Archiwum kategorii: Teologia

Duchowe rewolucje

Rewolucja w kuchni zaczyna się od gruntownego mycia i wyrzucenia wszystkiego, co „identyczne z naturalnym”. Elżbieta Wiater, za Franciszkiem Salezym, proponuje rewolucję duchową: najpierw czyścimy, a potem poprzez mozolne kształtowanie siebie budujemy naszą relację z Bogiem w codziennym życiu.

Tekst opublikowany w: „Więź” 649 (2012) nr 11-12, s. 154–157.

Książek o duchowości jest sporo. Proponuje się nam duchowość karmelitańską czy franciszkańską, można też znaleźć niemało pozycji przybliżających ignacjańską metodę rozważania Pisma Świętego czy przeprowadzania rekolekcji. Rzadziej słyszy się o autorze dzieł z zakresu duchowości, jakim był biskup Genewy Franciszek Salezy (1567–1622), mimo że jest on założycielem Zakonu Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny (wizytki), a patronuje między innymi bardzo w Polsce znanemu Towarzystwu św. Franciszka Salezego (salezjanie). Zgromadzenia te nie mają widocznie tyle zapału do promowania duchowości zaproponowanej przez swojego patrona, co jezuici czy franciszkanie.

Być może wynika to stąd, że duchowość św. Franciszka Salezego to w dużej mierze duchowość dla świeckich. Był on bowiem tym, który bodaj najbardziej przyczynił się do zwrócenia uwagi na świeckich w czasach, kiedy powołanie do świętości kojarzono wyłącznie z kapłaństwem bądź zakonem, a pisma z dziedziny duchowości adresowane były do stanu duchownego. Biskup Genewy wyprowadził pobożność z klasztorów i kościołów, przedstawił ją jako dostępną dla wszystkich i podkreślił wyraźnie wielkość powołania do życia w świecie – sprzeciwiał się pomijaniu życia doczesnego w celu wywyższenia wiecznego.

W czasach Franciszka Salezego takie postawienie sprawy było czymś nowatorskim. Wprawdzie od jego śmierci minęło blisko czterysta lat, postulaty te brzmią jednak dziwnie świeżo. Również i dziś za człowieka o głębokiej duchowości prędzej uznamy członka zakonu kontemplacyjnego niż żyjącego sprawami tego świata świeckiego. Co więcej, wielu chrześcijan uważa, że nie może pragnąć życia duchowego, nie może go prowadzić, dopóki musi zajmować się pracą, dziećmi, domem…

Zdawałoby się, że dla człowieka zainteresowanego dziełem biskupa Genewy nie ma nic prostszego, jak po prostu przeczytać Filoteę, jego podstawowe dzieło o duchowości świeckich. Tylko że to stron około czterystu, a język i stylistyka nieco z innej epoki; kto chce poczuć zapach siarki i żar płomieni piekielnych, temu polecam Salezego opis piekła.

Nie musimy jednak odrzucać dzieła biskupa z Genewy, bo z pomocą przychodzi nam Elżbieta Wiater, która w swojej książce Filotea 2.1. Duchowość dla świeckich podjęła się zadania wydobycia z Filotei Franciszka Salezego tego, co najważniejsze, i przełożenia tego na język współczesności. W efekcie otrzymujemy 164 strony tekstu pełnego lekkości i dowcipu. Ta spora dawka humoru nie tylko ułatwia lekturę, ale może być przyczyną podejrzliwych spojrzeń współpasażerów, gdy Filoteę 2.1 czytać będziemy w środkach komunikacji publicznej. Weźmy choćby takie zdanko:

„Najbardziej pobożne praktyki i «głębokie» przeżycia są niczym wobec codziennego zmagania się o to, żeby jednak uśmiechnąć się do męża, któremu ma się ochotę skopać pośladki, albo zająć się niemowlakiem cierpiącym z powodu kolki, chociaż najchętniej przekręciłoby się klucz w zamku i zostawiło małego «wyjca» sam na sam ze ścianą. Do osiągnięcia palmy męczeństwa nie potrzebujemy stosu, krzyża czy miecza. Czasem rodzina wystarczy”.

