Archiwum kategorii: Teologia

Bożonarodzeniowy prezent dla czytelników

Kolejne święta Bożego Narodzenia, święta Wcielenia Boga… Przypominają nam one o czymś niesłychanym: oto Bóg stał się człowiekiem. Dlaczego jednak to zrobił? Czy przyczyną był tylko grzech człowieka? A może chodziło Mu o doświadczenie bycia stworzeniem? Czego jednak w kondycji człowieka Bóg mógłby chcieć doświadczyć najbardziej i po co?

To fragment bożonarodzeniowego prezentu dla czytelników mojej książki Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii (Wydawnictwo WAM, Kraków 2012, s. 176), prezentu, którego zapasy się nie wyczerpią, nie trzeba też być jedną z 5 pierwszych osób, by go dostać. Wystarczy kliknąć w link: https://replik.pl/fg/__-7rndDil/, a następnie wpisać hasło i pobrać znajdujący się pod tym linkiem plik. Na hasło pozwalające ten plik pobrać składają się nazwa miejscowości (pisana małą literą), o której dużo piszę w rozdziale 2 książki, oraz podana w stadiach odległość tej miejscowości od Jerozolimy (dwucyfrowa liczba); obie części hasła pisane razem, bez spacji. Alternatywne miejsce pobrania pliku: https://dysk.onet.pl/link/GPJ9N (hasło pozwalające otworzyć plik takie samo jak wyżej).

Tych, którzy książki jeszcze nie mają, zachęcam do jej nabycia. Dzięki niej nie tylko można zaoszczędzić na porannej kawie (patrz: Natan), ale również i na ciastka do popołudniowej kawy, gdyż książka jest do kupienia w korzystnej cenie. Można ją też podarować, wtedy obdarowany dostanie podwójny (książka + prezent bożonarodzeniowy), a nawet potrójny (książka + prezent bożonarodzeniowy + korzyści kawowe) podarunek.

Oto kilka księgarń internetowych, w których książka jest dostępna:

1. Księgarnia Wydawnictwa WAM: https://e.wydawnictwowam.pl/tyt,62519,Kazdy-jest-teologiem.htm (darmowa dostawa od 50 zł, można dokupić inne ciekawe książki);
2. Księgarnia Bonito: https://bonito.pl/k-90199689-kazdy-jest-teologiem (sporo punktów odbioru osobistego);
3. Księgarnia Matras: https://www.matras.pl/kazdy-jest-teologiem-nieakademicki-wstep-do-teologii.html (bardzo wiele punktów odbioru osobistego);
3. Księgarnia Inbook: https://www.inbook.pl/product/show/433697/ksiazka-kazdy-jest-teologiem-rynkowski-robert-m-ksiazki-nauki-humanistyczne-religia.

Oczywiście książkę można znaleźć również w innych księgarniach.

Recenzje

Teologia jest dla ludzi

Każdy, kto kocha Boga, w pewnym sensie jest już teologiem, każdy, kto się modli, jest w pewnym sensie teologiem. Skąd zatem wzięło się przekonanie, że jest ona trudna, abstrakcyjna, a przede wszystkim oderwana od codziennego życia?

Rozmowa wyemitowana w Programie 2 Polskiego Radia w Magazynie Lumen 05.08.2013: Każdy jest teologiem.

Red. Jan Pniewski: Teologia uprawiana jako dyscyplina akademicka, a znajdująca swój wyraz w opasłych specjalistycznych opracowaniach, nie tylko wśród zwykłych wierzących nie budzi większego zainteresowania. Wydaje się bowiem nazbyt trudna, abstrakcyjna, a przede wszystkim oderwana od codziennego życia. Tym samym rodzi się podejrzenie, że teologia do niczego nie jest wierzącemu potrzebna. W najlepszym razie nie pomoże, a w najgorszym – zaszkodzi. Robert Rynkowski w książce zatytułowanej Każdy jest teologiem przekonuje, że w życiu wiarą teologia jest niezbędna. Jeśli zaś się tego nie dostrzega, to dlatego jedynie, że w ostatnich dwóch stuleciach, które były jej szczególnie niechętne, musiała usilnie walczyć o status nauki.

