Archiwum kategorii: Teologia

Niebo

Współcześni teologowie (np. Hans Urs von Balthasar „Eschatologia w naszych czasach”) wskazują, że nasze życie toczy się w czasie eschatologicznym, niejako w wieczności, bo dla chrześcijan został on już zapoczątkowany przez narodzenie, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, chociaż wciąż oczekujemy jego dopełnienia w paruzji Chrystusa na końcu czasów. Niebo, podobnie jak czyściec i piekło, zaczyna się więc na ziemi. Podziwianie pięknego krajobrazu, doświadczenie miłości, przyjemne chwile, gdy czujemy, że jest nam dobrze, mogą to przekonanie utwierdzać. Jakkolwiek dziwnie jednak to zabrzmi, nieba najbardziej doświadczamy w kościele. W tym właśnie kościele, w którym organista i sąsiadki z ławki fałszują, czytania mszalne odczytywane są tak, jakby wcześniej się przeczytało na głos sto stron Dziennika Ustaw, komórki dzwonią, jest nudne kazanie i niekończące się ogłoszenia. Mimo to w encyklice „Ecclesia de Eucharistia” znajdujemy takie słowa: „Kto się karmi Chrystusem w Eucharystii, nie potrzebuje wyczekiwać zaświatów, żeby otrzymać życie wieczne: posiada je już na ziemi, jako przedsmak przyszłej pełni, która obejmie człowieka do końca” (nr 18). Czy nie jest to jednak tylko pobożne pustosłowie mające uwznioślić nasze wyobrażenia o Mszy? Czytaj dalej

Czyściec

„Msza Święta sprawowana jest w intencji zmarłego Jana Kowalskiego w dziesiątą rocznicę śmierci” – tego rodzaju słowa często słyszymy na początku liturgii. Należałoby więc sądzić, że czyściec – bo do niego odwołuje się modlitwa za zmarłych – jest jedną z najlepiej poznanych i najsilniej oddziałujących na praktykę prawd wiary.

 Dziwić może zatem opinia Zbigniewa Mikołejki, że wiara w czyściec „ani nie pobudza […] do dyskusji, ani nie nasyca nowymi treściami religijnych wierzeń i praktyk katolickiego ogółu. Nikt już nie atakuje jej tak gwałtownie, jak średniowieczni heretycy i reformatorzy XVI stulecia, nikt też jej specjalnie nie broni” ( Zdzisław Kijas, „Niebo, Czyściec, Piekło„). Nie jest to jednak opinia odosobniona, bo podobnego zdania jest, na przykład, Joseph Ratzinger („Raport o stanie wiary„). Czy więc ciągle jeszcze dajemy na mszę, by publicznie dowieść naszej pamięci o bliskich albo żeby mieć okazję do ich wspominania? Nie można wykluczyć, że oba motywy wchodzą tutaj w grę. Ale nie bez znaczenia mogą być też wpajane nam przez długie wieki wyobrażenia o czyśćcu jako „niedoskonałej” repliki piekła, tyle że niewiecznego, z którego można zmarłego wyrwać bądź „wykupić” dzięki modlitwie. Czytaj dalej

Piekło

Miejsce publikacji: Deon.

Kazimierz Bem poproszony o artykuł na temat koncepcji piekła w kalwinizmie, zwrócił się o pomoc do znajomych pastorów. Niektóre odpowiedzi były humorystyczne: to wieczna msza zielonoświątkowców (kalwińskie nabożeństwa słyną z surowości liturgii, zielonoświątkowe – przeciwnie), to zebranie kościelne, na którym wszyscy będą zgadzać się ze sobą (na ziemi jest to ponoć nie do pomyślenia u ewangelików reformowanych).  Idąc tym tropem, można wyobrazić sobie odpowiedzi polskich katolików. Dla tradycjonalisty piekło to wieczne msze oazowe albo wieczne msze księży z grzechotkami; dla oazowicza to niekończące się msze trydenckie, dla czytelnika „Tygodnika Powszechnego” to słuchanie „Rozmów niedokończonych”, a dla słuchacza „Radia Maryja” to czytanie tekstów ks. Adama Bonieckiego. Czytaj dalej