Jednak tytułowa Filotea, a więc każdy, kto pragnie dążyć do świętości i doskonałości, nie będzie nikogo kopała ani zamykała, bo jej podstawowym zadaniem jest unikanie grzechów ciężkich, ba, nawet przywiązania do lekkich, jednak nie na zasadzie, że chętnie bym grzeszył, ale boję się kary. Proponowane spojrzenie na grzech w czasach, gdy pojęcie to traktowane jest jako anachronizm, przemawia do czytelnika: trzeba patrzeć na owoce czynów, na to, do czego one prowadzą. Autorka zgrabnie rozprawia się też z naszym przekonaniem, że brakuje nam czasu na modlitwę: zachowujemy się niczym robotnik biegający po budowie z pustą taczką, bo „tyle roboty, że nie ma czasu załadować”. Za św. Franciszkiem podaje konkretne zalecenia dotyczące modlitwy i przedstawia taki sposób jej przeżywania, który powinien być przede wszystkim rozmyślaniem, modlitwą tematyczną. Co ciekawe, mimo że najpierw mamy się rozprawić z naszą skłonnością do grzechu, w modlitwie powinniśmy zaczynać od prawdy o stworzeniu nas z miłości, by następnie dojść do prawdy o naszej ludzkiej słabości i jej osądzenia. Finałem tego początku życia duchowego może być spowiedź generalna, będąca czymś więcej niż wypowiedzeniem kilku standardowych formułek, bo chodzi tu o spowiedź z całego życia. Ważny jest przy tym wybór odpowiedniego spowiednika – tzw. dzięcioł (ksiądz ograniczający się do pukania po spowiedzi) raczej się nie sprawdzi, bo taka spowiedź może trwać kilka godzin, a nawet dni. Nie sprawdzi się on również jako stały spowiednik, który będzie mógł obiektywnie spojrzeć na nasz rozwój duchowy. A posiadanie takowego Elżbieta Wiater usilnie zaleca.

Po tym początkowym etapie przychodzi etap modlitwy, uczestnictwa we Mszy św. oraz kształtowania siebie. Wskazówki autorki dotyczące modlitwy będą interesujące zwłaszcza dla tych, którym modlitwa ustna wydaje się klepaniem wciąż tych samych formułek. Oczywiście ona także jest ważna i potrzebna, ale jeśli w jej trakcie pojawia się jakaś szczególna myśl, lepiej pójść za nią, nawet za cenę niedokończenia modlitwy. Autorka szczegółowo pisze o tym, jak, nad czym i kiedy rozmyślać, ucieszy również tych, którzy obawiają się, że duchowość to spędzanie całego dnia z modlitewnikiem w ręku: modlitwa powinna trwać godzinę, nie więcej. Szczególne znaczenie mają modlitwy poranna i wieczorna, związane z momentami przejścia. Ważne jest także znalezienie konkretnego wyobrażenia (sceny z Ewangelii), w którym odnajdujemy siebie sam na sam z Jezusem. Taka scena ma być miejscem ucieczki, swego rodzaju bazą w razie pojawienia się rozpaczy. Podobne znaczenie mają akty strzeliste, czyli krótkie zdania skierowane do Boga w ciągu dnia. Odrywają nas one od nas samych i pozwalają odpocząć, a najlepsze są te formułowane własnymi słowami. Do tego dochodzi oczywiście uczestnictwo we Mszy św. i częsta komunia, bo – jak mówi autorka – bliżej z Bogiem niż w Eucharystii w tym życiu nie będziemy. Efektem życia duchowego są natchnienia, czyli wewnętrzne upomnienia czy wzruszenia albo oświecenia duszy, które sprawia w nas sam Bóg. Autorka pokazuje, jak takich natchnień słuchać.

Dużą część książki Elżbiety Wiater zajmują rady, jak ćwiczyć się w cnotach. Chodzi tutaj o wybranie szczególnie takich, które są przeciwieństwem naszych wad. Celem tych ćwiczeń nie jest osiągnięcie stanów mistycznych. Cnoty potrzebne są do dobrego służenia Bogu i kochania Go. Bo drobne z pozoru cnoty decydują o tym, czy nasze serce będzie uczyło się słyszeć i rozpoznawać głos Boga. Autorka celnie mówi o pokorze, o cierpliwości i gniewie, o czystości w małżeństwie, która polega na zachowaniu wewnętrznej wolności wobec współżycia, bo cnota polega nie na braku pragnień seksualnych, ale na świadomej rezygnacji z pójścia za nimi. Czy jednak podejmowanie tylu wysiłków ma sens, zwłaszcza w sytuacji, gdy nawet nasi najbliżsi, wcale nie ze złej woli, będą nas przekonywać, że przyznawanie się do wiary może nas narazić w najlepszym razie na drwiny? Oddaję tu głos samej autorce:

„Całonocne imprezy, znajomość dziesiątków, a nawet setek ploteczek i historyjek, ciągłe trzymanie ręki na pulsie i bycie w zgodzie z modą o wiele bardziej wyczerpuje niż praktyki ascetyczne. I ostatecznie nic nie daje. Tymczasem modlitwa, post, służenie braciom, ale przede wszystkim zawierzenie Bogu, karmią duszę. Odnajdujemy pokój i siły do tego, by nadal działać i żyć”.