Robert M. Rynkowski: Teologia – tak mi się wydaje – przez to, że była bardzo mocno atakowana jako dziedzina, która w ogóle nie korzysta z osiągnięć nauki, poszła w taką stronę, że zaczęła bardzo mocno podkreślać swój status naukowości, czyli skupiła się na tym, żeby udowodnić, że jest taką nauką jak inne, że tak samo jak inne nauki ma prawo być na uniwersytetach, na uczelniach. W związku z tym stało się tak, że teologii poniekąd uciekł jej przedmiot. Tym przedmiotem, zgodnie z etymologią słowa „teologia” (theos – bóg, logos – nauka), jest Bóg, tak można powiedzieć najprościej. Tymczasem gdy teologia zagłębiła się w takie właśnie poszukiwanie swego statusu jako nauki, stało się tak, jak się wydaje, że jej przedmiot znikł jej z pola widzenia, czyli teologia przestała się zajmować… Może inaczej: nie przestała się zajmować Bogiem, bo oczywiście nim się zajmowała, ale bardziej zależało jej na tym, żeby pokazać właśnie, że jest nauką, że stosuje metody naukowe, że ma prawo być na uczelniach, na uniwersytetach.

Red. Jan Pniewski: Zamiast mówić o Bogu i o wierze, zaczęła mówić o problemach związanych z Bogiem i z wiarą.

Robert M. Rynkowski: Tak. Stało się w zasadzie tak, że za teologię można było uznać cokolwiek, co miało związek z życiem kościelnym, z życiem wiary. Może najlepszym przykładem tego, że teologia ma z tym poniekąd problem, jest to, że często właściwie mamy do czynienia z taką sytuacją, że za teologię uznaje się na przykład prace na temat jakiegoś pojęcia teologicznego w czyimś dziele, za teologię uznaje się prace na temat założyciela danego zakonu – takie prace najczęściej piszą skierowane na studia teologiczne zakonnice czy zakonnicy. Uznaje się, że to wystarczy, że to już jest teologia, i tego, kto napisze taką pracę, określamy jako teologa.

Red. Jan Pniewski: W takim ujęciu tak naprawdę teologię może uprawiać osoba zupełnie niewierząca.

Robert M. Rynkowski: Przy takim założeniu oczywiście można by tak uznać: że teologiem jest osoba, która – dajmy na to – analizuje metodami naukowymi Pismo Święte, czyli bada, jak ono powstawało, jak się kształtowało, jacy byli autorzy. W zasadzie można by kogoś takiego uznać za teologa. To zresztą zaczyna być widoczne na zachodzie Europy, gdy na przykład ktoś, kto traci coś, co nazywamy misją kanoniczną, czyli upoważnienie od biskupa do nauczania teologii, na przykład w wyniku tego, że zaczyna nauczać czegoś, co jest zupełnie niezgodne z nauką Kościoła, jednocześnie uznaje, że dalej ma prawo uprawiać tę naukę, teologię. Może się tak zdarzyć również w wypadku osoby, która w ogóle utraci wiarę.

Red. Jan Pniewski: W swojej książce stara się pan zdefiniować teologię, odwołując się nie do pojęcia nauki, lecz do pojęcia rozmowy.

Robert M. Rynkowski: Tak. W tej książce zależy mi na tym, żeby teologię trochę wyprowadzić z tego jej zamknięcia w murach uczelni, z tego ograniczania się w głównej mierze do analizowania problemów teologicznych, a nie tej relacji, która łączy człowieka z Bogiem. I wydaje mi się, że właśnie zdefiniowanie teologii za pomocą pojęcia rozmowy takie wyprowadzenie teologii poza ten zamknięty krąg problemów teologicznych umożliwia. Definiuję więc teologię jako taką racjonalną rozmowę o Bogu, w której uczestniczy sam Bóg. Uważam, że zastosowanie tego pojęcia rozmowy powoduje, że teologia obejmuje szersze dziedziny niż tylko samą teologię akademicką. Uważam bowiem – to zresztą jest zgodne z tym, co Kościół mówi od wieków – że każdy, kto kocha Boga, w pewnym sensie jest już teologiem, że każdy, kto się modli, jest w pewnym sensie teologiem. Jeśli zatem tak rozumiemy teologię i tak rozumiemy pojęcie teologa, to trzeba by uznać, że teologiem jest nie tylko ten, kto wykłada na uczelni, kto zdobył tytuł naukowy z teologii, ale że teologiem jest na przykład również duszpasterz, również mistyk; zresztą charakterystyczne jest to, że na przykład za doktora Kościoła uważa się Katarzynę ze Sieny, która właściwie nigdy profesjonalnie nie zajmowała się teologią.