Nie znajdę się w zaświatach niespodziewanie

Myślisz, że pewnego dnia niespodziewanie znajdziesz się w zaświatach: piekle, czyśćcu albo niebie? Wypadek, zawał, udar i już śpiewasz w anielskim chórze albo porywają cię rogate diabły. Co by jednak miało znaczyć owo niespodziewanie? To znaczy, że się tej swej śmierci nie spodziewasz, czyli nie wiesz, że umrzesz, powiedzmy, dzień wcześniej, i nie spodziewasz się, że trafisz akurat do tego „miejsca” w zaświatach, do którego trafiasz. Ale jedno i drugie jest niemożliwe, jednego i drugiego się spodziewasz. Absurd? Niekoniecznie.

Jeśli nie jesteś nieśmiertelny, a zakładam, że nie jesteś, to dłużej niż 200 lat raczej nie będziesz żył. Zatem w 199 roku i 364 dniu swego życia będziesz już wiedział, że nazajutrz trafisz w zaświaty. Śmierć w tym 365 dniu dwusetnego roku życia nie będzie śmiercią niespodziewaną. Śmierć w dniu 364 też nie będzie niespodziewana, bo skoro wiesz już, że nie możesz umrzeć niespodziewanie w dniu ostatnim, to wiesz w dniu poprzedzającym 364, że nazajutrz umrzesz. Tak samo jest z dniami kolejnymi aż do dzisiejszego. Jutro nie możesz umrzeć niespodziewanie, bo dzisiaj wiesz, że musi to nastąpić jutro. Zatem naprawdę niespodziewanie możesz umrzeć tylko dzisiaj, przy założeniu, że wczoraj nie wiedziałeś o tym, że stanie się to dzisiaj. Jeśli jednak jutro będziesz żył, to znaczy, że niespodziewanie nie znajdziesz się w zaświatach.

Dlaczego jednak masz się wyrzekać tego, że niespodziewanie przypadnie ci jakieś „miejsce” na tamtym świecie? Skąd możesz wiedzieć, co cię czeka w zaświatach? Jutro nie umrzesz niespodziewanie i będziesz też się już spodziewał, gdzie po śmierci trafisz. Na pewno będziesz się tego spodziewał, a zakładam, że potrafisz wyciągać wnioski z biblijnych przesłanek, 365 dnia dwusetnego roku życia, a zatem niespodziewane mogłoby to być 364 dnia. Ale tu można powtórzyć całe rozumowanie dotyczące niespodziewanej śmierci. Zatem miejsce w zaświatach może być niespodzianką jedynie dzisiaj.

Jeśli zatem mówisz o niespodziewanej śmierci i niespodziewanej kwaterze w zaświatach, to znaleźć się w niej możesz tylko dzisiaj. A jeśli tam się dzisiaj nie znajdziesz, to jutro będziesz już się jej spodziewał. Skoro jednak jutro już się jej spodziewasz, to żyjesz przecież w świetle (lub mroku) tego, czego się spodziewasz, w rzeczywistości, jaka cię czeka, w czasie eschatycznym, żyjesz tym, czego się spodziewasz, bo pierwszy „dzień” nowego życia jest przedłużeniem ostatniego dnia starego, nie jest zupełnie od niego oddzielony. Nie może być inaczej, jeśli tego się spodziewasz, nie możesz nie żyć tym, co dowolnego dnia może się stać twoim udziałem. Może jednak tak naprawdę nie wiesz, czym jest to, czego się spodziewasz? Jeśli tak, to być może wcale nie kształtuje to twojego życia.