Jak wiemy, w informatyce po wersji 2.1 przychodzi zwykle kolejna, w której uwzględnia się niekiedy uwagi użytkowników programów. Mając więc nadzieję na rychłe powstanie Filotei 3.0, pozwolę sobie przedstawić kilka takich uwag.

Szkoda, że autorce nie udało się całkowicie pozbyć sztafażu i ornamentyki właściwej pisarstwu pobożnościowemu epoki Salezego: „Rozmyślanie jest jak sklepik z olejkami, tyle że bez cennika. Nasze serce po wyjściu z niego winno być napełnione cennym olejkiem, na który składają się nasze przemyślenia, słodycz uczuć spotkania z Panem i decyzja przemiany”. „Słodycz uczuć”, „stanięcie w prawdzie” itp. mogą wywołać efekt podobny do tego po zjedzeniu kilograma ciastek bezowych, zwłaszcza u osób, które wcześniej nie miały z tym za wiele do czynienia, a wtedy nici z porządków w życiu duchowym.

Mimo oczywistej skrótowości prezentowanego dzieła czytelnik może się też czuć zawiedziony tym, że autorka bardzo pobieżnie omawia tak istotne zagadnienie, jak uczestnictwo we Mszy św. i nie w pełni usprawiedliwia ją to, że rady Salezego w tej kwestii przestały być aktualne ze względu na zmianę rytu. Tak istotnego elementu życia duchowego nie można pomijać milczeniem.

Dokładniejszego omówienia wymagałaby także kwestia stałego spowiednika. Autorka przyjmuje bowiem niejako za oczywiste, że każdy ma możliwość wybrania księdza, który będzie przewodnikiem duchowym. A przecież nie wszyscy mieszkają w miastach, gdzie czasami mamy po kilka kościołów na jednej ulicy. Dla niektórych wyprawy do odległych miejscowości choćby raz w miesiącu mogą się okazać za trudne. Warto by też było wspomnieć o niebezpieczeństwach związanych z posiadaniem stałego spowiednika: zdarza się – zauważają niektórzy spowiednicy – że penitenci spowiadają się z grzechów ciężkich przypadkowemu spowiednikowi, a stałemu tylko z lekkich. Trzeba też wziąć pod uwagę, że są przecież inne formy gładzenia grzechów lekkich (np. komunia), zatem powinny być stosowane również inne niż tylko stały spowiednik rodzaje kierownictwa duchowego, które trzeba by omówić.

Czytelnik może też mieć wrażenie, że proponowana przez autorkę duchowość to duchowość głównie dla singla społecznego albo singla duchowego. Owszem, Wiater mówi o duchowości w życiu rodzinnym, zawodowym, ale głównie w kontekście kształtowania siebie. Filotea, gdy się modli, nawet jeśli prowadzi życie rodzinne, modli się samotnie, rozmyśla samotnie, powinna robić to rano, gdy reszta rodziny śpi, a np. roczne podsumowanie dobrze by było zrobić w klasztorze, w oderwaniu od rodziny. Przywodzi to na myśl debatę o duchowości małżeńskiej, jaką na łamach miesięcznika „W drodze” w 2008 r. toczyli Zbigniew Nosowski, który podkreślał, że duchowość małżeńska zamyka się w formule „razem, choć osobno”, oraz Małgorzata Wałejko, która przyjmowała raczej formułę „osobno, choć razem” (jej podsumowaniem jest książka Razem czy osobno? Polemika wokół książki Zbigniewa Nosowskiego „Parami do nieba”). Elżbieta Wiater zdaje się stawać po stronie Małgorzaty Wałejko: Filotea, choć żyje w rodzinie, do Boga zmierza samotnie.

Podczas lektury Filotei 2.1 nieodparcie nasuwało mi się skojarzenie z filozofią programu telewizyjnego prowadzonego przez znaną restauratorkę, mającego pomagać podupadłym restauracjom wyjść na prostą: nie da się mieć świetnej restauracji, gdy w kuchni jest brudno, a kucharz do przyrządzenia rosołu używa chińskiej zupki. Rewolucja w kuchni zaczyna się od gruntownego mycia i wyrzucenia wszystkiego, co „identyczne z naturalnym”. Podobną rewolucję, tyle że duchową, za Franciszkiem Salezym proponuje Elżbieta Wiater: najpierw czyścimy, a potem poprzez mozolne kształtowanie siebie budujemy naszą relację z Bogiem w codziennym życiu. Po lekturze Filotei 2.1 można uwierzyć, że nie trzeba być Che Guevarą, by zostać rewolucjonistą.

Elżbieta Wiater, Filotea 2.1. Duchowość dla świeckich, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2012, 164 s.