Red. Jan Pniewski: Jeżeli definiuje się teologię jako rozmowę, to nie każde mówienie, nawet nie każda rozmowa o Bogu będzie uznana za uprawianie teologii. Jakie warunki musi spełniać rozmowa, żeby można było ją uznać za uprawianie teologii?

Robert M. Rynkowski: Za rozmowę o Bogu, którą można uznać za teologię, uważałbym taką rozmowę, która jest racjonalna. Musi to też być rozmowa o spotkaniu z Bogiem, o Bogu, czyli nie o czymkolwiek, co w jakiś odległy sposób wiąże z teologią, ale właśnie o spotkaniu z Bogiem. Ta rozmowa powinna też być bardzo mocno zakorzeniona w objawieniu, nie jest bowiem teologią mówienie o tym, co mi się wydaje. W takiej rozmowie musi być spełniony warunek obiektywności. To znaczy, że mówię o tym, czego owszem, doświadczam, ale co konfrontuję z objawieniem, z wiarą Kościoła i z tym, czego Kościół naucza.

Red. Jan Pniewski: Dla teologii rozumianej jako rozmowa odnajdujemy podstawy w samej Biblii. Tutaj wymienia pan w pierwszej kolejności opowieść o uczniach idących do Emaus.

Robert M. Rynkowski: Tak. Najprostsze skojarzenie jest takie, że oni po prostu w drodze rozmawiają, mówią o tym, co się wydarzyło. Wiele interpretacji tego opowiadania jest takich, że uczniowie są przestraszeni, że uciekają, że cały świat się zawalił, że niczego już się nie spodziewają, że stracili nadzieję i właściwie jest to ucieczka od Jerozolimy, od problemów. Często to opowiadanie tak bywa rozumiane. Ja spojrzałem na nie trochę inaczej. Myślę – a znajduje to, co pokazuję w książce, oparcie w tekście, to nie jest interpretacja dowolna – że można to opowiadanie zinterpretować tak, że uczniowie nie tyle z Jerozolimy uciekają, ile po prostu wracają do domu. Jednocześnie w drodze rozmawiają o tym wszystkim, co się w Jerozolimie w ostatnich dniach wydarzyło, o tym, że kobiety mówiły o pustym grobie. Oni o tym wszystkim rozmawiają. Oczywiście są w jakiś tam sposób zagubieni, smutni, nie wiedzą, co o tym wszystkim myśleć, co z tym wszystkim zrobić, jednak tekst tego opowiadania wskazuje na to, że mogła to być po prostu bardzo gorąca dyskusja między tymi dwoma uczniami, w czasie której próbowali po prostu zrozumieć, co się tak naprawdę stało. I myślę, że właśnie dlatego, że była to taka rozmowa, dyskusja, a uczniowie nie posługiwali się wtedy fachową terminologią, nie używali fachowych pojęć, właśnie dlatego, że rozmawiali, przyłącza się do nich sam zmartwychwstały Jezus i idzie z nimi, a jednocześnie po drodze wyjaśnia im pisma. W książce kładę duży nacisk na to, że właśnie dlatego Jezus do nich dołączył, że oni rozmawiali, że toczyli ze sobą ten zażarty spór o to, co się tak właściwie stało, jak to zrozumieć. Stawiam nawet tezę, taką może trochę mniej uprawnioną, że byli to po prostu pierwsi chrześcijańscy teologowie. Właściwie Kleofas, bo przypuszczamy, kim mógł być drugi uczeń, ale nie mamy pewności co do jego imienia, być może był to ewangelista Łukasz, powinien być patronem chrześcijańskich teologów.

