości choćby raz w miesiącu mogą się okazać za trudne. Warto by też było wspomnieć o niebezpieczeństwach związanych z posiadaniem stałego spowiednika: zdarza się – zauważają niektórzy spowiednicy – że penitenci spowiadają się z grzechów ciężkich przypadkowemu spowiednikowi, a stałemu tylko z lekkich. Trzeba też wziąć pod uwagę, że są przecież inne formy gładzenia grzechów lekkich (np. komunia), zatem powinny być stosowane również inne niż tylko stały spowiednik rodzaje kierownictwa duchowego, które trzeba by omówić.
Czytelnik może też mieć wrażenie, że proponowana przez autorkę duchowość to duchowość głównie dla singla społecznego albo singla duchowego. Owszem, Wiater mówi o duchowości w życiu rodzinnym, zawodowym, ale głównie w kontekście kształtowania siebie. Filotea, gdy się modli, nawet jeśli prowadzi życie rodzinne, modli się samotnie, rozmyśla samotnie, powinna robić to rano, gdy reszta rodziny śpi, a np. roczne podsumowanie dobrze by było zrobić w klasztorze, w oderwaniu od rodziny. Przywodzi to na myśl debatę o duchowości małżeńskiej, jaką na łamach miesięcznika „W drodze” w 2008 r. toczyli Zbigniew Nosowski, który podkreślał, że duchowość małżeńska zamyka się w formule „razem, choć osobno”, oraz Małgorzata Wałejko, która przyjmowała raczej formułę „osobno, choć razem” (jej podsumowaniem jest książka Razem czy osobno? Polemika wokół książki Zbigniewa Nosowskiego „Parami do nieba”). Elżbieta Wiater zdaje się stawać po stronie Małgorzaty Wałejko: Filotea, choć żyje w rodzinie, do Boga zmierza samotnie.
Podczas lektury Filotei 2.1 nieodparcie nasuwało mi się skojarzenie z filozofią programu telewizyjnego prowadzonego przez znaną restauratorkę, mającego pomagać podupadłym restauracjom wyjść na prostą: nie da się mieć świetnej restauracji, gdy w kuchni jest brudno, a kucharz do przyrządzenia rosołu używa chińskiej zupki. Rewolucja w kuchni zaczyna się od gruntownego mycia i wyrzucenia wszystkiego, co „identyczne z naturalnym”. Podobną rewolucję, tyle że duchową, za Franciszkiem Salezym proponuje Elżbieta Wiater: najpierw czyścimy, a potem poprzez mozolne kształtowanie siebie budujemy naszą relację z Bogiem w codziennym życiu. Po lekturze Filotei 2.1 można uwierzyć, że nie trzeba być Che Guevarą, by zostać rewolucjonistą.
Elżbieta Wiater, Filotea 2.1. Duchowość dla świeckich, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2012, 164 s.
Łk 4, 1-13 – Bóg to nie On
Istota szatańskiego kuszenia to próba wejścia diabła w relację człowieka z Bogiem, przecięcia jej, przestawienia na relację Ja-On. Jezus tej pokusie się oparł, ale jak wskazuje Łukasz, szatan nie zrezygnował ze swoich zamiarów: odstąpił od Niego do czasu.
(1) Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu, a wiedziony był przez Ducha na pustyni (2) czterdzieści dni, i był kuszony przez diabła. Nic przez owe dni nie jadł, a po ich upływie poczuł głód. (3) Rzekł Mu wtedy diabeł: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby stał się chlebem. (4) Odpowiedział mu Jezus: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek. (5) Wówczas powiódł Go [diabeł] w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata (6) i rzekł do Niego diabeł: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je dać, komu zechcę. (7) Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. (8) Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. (9) Zawiódł Go też do Jerozolimy, postawił na szczycie narożnika świątyni i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół. (10) Jest bowiem napisane: Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, żeby cię strzegli, (11) i na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. (12) Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. (13) Gdy diabeł dopełnił całego kuszenia, odstąpił od Niego do czasu.
Opis Łukasza zdaje się nie pozostawiać wątpliwości co do tego, że właśnie na pustyni Jezus miał do czynienia z rozumianym osobowo (w sensie postaci, a nie jakiegoś nieokreślonego zła) diabłem. W tekście ewangelii stosowane jest bowiem słowo diabolos, oznaczające przeciwnika, oskarżyciela, oszczercę, używane zamiast hebrajskiego słowa śatan, wskazującego kusiciela pierwszych ludzi czy Hioba.