Franciszek i diabeł

Franciszek wie, że w nie ma sensu budowanie zamków na piasku, zwłaszcza przesianym przez ojca kłamstwa.

Dziwna sprawa, ale chyba jak na razie nikt nie zwrócił uwagi na to – może dlatego, że bardziej zajmująca jest przeszłość papieża z okresu junty czy jego faktyczna lub rzekoma odmowa włożenia pelerynki –  że w obydwóch dotychczasowych swoich wystąpieniach wspomniał o diable. Najpierw, 14 marca 2013 r., w pierwszej papieskiej, poniekąd programowej, homilii w kontekście tego, że bez wyznawania Jezusa Chrystusa Kościół staje się pozarządową organizacją pomocową, powiedział: „Kiedy nie wyznaje się Jezusa Chrystusa, przypominają mi się słowa Léona Bloy: „Kto nie modli się do Boga, modli się do diabła”. Kiedy nie wyznajemy Jezusa Chrystusa, to wyznajmy doczesność diabła, doczesność szatana”. Dzień potem, 15 marca 2013 r., w przemówieniu do kardynałów powiedział: „Drodzy bracia, nigdy nie ulegajmy pesymizmowi i temu zgorzknieniu, jakie każdego dnia proponuje nam diabeł. Nie ulegajmy pesymizmowi i zniechęceniu: mamy mocną pewność, że Duch Święty daje Kościołowi, wraz ze swym potężnym tchnieniem, odwagę by wytrwać, a także poszukiwać nowych metod ewangelizacji, aby nieść Ewangelię aż po krańce ziemi (por. Dz 1, 8)”.

Czyżby papież Franciszek miał jakieś szczególne upodobanie do mówienia o diable? Warto zwrócić uwagę na to, na czym jego zdaniem polega to działanie szatańskie. Wygląda na to, że chodzi tu w głównej mierze o działanie przeciw Kościołowi, o zachęcenie go do rezygnacji z wyznawania Jezusa Chrystusa, zwątpienia w działanie Ducha Świętego. O wsączanie pesymizmu, że w dzisiejszym świecie taka wiara nie ma sensu, że trzeba raczej skupić się na doczesności, na świadczeniu pomocy na wzór organizacji pozarządowych i dać sobie spokój z głoszeniem Ewangelii. Zarażenie się tym pesymizmem sprawia, że zamiast Chrystusa wyznaje się doczesność, na dodatek nie doczesność przepełnioną Bogiem, ale uformowaną przez szatana. Ubóstwienie tej doczesności prowadzi do modlitwy do jej twórcy, nie zaś do Boga.

Po papieżu, który widział w swoim kraju piekło na ziemi, zło w czystej postaci, można by się spodziewać, że zwróci uwagę właśnie na ten aspekt diabelskości. A jednak wskazuje na działanie dużo bardziej subtelne, wymierzone w samo sedno wiary chrześcijańskiej i podważające samą jej istotę. To jego zdaniem jest dzisiaj najważniejsze zagrożenie, bez usunięcia którego nie za bardzo ma sens jakakolwiek działalność dobroczynna. Mówiąc więc o diable, mówi w istocie o wierze w Jezusa Chrystusa.

Nic więc dziwnego, że papież, po którym wszyscy spodziewają się, że będzie papieżem ubogich, właściwie jak dotychczas w oficjalnych wystąpieniach nie mówił na ten temat (co nie znaczy, że nie zwraca na to uwagi, bo zachęca swoich rodaków, do tego, by nie przyjeżdżali do Rzymu, a pieniądze przeznaczyli na pomoc ubogim). To papież, który wie, że w przypadku Kościoła nie ma sensu budowanie zamków na piasku, zwłaszcza gdy jest to piasek przesiany przez ojca kłamstwa.

Papież „niesoborowy”

Pierwsze wystąpienia papieża dają nadzieję, że nie pozwoli on swojej roli sprowadzić do szefa pomocowo-terapeutycznej organizacji pozarządowej, którego głównym zadaniem jest wyrzucenie złych urzędników.

Wyobrażam sobie: ósmy dzień wyborów. Wyborne: moje koleżanki i koledzy „przerobili“ już dawno Wikipedię i żeby czymś zająć antenę, zmuszeni są sięgnąć po świętego Anzelma i debatować o Tomaszu z Akwinu! Jestem pewien, że dwutygodniowe konklawe zrobiłoby dla edukacji religijnej społeczeństwa więcej niż wszystkie szkolne katechezy razem wzięte! – napisał Szymon Hołownia po wydobyciu się czarnego dymu z komina Kaplicy Sykstyńskiej.