Red. Jan Pniewski: Teologia pojmowana jako rozmowa zakłada różnorodność punktów widzenia, bo przecież każdy jest inny, ale zarazem zakłada równość wszystkich tych, którzy w rozmowie biorą udział.

Robert M. Rynkowski: Oczywiście ta równość jest trudna do osiągnięcia, bo wiadomo, że jak w każdej rozmowie, jedni są bardziej aktywni, drudzy mniej. Jednak wybrałem pojęcie rozmowy do zdefiniowania teologii właśnie dlatego, że wtedy, gdy rozmawiamy, jesteśmy równi. W takim najgłębszym pojęciu rozmowa zakłada równość, to, że traktujemy się wszyscy z szacunkiem, i mówimy, i słuchamy, bo w rozmowie równie ważne jak mówienie jest słuchanie. Z tym słuchaniem, tak jak w życiu wielu z nas miewa problemy, również w teologii i w ogóle w życiu kościelnym jest problem. Ciągle chcielibyśmy, żebyśmy byli wysłuchiwani, a z tym bywa różnie. Właśnie dlatego, że teologię można by rozumieć jako rozmowę… przy takim rozumieniu można by wyobrazić sobie coś takiego, że te dwa zbiory, czyli teologowie profesjonalni, i teologowie, których określilibyśmy jako nieprofesjonalnych, to nie są dwa rozłączne zbiory, tylko to są zbiory nakładające się na siebie, i że właśnie teologowie nieprofesjonalni słuchają tego, co ma do powiedzenia teologia profesjonalna, a z drugiej strony teologia profesjonalna traktuje, powiedziałbym, poważnie to, co mówią teologowie nieprofesjonalni, czyli tak naprawdę każdy wierzący.

Red. Jan Pniewski: Do takiej rozmowy każdy, kto chce, może się włączyć, co pan bardzo mocno podkreśla, także ci poszukujący, także ci, których określamy mianem eksów, którzy odeszli, dlatego że każdy punkt widzenia w tej rozmowie jest w gruncie rzeczy równoprawny.

Robert M. Rynkowski: Tak, jest równoprawny, bo zakładam, że nawet tak zwany eks, czyli ktoś, kto przestał być księdzem, nie utracił wiary, nie utracił tej relacji z Bogiem, że ciągle Boga w swoim życiu spotyka. Z tymi tak zwanymi eksami bywa ten problem, że oni wolą mówić jednak bardziej o tym, z powodu czego ze stanu kapłańskiego czy w ogóle z Kościoła, bo niekiedy i tak się dzieje, odeszli. To jest zupełnie naturalne, chociaż o wiele cenniejsz i bardziej pożądane byłoby, gdyby więcej mówili o tym, jak doświadczają spotkania z Bogiem, jak to teraz w ich przypadku wygląda, gdyby to swoje doświadczenie przekazywali. Wtedy, jak sądzę, byłaby większa skłonność teologów profesjonalnych, tych, których uznajemy za teologów, bym powiedział, kościelnych, do wysłuchania drugiej strony, do wspólnego namysłu nad spotkaniem z Bogiem, nad relacją człowieka z Bogiem. Myślę, że wtedy byłoby to o wiele łatwiejsze. Wspólna rozmowa, wysłuchanie swoich stanowisk mogłoby pomóc w tym zbliżeniu i być może przełamaniu tych barier, które się pojawiają.

Red. Jan Pniewski: Pojmowanie teologii jako rozmowy w sposób szczególny prowadzi do tego, że teologia w gruncie rzeczy powinna być pluralistyczna; wielość punktów widzenia, które tak naprawdę nie dają się do siebie sprowadzić.