Po co jednak Jezus miałby być kuszony? Przecież trudno sobie wyobrazić, że jako Bóg-Człowiek mógłby ulec diabelskiej pokusie. Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że „nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15). Zatem Jezus po to jest kuszony jako człowiek, by poznać, czym jest człowieczeństwo, by być Bogiem bliskim nam wszystkim. Najchętniej używany przez Niego na określenie samego siebie tytuł „Syn Człowieczy” to po hebrajsku ben-’ādām i przypomina on, że każdy człowiek jest synem Adama, potomkiem pierwszego człowieka. Trudno więc wyobrazić sobie potomka Adama, któremu obce byłyby doświadczenie pokusy i konieczność walki duchowej.
Dlaczego jednak kuszenie odbywa się na pustyni? Ważna jest symbolika liczby czterdzieści i pustyni. Czterdzieści to symbol odpowiednio długiego czasu, dojrzałości i cierpliwości człowieka, gotowości nasłuchiwania. Trzy cytaty z Księgi Powtórzonego Prawa, do których Jezus się odwołuje, gdy odpowiada diabłu (por. Pwt 6,13; 6,16; 8,3), to głos ludu Izraela pod koniec wędrówki przez pustynię, gdy Izraelici doświadczali dużych pokus. Oni im ulegli, Jezus – nie. Ale istotne jest również to, że według rabinów hebrajskie słowo midbār oznaczające pustynię jest złożeniem dwóch słów: przyimka min/mi oznaczającego między innymi kierunek pochodzenia, a więc „od”, „z”, oraz słowa dābār, które jako rzeczownik znaczy „słowo”, a jako czasownik – „mówić”, „rozmawiać”. Tak więc po hebrajsku „pustynia” to miejsce z-którego-przemawia-Bóg (więcej: Kuszenie Jezusa na pustyni). Może zatem tę zbitkę należy rozumieć tak, że jest to miejsce, w którym rozmawia, spotyka się z Bogiem, co zwłaszcza w przypadku Jezusa miałoby głęboki sens. Tak więc na pustyni Jezus jest sam na sam ze swoim Ojcem, rozmawia z Nim w modlitwie.
Na czym w gruncie rzeczy polega istota szatańskiego kuszenia? Jest w tym kuszeniu podobieństwo do rozmowy węża z Ewą w rajskim ogrodzie (Rdz 3, 1-7). Relację Ja-Ty, w której pierwsi rodzice bezpośrednio spotykali się i rozmawiali z Bogiem, przestawia na relację Ja-On, czyli rozmowę o Bogu jako o Nim („Czy rzeczywiście Bóg powiedział”…). Istota szatańskiego kuszenia to próba wejścia diabła w relację człowieka z Bogiem, przecięcia jej, przestawienia na relację Ja-On. Czymże innym jak nie próbą wciągnięcia Jezusa w rozmowę o Bogu jako o Nim jest mówienie o Bogu w taki sposób, że Jezus musiałby sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście Bóg ma rację, gdy mówi, że nie samym chlebem człowiek żyje, że nie należy wystawiać Go na próbę i że Jemu samemu należy służyć? Jezus tej pokusie się oparł, ale jak wskazuje Łukasz, szatan nie zrezygnował ze swoich zamiarów: odstąpił od Niego do czasu.
Łk 3, 21-22 – modlitwa objawia
Modlitwa, a zatem rozmowa z Bogiem, staje się tu niejako przyczyną objawienia Trójcy. Można więc przyjąć, że poznanie czegoś z tajemnicy Boga nie może obyć się bez modlitwy.
(21) Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo (22) i Duch Święty zstąpił nad Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie.
Dlaczego Jezus przyjął chrzest od Jana, skoro nie był mu on potrzebny? Chrzest Janowy nie był chrztem gładzącym grzech pierworodny czy grzechy uczynkowe, był on jednym z rozpowszechnionych wówczas wśród Żydów obmyć rytualnych. Był on jednak specyficzny o tyle, że łączył się z wezwaniem do pokuty i nawrócenia. Przyjęcie chrztu przez Jezusa można więc rozumieć jako wyraz solidarności z grzesznikami, których przyszedł zbawić. Zastanawiać może ascetyczność opisu Łukasza, zwłaszcza gdy porówna się go z opisem w Ewangelii Mateusza (Mt 3, 13-17). Być może istotne jest wzięcie pod uwagę adresatów Ewangelii, dla których zapisana przez Mateusza rozmowa Chrzciciela z Jezusem, dotycząca potrzeby chrztu, mogłaby być nie do końca zrozumiała.
Opis chrztu Jezusa jest jednym z tych nielicznych miejsc w Biblii, w którym można dopatrzyć się objawienia Trójcy Świętej. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że Łukasz przeciwnie niż inni ewangeliści podkreśla, że to objawienie nastąpiło wtedy, gdy Jezus się modlił. Modlitwa, a zatem rozmowa z Bogiem, staje się tu niejako przyczyną objawienia Trójcy. Można więc przyjąć, że poznanie czegoś z tajemnicy Boga nie może obyć się bez modlitwy.