Niestety, konklawe trwało krótko i z edukacji nic nie wyszło. Obawiam się jednak, że gdyby nawet konklawe trwało miesiąc, po Anzelma nikt by nie sięgnął. I zapewne nikt nie zadałby sobie pytania, jaki jest stosunek nowego papieża do Anzelma czy Tomasza z Akwinu. Czy jeśli chodzi o Wcielenie, to zgadza się z Tomaszem, że nie nastąpiłoby ono, gdyby nie było grzechu pierworodnego, czy raczej bliżej mu do Jana Dunsa Szkota, który sądził odwrotnie? A czy jeśli chodzi o rozumienie Trójcy Świętej, to jest on raczej po stronie tych, którzy uważają, że trzeba trzymać się terminologii wypracowanej na pierwszych soborach, czy raczej po stronie swojego współbrata Karla Rahnera, który chciał mówić o trzech „różnych sposobach subsystencji”? Czy jako ten, który widział i widzi zło, śmierć w swoim kraju i na swoim kontynencie, byłby skłonny podzielać przekonanie Hansa Ursa von Balthasara (też jezuity przez 20 lat), że można mieć nadzieję na zabawienie wszystkich?

Owszem, można powiedzieć, że nie każdy biskup musi „znać się” na tych kwestiach teologicznych, bo może skupiać się bardziej na działalności duszpasterskiej i sprawach społecznych. Słusznie jednak papież Franciszek powiedział w homilii 14 marca 2013 r. podczas Mszy św., którą po raz pierwszy odprawił jako biskup Rzymu: „jeśli nie wyznajemy Jezusa Chrystusa, to dzieje się źle. Staniemy się pozarządową organizacją pomocową, ale nie Kościołem, Oblubienicą Pana”. I dalej: „Chciałbym, aby wszyscy po tych dniach łaski mieli odwagę, właśnie odwagę, by kroczyć w obecności Bożej, z krzyżem Pana; by budować Kościół na Krwi Pana, którą przelał On na krzyżu, i wyznawali jedyną chwałę: Chrystusa Ukrzyżowanego”. Jezusa Chrystusa wyznaje się umysłem i sercem, a wydarzenia paschalne (męka, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa), o których wspomina papież, są istotą chrześcijaństwa (chociażby pytanie, czy centrum tych wydarzeń był Krzyż czy Zmartwychwstanie). Papież nie może więc nie być teologiem, tym bardziej że nieraz będzie musiał zająć stanowisko w skomplikowanych kwestiach teologicznych. Szkoda więc, że skupiamy się nie na tym, jak nowy papież wyznawał i wyznaje Jezusa Chrystusa, ale na tym, jak będzie, skoro prowadzi takie skromne życie, zarządzał Kościołem jako organizacją pomocową, albo co powie w sprawach moralnych, które co prawda są ważne, jednak wtórne w stosunku do teologicznego fundamentu wiary.

Może istotne jest również to, że Franciszek jest pierwszym papieżem od zakończenia Soboru Watykańskiego II, który w nim nie uczestniczył. Ciekawe może być więc pytanie, jak będzie on rozumiał ten sobór, czy jego spojrzenie na to najważniejsze w Kościele wydarzenie dwudziestego stulecia będzie jakoś się różniło od spojrzenia jego poprzedników. Czy będzie on w stanie odczytać i zrealizować przesłanie tego soboru, o co apelował Benedykt XVI? Niewykluczone, że jako człowiekowi niezaangażowanemu w obrady będzie łatwiej mu to zrobić. A kwestii doktrynalnych podjętych przez sobór, uznawany za duszpasterski, jest całkiem sporo, chociażby kwestia wartości zbawczej innych religii i związany z nią problem pluralistycznej teologii religii i teologii azjatyckiej (por. dyskusję na blogu Kleofas).

Pierwsze wystąpienia papieża dają nadzieję, że nie pozwoli on swojej roli sprowadzić do szefa pomocowo-terapeutycznej organizacji pozarządowej, którego głównym zadaniem jest wyrzucenie złych urzędników.

Franciszek – teologiczna niewiadoma

Wybór kard. Jorge Mario Bergoglio na papieża był dla mnie zaskoczeniem. Ale nie dlatego, że spodziewałem się wyboru któregoś z wymienianych głównych faworytów: kard. Angelo Scoli czy kard. Odilo Scherera. Po prostu wydawało mi się, że tym razem takie typowanie się nie sprawdzi i raczej będzie niespodzianka. Stawiałem jednak bardziej na np. Amerykanów, wydawało mi się również, że może to być Włoch, tyle że taki, którego nikt za bardzo się nie spodziewa.