Robert M. Rynkowski: Podkreślam w książce, że teologia powinna być pluralistyczna, to znaczy że w tej rozmowie, czyli w tworzeniu teologii powinny brać udział różne teologie. Wymieniam dla przykładu teologię azjatycką, która ma swoją specyfikę, teologię afrykańską, teologię Ameryki Południowej, tak zwaną teologię wyzwolenia, i również teologię feministyczną. Każda z tych teologii może wnieść do teologii pewien sposób widzenia Boga, rozumienia tego spotkania z Nim, doświadczenia tego spotkania. Myślę, że właśnie wzajemne wsłuchanie się w to, co ma się do powiedzenia o spotkaniu z Bogiem, bardzo by pomogło teologii w pewnym sensie się poszerzyć, lepiej to spotkanie z Bogiem zrozumieć.

Red. Jan Pniewski: O teologii jako rozmowie oraz o jej niezbędności dla życia wiarą mówił dr Robert Rynkowski, autor książki Każdy jest teologiem. Za uwagę dziękuje Jan Pniewski. Do usłyszenia.

Robert M. Rynkowski Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologiiWydawnictwo WAM), Kraków 2012, s. 176.

Recenzje

Świętych obcowanie?

Stajemy przed Bogiem nie jako pojedyncze osoby, tylko jako Kościół. Tą naszą modlitwą czynimy sprawy Kościoła niejako przedmiotem myśli Boga, te nasze sprawy czynimy Jego sprawą. I to jest największa wartość modlitwy, którą zanosimy za zmarłych.

Zapis rozmowy wyemitowanej w Radiu Warszawa 106,2 FM 1.11.2013. Nagranie dostępne na podstronie audycji Labirynt Moralny.

Monika Florek-Mostowska: Serdecznie państwa witam. Audycja „Labirynt moralny” 1 listopada, w dzień Wszystkich Świętych. W studiu świąteczny gość: pan Robert Rynkowski, teolog. Witam serdecznie.

Robert M. Rynkowski: Witam serdecznie.

Monika Florek-Mostowska: Wszystkich Świętych, więc będziemy mówić o świętych obcowaniu. Za każdym razem, kiedy mówimy wyznanie wiary, używamy tego sformułowania, przyznajemy, że wierzymy w świętych obcowanie. W świętych obcowanie, czyli w co?

Robert M. Rynkowski: No właśnie, to jest dobre pytanie, w co tak naprawdę wierzymy. Bo samo to słowo „świętych”… to znaczy „świętych” to jest proste słowo, ale „obcowanie” może dla współczesnego człowieka brzmi trochę tak obco. Nie wiadomo, na czym to obcowanie miałoby polegać. Tymczasem chodzi tu o to, że tak naprawdę to świętych obcowanie to jest po prostu… W ten sposób mówimy niejako o wspólnocie świętych, czyli chodzi tu o to, co w języku kościelnym nazwiemy komunią, a w języku takim bardziej świeckim nazwiemy wspólnotą. Czyli chodzi tu po prostu o wspólnotę świętych.

Monika Florek-Mostowska: Czyli my tutaj, Kościół na ziemi niejako cały czas jesteśmy w tej wspólnocie ze świętymi, czyli tymi, którzy już od nas odeszli i są świętymi, i tymi, którzy przebywają w czyśćcu?

Robert M. Rynkowski: Tak. W teologii jest to ujęte w ten sposób, że to są trzy części jednego Kościoła: ten Kościół, jak go nazywamy, pielgrzymujący, czyli ten na ziemi, Kościół triumfujący, czyli to są ci członkowie Kościoła, którzy są już zbawieni, są w niebie, i Kościół oczyszczający się, czyli to są ci członkowie Kościoła, którzy są w czyśćcu, a więc podlegają oczyszczeniu.

Monika Florek-Mostowska: Czy mając na myśli świętych, używając sformułowania „świętych obcowanie”, mamy na myśli tyko tych, którzy rzeczywiście już triumfują z Panem Bogiem, czy również tych, o których nic nie wiemy, którzy nie zostali oficjalnie kanonizowani? Nasi bliscy, którzy odeszli, a wierzymy, że byli dobrzy, wiemy, że byli dobrymi ludźmi, czy byli świętymi?

Robert M. Rynkowski: Tak. Gdy mówimy o świętych obcowaniu, to mamy na myśli również tych, jak wierzymy bardzo licznych, świętych, którzy nie zostali nam wskazani przez Kościół jako oficjalni święci, kanonizowani. Wierzymy, że tych świętych są wielkie rzesze, tak jak mówi nam o tym Apokalipsa, która mówi o wielkich rzeszach zbawionych, tych właśnie świętych.