W trzy kolejne niedziele postaram się przybliżyć, czym są piekło, czyściec, niebo.

 PS. Tekst inspirowany tekstem: Jacek Filek, „Nie umrę niespodzianie” (https://exit.edu.pl/?article=1175).

Trzej królowie ewangelizatorzy

Gdy koleżanka powiedziała mi, że córka naszych wspólnych znajomych gra w szkolnych jasełkach, zrobiłem wielkie oczy. Bo niby nic dziwnego w tym, że dzieci występują w jasełkach. Ale żeby dziecko świadomych ateistów, które nawet nie jest ochrzczone i którego rodzice nie oczekiwali, jak to się ponoć zdarza, że przystąpi ono do pierwszej komunii? Na dodatek był to występ w kościele, a przy tym nikt tej dziewczynki nie ciągnął do przedstawienia na sznurku. Czy więc nie jest to jakiś brak konsekwencji w postępowaniu rodziców ateistów, którzy pozwalają dziecku na udział w czymś, w czego prawdziwość nie wierzą? Oczywiście nie trzeba być wierzącym, żeby zagrać w sztuce czy filmie księdza, mimo to jakaś wątpliwość pozostaje. Czytaj dalej

Bóg nie jest prawnikiem

Ks. Tomas Halik w swojej książce „Cierpliwość wobec Boga” (s. 128-130) zauważa, że nad pewnym kierunkiem greckiej patrystyki, platonizmem i neoplatonizmem inspirowanym przez filozofię chrześcijańską i mistykę filozoficzną zatriumfował rzymski duch prawa i moralności. Jako ten, który teologiczne ostrogi zdobywał w wyniku studiowania dzieł Wacława Hryniewicza, podpisuję się pod tym stwierdzeniem dwiema rękami. W wyniku tej swoistej rejudaizacji chrześcijaństwa nastąpił pewien powrót do religii jako systemu prawnego (takim systemem są w zasadzie judaizm i islam). Jezus, a jeszcze bardziej Paweł, relację „powinien dać – dał” próbował zastąpić dialektyką łaski i wiary, zastąpić religię norm religią miłości. W serii starotestamentowych przymierzy Bóg zobowiązał Izrael i samego siebie, w wyniku czego relacja religijna ma logikę i przejrzystość jak każdy porządek prawny. Nowe przymierze zawarte przez Jezusa nie jest już oparte na prawie, lecz na miłości. Halik trafnie wskazuje, że niestety, wielu ludziom zbyt szeroko otwarte drzwi wolności wydały się ryzykownym rozwiązaniem i woleli je przymknąć myśleniem prawniczym. Czytaj dalej

Przyczyna Wcielenia

W okresie adwentu, a i w samo Boże Narodzenie, warto sobie zadać pytanie o przyczyny Wcielenia. Właściwie w teologii przeważa obecnie pogląd, że tą przyczyną nie było zepsucie natury człowieka. Bo czy tak doniosłe wydarzenie mogło zależeć od grzechu? Bóg i tak by się wcielił (ponoć właśnie dlatego szatan zbuntował się przeciw Niemu), chociaż wtedy wydarzenia wyglądałby inaczej. Teologowie wskazują, że przyczynami Wcielenia była miłość Boga do człowieka, pragnienie Boga, aby człowiek poznał jego miłość, pragnienie, by podnieść naturę człowieka na najwyższy poziom, bo Bóg po to stał się człowiekiem, żeby człowiek stał się Bogiem, jak mówili Ojcowie Kościoła, a także pragnienie objawienia siebie w słowie i czynie.

Z pewnością wszystkie te powody są ważne, a wśród nich najważniejsza jest miłość Boga do człowieka. Myślę jednak, że warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną możliwą przyczynę Wcielenia. Charakterystyczne,  że w Piśmie Świętym wielokrotnie pojawiają się wersety podobne do tych znanych z księgi Izajasza:

„Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego właściciela, Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie” (Iz 1, 3);

„Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi” (Iz 55, 8–9).