Nowy papież jest jednak, przynajmniej dla mnie, ale jak sądzę, również i dla wielu innych, dość dużą niewiadomą. Trudność wynika przede wszystkim z tego, że nie są powszechnie znane jego poglądy teologiczne, jego duchowość, jego książki (żadna nie jest przetłumaczona na polski). Takiej trudności nie było w przypadku Benedykta XVI, z którego poglądami teologicznymi dosyć łatwo było się zapoznać. Co ciekawe, w zasadzie w żadnych informacjach nie mówi się o sylwetce duchowo-teologicznej nowego papieża, zwraca się raczej uwagę na jego poglądy z zakresu moralności i życia społecznego, które są znane bardzo dobrze. Jeśli chodzi o teologię, to wiadomo, że doktorat kończył w Niemczech we Fryburgu, czyli w miejscu urodzin i studiów Karla Rahnera, też jezuity i jednego z największych teologów XX w. Czy przejął coś z poglądów swojego wielkiego współbrata czy raczej poszedł inną drogą? Tego wszystkiego zapewne wkrótce się dowiemy, bo pewnie znajdzie się wydawnictwo, które wyda tłumaczenie np. jego ostatniej książki Mente abierta, corazón creyente (Otwarty umysł, wierzące serce). Wydaje się jednak, że to bardziej duszpasterz (co nie wyklucza myśli teologicznej) niż profesor teolog.

Bardziej znane są jego poglądy na moralność i życie społeczne. Wiadomo, że jest przeciwnikiem antykoncepcji, aborcji, eutanazji, małżeństw jednopłciowych… Niedawno w związku z „oczekiwaniami” wobec papieża, który powinien wszystko zostawić sumieniu wiernych, i pytaniami, dlaczego Kościół zakazuje tego czy tamtego, przyszedł mi do głowy pomysł, by możliwie jak najkrócej przedstawić te kwestie (trochę na zasadzie takiej: „Człowiek nie jest rzeczą, ma szczególną godność. Ponieważ nie jest rzeczą, nie wolno go zbijać”… itd.). Poglądy papieża Franciszka są bardzo dobrą okazją do tego, by możliwie najbardziej klarownie ukazać stanowisko Kościoła w sprawach moralnych, nawet jeśli sam papież w najbliższym czasie tego nie zrobi.

Nowy papież ujął wszystkich swoją skromnością. Tak się jakoś złożyło, że akurat wczoraj pisałem o setniku z Kafarnaum (Łk 7, 1-10), który mimo swojego znaczenia uważał się za zbyt małego, by do jego domu wszedł Jezus, nawet nie uznawał się za godnego, by rozmawiać z Nim osobiście. Jest tu jakaś zbieżność z papieżem, który uznaje, że zanim sam udzieli błogosławieństwa, powinien być „pobłogosławiony” przez zgromadzonych. Szczere (a mam wewnętrzne przekonanie, że tak właśnie jest) uznanie swojej „niegodności” w sytuacji, gdy obiektywnie jest inaczej, zasługuje na uznanie.

A już zupełnie na zakończenie pytanie o wrażliwość ekologiczną papieża Franciszka, której można by się spodziewać, skoro odwołuje się do św. Franciszka z Asyżu. Może mewa siedząca przed pojawieniem się białego dymu na kominie Kaplicy Sykstyńskiej, z której niektórzy żartowali, że to jakiś dziwny gołąb (w nawiązaniu do Ducha Świętego) albo że to szpieg z podsłuchem, jest jakimś symbolem tejże wrażliwości. 🙂

Papież teolog

Po rezygnacji papież być może będzie służył Kościołowi jako ten, którym jest niejako pierwotnie: jako teolog. Niewykluczone, że Bóg potrzebuje teraz Benedykta XVI w takiej właśnie roli.

Rezygnacja Benedykta XVI z urzędu, owszem, zaskoczyła mnie, ale jakoś specjalnie nie poruszyła. Fakt, jej konsekwencje dla sprawowania tego urzędu przez następców mogą być znaczące. Bardziej interesujące jest jednak dla mnie to, co teraz papież będzie robił. A jeśli założy się, że ma on jeszcze trochę sił duchowych i fizycznych, to mogą to być rzeczy zupełnie interesujące.

Kiedy w ubiegłym roku na zjeździe polskich dogmatyków zastanawiano się, czy należy kontynuować rodzący się właśnie zwyczaj zapraszania na te zjazdy gości z zagranicy, gdzieś na sali ktoś rzucił, że można by zaprosić tego, ktoś inny, że tamtego – nazwiska stawały się coraz poważniejsze. W końcu ktoś zażartował – czym wywołał śmiech – że można zaprosić Benedykta XVI i że na pewno przyjedzie. Dzisiaj ten żart nie byłby już śmieszny, bo papież, o ile zdrowie mu na to pozwoli, może jeździć, gdzie chce, w tym i na zajazdy różnych towarzystw teologicznych, a sądzę, że zaproszeń nie zabraknie. To bez wątpienia jeden z bardziej interesujących obszarów jego ewentualnej dalszej działalności.

Może jednak nie będzie chciał tym się zajmować, i to nie tylko ze względu na stan zdrowia. Wszak zapowiada powrót do swoich ukochanych książek. Mam wielką nadzieję, że będzie to nie tylko czytanie, ale i pisanie. Czy powstanie jakaś znacząca praca teologiczna? Mam nadzieję, że tak, tym bardziej że wszystko zarzuca się papieżowi, ale niewielu jest takich, którzy zarzucają mu, że jest słabym teologiem. Teraz będzie to na dodatek teolog, który będzie miał więcej czasu na to, co dla teologa jest bardzo ważne, czyli modlitwę.

Mam zatem nadzieję, że po rezygnacji papież będzie mógł służyć Kościołowi jako ten, którym jest niejako pierwotnie: jako teolog. Niewykluczone, że Bóg potrzebuje teraz Benedykta XVI w takiej właśnie roli.

Czajniczek Russella, ateizm i objawienie

Z pewnym opóźnieniem trafiłem na artykuł etyka prof. Mirosława Rutkowskiego Suprateizm, czyli o tym dlaczego bezsensowny jest teizm oraz ateizm. I może nie warto byłoby się nim szczególnie zajmować, gdyby pośrednio nie pokazywał on, jak ważne dla teologii jest pojęcie objawienia.

Autor dowodzi, że jedyną sensowną postawą wobec teizmu, czyli przekonania, że Bóg istnieje, jest nie ateizm, którego przedstawiciele, chociaż nie zgadzają się ze zdaniem „Bóg istnieje”,  uważają je za równie autentyczne i sensowne jak osoby wierzące, ale suprateizm, wyrażający się w przekonaniu, że nie należy angażować się w rozważanie bytów istniejących rzekomo niezależnie od ludzkich umysłów, jeśli przysługująca im transcendentność sytuuje je poza granicami naszego poznania, a więc angażować się w rozważania na temat prawdziwości zdań co prawda poprawnych, ale pozbawionych znaczenia. Zdanie „Latający Potwór Spaghetti w pełni popiera krasnoludki pomagające sierotce Marysi” jest poprawne, ale nie wyraża sądów możliwych do zweryfikowania. Na tym samym poziomie autor ustawia zdanie „Bóg istnieje”. Rozważenia wymagałoby to, czy rzeczywiście wypowiedź teisty albo przynajmniej każdego teisty mówi o Bogu istniejącym poza granicami poznania, ale chcę raczej zwrócić uwagę na przykład ilustrujący przedstawione twierdzenia.

Autor odwołuje się do przedstawionego przez Bertranda Russella przykładu kosmicznego czajniczka. Otóż ktoś twierdzi, że po orbicie odległej planety krąży czajniczek pełen herbaty, a ponieważ planeta jest odległa, a czajniczek mały, nie sposób go wykryć. Właściwa postawa wobec takiej osoby to wzruszenie ramionami, skoro nie jest ona w stanie przedstawić sądów możliwych do zweryfikowania, bo wdając się w rozważania o prawdziwości tezy o czajniczku, sugerujemy, że zdania mówiące o nim opisują jakąś konkretną rzeczywistość w sposób dla nas zrozumiały. Przykład jest tyleż efektowny, co nietrafny.

Sytuacja osoby mówiącej, że „Bóg istnieje” jest zgoła inna niż osoby twierdzącej, że istnieje kosmiczny czajniczek. Czajnikowicz, przynajmniej ten z przykładu, nie za bardzo może powoływać się na coś innego niż własne przekonanie, tymczasem teista swoje przekonanie opiera na objawieniu. Przy tym objawienie nie jest to Biblia ani jakiś zbiór zdań. Zainteresowanych sposobem rozumienia objawienia odsyłam do znakomitej książki Roberta J. Woźniaka Różnica i tajemnica, w której niejako odzyskuje on to pojęcie dla teologii i wiary. Dość powiedzieć, że wskazuje on, że objawienie związane jest ściśle z osobą Chrystusa, oznacza ono komunikowanie swojej inności, czynienie ją widzialną i możliwą do zrozumienia, jest ono zawsze odsłonięciem się samej różnicy, inności odsłaniającego się, jest jego wyjściem na jaw, które nie neguje, nie znosi jego inności. Objawienie jest otwarciem przed światem i dla świata własnej tajemnicy Boga, jaką jest Jego trynitarne życie. Objawienie nie usuwa niepoznawalności Boskiej substancji, umożliwia jednak prawdziwościową wiedzę o Bogu, której źródłem jest Jego działanie (można poznać Jego sposób istnienia).