A zatem człowiek Boga nie rozumie, nie jest w stanie pojąć Jego dróg. Jak jednak może je pojąć, skoro światy osoby Boga i osoby człowieka to światy bardzo od siebie różne? Bo skoro każdy człowiek otaczającą go rzeczywistość widzi w określony sposób i często ten sposób jej widzenia jest nieprzekładalny na język innej osoby (wszak gdyby tak nie było, wystarczyłyby nam proste komunikaty jak w świecie komputerów), to o ile większa jest różnica w widzeniu rzeczywistość przez Boga i człowieka? Stąd swoiste trudności komunikacyjne w relacjach nie tylko między ludźmi (tak, nie rozumiemy siebie nawzajem), ale i w relacjach między Bogiem a człowiekiem.

Czy zatem Bóg nie „musi” doświadczyć, co prawda w swoisty sposób, ale jednak, tego nierozumienia dróg Bożych przez człowieka i dlatego się  wciela? Wszak „nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4, 15). Może więc również doświadczonego w pewnym nierozumieniu dróg Bożych? Być może o tym niezrozumieniu świadczą słowa: „I mówił: «Abba, Ojcze, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie! Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty [niech się stanie]!»” (Mk 14, 36). Jezus staje się tutaj w pewnym sensie podobny do do Hioba, który też nie potrafił pojąć zamysłu Boga. Może tak samo nie potrafił po ludzku pojąć go cierpiący sługa Jahwe, co było częścią jego kondycji człowieka?

Jednak Bóg doświadcza tego niezrozumienia świata innej osoby po to, by je przełamać. A jedynym sposobem na to przezwyciężenie jest rozmowa. Warto zwrócić uwagę na intensywność  dialogu Jezusa z Ojcem. Jezus właściwie ciągle rozmawia ze swoim Ojcem w modlitwie, a najbardziej intensywnie w Ogrodzie Oliwnym przed swoją śmiercią. Oczywiście nie dlatego, że ten świat Boga jest mu tak w pewnym sensie obcy jak nam, ale dlatego, że osoby i ludzkie, i Boskie potrzebują rozmowy.  Co więcej, można pokusić się o być może kontrowersyjną tezę, że Bożym zamiarem było ustanowienie pewnej nieprzekładalności świata jednej osoby na świat innej osoby, żeby dialog był możliwy i konieczny.  Bo gdy nie ma tego niezrozumienia, rozmowa nie jest w ogóle potrzebna – wszak komputery ze sobą nie rozmawiają.

Jedną z przyczyn Wcielenia jest więc Boże pragnienie przełamania niezrozumienia (a najpierw w pewnym stopniu Jego doświadczenia) między Bogiem a człowiekiem, przekonanie nas, że potrzebna jest rozmowa, żeby się zrozumieć, przynajmniej w możliwie największym stopniu, że ta rozmowa jest możliwa i że człowiek nie jest w sytuacji beznadziejnej, jeśli chodzi o zrozumienie dróg Bożych, że kiedyś to zrozumienie będzie miało zupełnie inny wymiar.

Bóg – wyzwanie dla teologii

Kiedy w Kościele Rzymskokatolickim kobiety będą kapłanami? W roku 102 011. Co więcej, wtedy tylko one będą kapłanami, biskupami, a nawet kobieta będzie papieżem… gdyż mężczyzn nie będzie już na świecie. Jeśli wierzyć bowiem naukowcom, za sto tysięcy lat mężczyźni ze względu na degenerację chromosomu Y odpowiedzialnego za płeć po prostu wyginą (tak sprawę przedstawił w „Tygodniku Powszechnym” Artur Sporniak).