Czy Russellowy czajniczek albo Latający Potwór Spaghetti objawiły w świecie swoją inność, swoją tajemnicę? Czy to objawienie ukształtowało jakąkolwiek ludzką podmiotowość do bycia w relacji z nimi? Wydaje się, że te pytania muszą pozostać pytaniami retorycznymi. Podobnie jak pytanie, czy suprateizm odwołujący się do takich przykładów jest postawą racjonalnie uzasadnioną.

Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii

Każdy jest teologiem. Nieakedemicki wstęp do teologiiKażdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii” (książka mojego autorstwa  wydana przez Wydawnictwo WAM), to jak sam tytuł wskazuje, książka dla każdego, bo jak stwierdził Benedykt XVI, „każdy, kto kocha Boga, jest przynaglony, by stać się w pewnym sensie teologiem”. Do tych słów nawiązuje nie tylko okładka książki, ale i jej treść.

To książka dla tych, którzy teologią zajmują się od lat – by zachęcić ich do postawienia sobie na nowo pytania: jak uprawiać teologię? Jest też dla tych, którzy zaczynają przygodę z teologią – by chcieli i potrafili uprawiać teologię, nie dla zdobywania kolejnych stopni kariery naukowej. Książka ta jest też dla tych, którzy zastanawiają się nad swoją wiarą, żyją modlitwą – by uwierzyli w to, że również oni są teologami.

Objętość książki nie jest duża (176 stron), a cena niewygórowana (niecałe 20 zł). Zachęcam więc do czytania i wyrażania swoich opinii, za które będę niezmiernie wdzięczny. Wszak teologia w ścisłym sensie to taka racjonalna ludzka rozmowa o spotkaniu z objawionym Bogiem, w której uczestniczy sam Bóg. A zatem rozmawiajmy…

Na stronie Polskiego Radia można posłuchać mojej rozmowy o książce z redaktorem Janem Pniewskim.

Zobacz, co inni sądzą o książce. Poniżej recenzje książki. Czytaj dalej

Z ciemnej doliny do domu Pana

(1) Psalm. Dawidowy.
Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
(2) Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
(3) orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
(4) Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska
są tym, co mnie pociesza.
(5) Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
(6) Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim
po najdłuższe czasy. Czytaj dalej

Bo Bóg jest w zupie

Książki teologiczne zalegające półki księgarń nie sprzedają się niczym bestsellery wojujących ateistów, na przykład Bóg urojony Richarda Dawkinsa. Owszem, najczęściej nie są one napisane nawet takim językiem, jakim posługuje się Szymon Hołownia (jego książki sprzedają się akurat bardzo dobrze). Czy jednak sami wierzący nie są winni tej niepopularności literatury teologicznej, wśród której są nie tylko niestrawne traktaty? Często można napotkać opinię, że do tego, żeby wierzyć, żeby poznawać Boga, nie jest potrzebne nic oprócz prostej wiary i modlitwy, ewentualnie Pisma Świętego, że teologia w żaden sposób w wierze nie pomaga, a może wręcz szkodzić. Jako sztandarowy argument przeciw teologii wskazywani są zachodni teologowie, których część to nie tylko heretycy, ale wręcz niewierzący. Czytaj dalej

Bóg nie jest tradycjonalistą

Znane opowiadanie o zapowiedzi narodzin Izaaka (Rdz 18, 1–15) wskazuje na istotne aspekty wiary Abrahama, nazywanego ojcem wierzących (por. Rz 4, 11). Przybyli w gościnę do Abrahama trzej ludzie oświadczają, że za rok bardzo już leciwa Sara będzie miała syna. Abraham przyjmuje tę wiadomość, Sara zaś się śmieje. Dość radykalną nowość, chociaż właściwie jest to spełnienie danej przez Pana obietnicy, nie jest łatwo jej przyjąć. Istotne w tym opowiadaniu jest jednak to, że owa wizyta trzech wędrowców przez wielu chrześcijan odczytywana była i jest jako starotestamentowe objawienie Trójcy Świętej. Bodaj najbardziej znanym przejawem tego odczytania jest słynna ikona Andrieja Rublowa „Trójca Święta”. Mimo że taka interpretacja jest dzisiaj podawana w wątpliwość, naprowadza ona na bardzo ważne spostrzeżenie: być może objawienie tak dużej nowości w wierze musi wiązać się z obecnością, zaangażowaniem Trójcy Świętej. Omawianą perykopę biblijną można zatem traktować jako istotne wskazanie na to, że objawienie i przyjęcie nowości w wierze ma charakter trynitarny, jej objawienie nie dokonuje się bez udziału Trójcy, że również jej przyjęcie nie dokonuje się bez takiego udziału. Czytaj dalej