Można zatem zapytać, czy ma sens upieranie się, że kapłanami mogą być tylko mężczyźni, że małżeństwo mogą zawrzeć tylko osoby różnej płci, skoro już niedługo – sto tysięcy lat to w historii Ziemi nie jest bardzo długi okres – wszelkie te spory stracą znaczenie. Czy ma sens toczenie sporu o in vitro, skoro niebawem czeka ludzkość rozmnażanie się rodem z filmu Seksmisja? Prawda, spojrzenie na problem kapłaństwa kobiet z takiej właśnie perspektywy relatywizuje co nieco nasze dzisiejsze spory, bo do Pana Boga jest całkiem podobne, że mógłby zrobić nam taki dowcip, tak jak wpadł na pomysł, by narodem wybranym uczynić naród egzystujący na zapadłej prowincji w cieniu wielkich potęg. Ale też spojrzenie na te problemy w takim kontekście nie unieważnia tych sporów, bo równie dobrze nasz Bóg może nam zrobić inny żart i sprawić, że już jutro nasz plany rozpisane do 2050 r. staną się warte tyle, ile warty jest papier, na którym je spisano.

Ciekawe, że chociaż Jezus Chrystus wiedział, że już niedługo nie będzie świątyni jerozolimskiej, że chrześcijaństwo niejako zacznie wypierać judaizm, nie relatywizował funkcji kapłanów, co więcej, nakazywał ich słuchać. Chyba nie bez powodu, choć co prawda w odniesieniu do zabiegania o rzeczy doczesne, mówił: Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy (Mt 6,34). Czy więc, mimo że w XXI wieku o wiele lepiej potrafimy przewidywać przyszłość niż starożytni, patrzenie na problemy dnia dzisiejszego w kontekście przyszłości, której jeszcze nie ma, nie jest troszczeniem się o coś, co się samo o siebie zatroszczy? Być może w roku 102 011 rzeczywiście papieżem będzie kobieta, ale traktowanie tego jako poważnego argumentu za dopuszczeniem kobiet do święceń kapłańskich nie wydaje się uprawnione.

Jednak z tej możliwości można i należy wyciągać wnioski dla teologii. Tyle, że zgoła innego rodzaju niż przedstawione powyżej.

Przewidywania naukowców mówią nam bowiem nie tyle o nas i o tym, jak powinniśmy urządzać sobie życie w dzisiejszym świecie i kształtować nauczanie Kościoła, ile o Bogu.

Po pierwsze, jest to Bóg, który stawia nas przed ciągle nowymi wyzwaniami i nigdy nie pozostawia nas w duchowym letargu, który nie dał nam odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, nie daje wskazówek na każdą okoliczność, ale domaga się samodzielności i myślenia, a jedyne drogowskazy od Niego to przykazania miłości. Już po dwóch tysiącach lat chrześcijaństwa, a więc niejako ustanowieniu nowych relacji z ludzkością, każe nam się zastanawiać nad tym, czy dopuszczalna jest metoda in vitro. Być może niedługo postawi nas przed problemem, czy w sytuacji, gdy można żyć o wiele, wiele dłużej niż dziś, rezygnacja z tak długiego życia – można wręcz powiedzieć: doczesnej nieśmiertelności – powinna być traktowana jako samobójstwo, czy też nie. Niewykluczone, że za sto tysięcy lat każe nam się zastanawiać nad funkcjonowaniem Kościoła i świata bez mężczyzn.

Po drugie, odkrycia naukowe pokazują, że jest to Bóg z poczuciem humoru, który lubi nas zaskakiwać i robić nam dowcipy obalające nasze zdawałoby się, niewzruszalne zasady rządzące światem. Kiedyś zrobił żart Grekom i Rzymianom, sprawiając, że światem zawładnęła nauka, która wydawała im się głupstwem. Niewykluczone, że wpadł też na pomysł, by zażartować sobie z zasad rządzących dzisiejszym w sumie jeszcze męskim światem.

Jeśli zatem przewidywania i dokonania współczesnej nauki są wyzwaniem dla teologii, to przede wszystkim skłaniają one do postawienia pytania o to, jaki jest nasz Bóg. Niestety, nie ma dla nas nadziei: odkrycia naukowe wskazują, że nie jest to Bóg, który przestanie nas zaskakiwać, robić nam dowcipy obalające naszą zadufaną pewność, że ustaliliśmy niewzruszone zasady, i który da nam odpowiedzi na wszystkie pytania. Zawsze będzie od nas wymagał stawania przed nowymi wyzwaniami, tyle że niekoniecznie takimi, które być może pojawią się za sto tysięcy lat. Dlatego największym wyzwaniem dla teologii i nauczania Kościoła są nie dokonania nauki, ale sam Bóg.

O nerwach w futbolu i teologii

Ks. Andrzej Draguła się zdenerwował. Podobnie jak Zinedine Zidane w meczu finałowym mistrzostw świata w 2006 r. na Marco Materazziego. Tyle że Francuz główkował winowajcę, a ks. Andrzej Draguła główkuje również tego, który tylko obok Materrazziego stał. No dobrze, można i tak, na pewno podnosi to widowiskowość meczu, chociaż z futbolem raczej mało ma wspólnego, więcej z rugby, co o tyle może dziwić, że autor zarzuca innym, że czekają na tego rodzaju widowisko w Kościele. 

Przeczytałem jeszcze raz uważnie swój tekst, bo nikt nie jest doskonały i być może nie pamiętam już, że zawarłem w nim twierdzenia, które przypisuje mi ks. Andrzej Draguła. Ale nie, w żadnym miejscu nie znalazłem niczego, co wskazywałoby, że oczekuję na teologów nieortodoksyjnych i to na dodatek liberalnych,  krzykaczy mających parcie na szkło.  Doszukałem się tylko w swoim tekście, że oczekuję na wielu dobrych teologów. Skąd wniosek, że dobry teolog to według mnie liberalny nieortodoksa mający parcie na szkło? To zapewne wie tylko ks. Andrzej Draguła, podobnie jak tylko Zidane wie, co usłyszał od Materrazziego, albo co mu się zdawało, że usłyszał.

Swietnie, że ks. Andrzej Draguła pragnie się dokształcić w dziedzinie katechetyki na poziomie szkoły podstawowej czy przedszkola (wszak mali Brazylijczycy dostają sprężyste piłki w szkółkach piłkarskich, a teologiczne sprężyste piłki zamiast piłek lekarskich miałyby dostawać dzieci w szkołach na katechezie).  Nie mogę jednak mu w tym pomóc, bo nie jestem specjalistą od katechetyki, nigdy nie uczyłem w szkole. Prawdę powiedziawszy, spodziewałem się, że po publikacji artykułu w TP pojawi się fala krytyki ze strony tych, którzy katechezy uczą, bo są takie a takie trudności, bo nie da się tego zrobić, bo szkoła to nie uniwersytet. Tymczasem krytyka przychodzi od teologa, który powinien raczej się cieszyć, że być może w wyniku tego, że dzieci zostaną odpowiednio zachęcone w szkole do myślenia teologicznego, czyli rozmowy o Bogu, będzie miał więcej kandydatów na przyszłych Rahnerów. No prawda, ks. Andrzej Draguła nie krytykuje pomysłu kółek teologicznych w szkołach, być może ze zdenerwowania go nie zauważył. Podobnie jak Zidane tego, że gra w meczu finałowym mistrzostw świata, ostatnim w swojej karierze.

No cóż, mimo wszytko cieszę się z tekstu ks. Andrzeja Draguły. Bo dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe. Nawet to, że Polska wygra z Niemcami, narodzi się polski Rahner, a ks. Andrzej Draguła spokojnie doczyta mój artykuł i powie, dlaczego nie podoba mu się pomysł traktowania, począwszy od przedszkola, każdego jak przyszłego teologa.