Monika Florek-Mostowska: Czasami ktoś opowiada, że przyśniła mu się jego zmarła babcia czy zmarła ciotka, czy zmarły kuzyn albo wręcz zobaczył ją, albo czuł jej obecność, czuł, że idzie za nią po schodach. Czy coś takiego możemy nazwać świętych obcowaniem?

Robert M. Rynkowski: No, tutaj wchodzimy w jakąś… a przynajmniej możemy wchodzić w jakąś psychologię snu, coś, o czym właściwie jako ludzie wierzący… czy ja jako teolog nie jestem w stanie się wypowiedzieć. Sen może brać się z różnych rzeczy, nie jest to jakieś przeżycie czy stan, który byłby źródłem jakiejś wiedzy teologicznej czy wiedzy wiary. W każdym razie jeśli chodzi o samych naszych zmarłych, to oczywiście mamy prawo przypuszczać, że wielu z nich jest świętymi, chociaż Kościół wprost ich tak nie nazywa. Ciekawy może jest przykład św. Augustyna, który nazywany jest, nie bez powodu, ojcem czyśćca. Mimo że to św. Monika, czyli jego matka, niejako wymodliła jego nawrócenie i jego późniejszą świętość, uważał on, że powinien za swoją matkę się modlić. I tak robił, gdyż uważał, że nie do końca znamy wnętrze człowieka i nie do końca wiemy, co w tym wnętrzu jest. Dlatego modlił się za swoją matkę Monikę.

Monika Florek-Mostowska: No właśnie. Bo te trzy formy, trzy strefy Kościoła, ten Kościół pielgrzymujący, Kościół triumfujący i Kościół oczyszczający się, mogą ze sobą współpracować, a wręcz powinny ze sobą współpracować. Tak jak my modlimy się za ten Kościół oczyszczający się, czyli za osoby, które jak przypuszczamy, mogą być w czyśćcu, tak święci tutaj w tym naszym życiu nam pomagają.

Robert M. Rynkowski: No tak. Gdy szedłem tutaj do studia, zastanawiałem się, jak można by to, co dzisiaj, 1 listopada, przeżywamy, i to, co będziemy przeżywali jutro, 2 listopada, jak można by te święta niejako połączyć w jedno i jak można by je wspólnie określić. No bo z jednej strony jest to właśnie takie święto… można by powiedzieć, że to jest święto Kościoła. Bo te trzy części Kościoła, o których tak na co dzień może nie myślimy, tutaj łączą się w jedną całość. Z drugiej strony to jest też, bym powiedział, święto modlitwy. Bo z jednej strony my modlimy się za ten Kościół oczyszczający się, a z drugiej strony prosimy tych członków Kościoła, co do których wiemy, że są już z Bogiem, są blisko Pana Boga, czyli w niebie, żeby oni za nami się wstawiali. Tutaj jest też może tak, że czasami nie do końca dobrze to rozumiemy. Myślimy sobie, pewnie tak się zdarza, że myślimy sobie czasami, że to, że my modlimy się za ten Kościół oczyszczający się, to jest pewne przekupstwo. Bo lubimy… no, dajemy na mszę. No i teraz właściwie co? Ktoś mógłby pomyśleć, że za te pieniądze niejako wykupujemy…

Monika Florek-Mostowska: Dusze z czyśćca, tak jak było handlowanie odpustami kiedyś.

Robert M. Rynkowski: Tak, że to takie handlowanie odpustami. Tymczasem tak nie jest, bo tutaj chodzi o modlitwę, tę modlitwę, którą my niejako przedkładamy Panu Bogu. I to jest tutaj chyba najistotniejsze, to znaczy to, że my pokazujemy, że mimo że jesteśmy, no można by tak powiedzieć, w trzech różnych miejscach, to jednak jesteśmy wspólnotą. Czyli my modlimy się za tych członków Kościoła, którzy są w czyśćcu, a z kolei ci członkowie Kościoła, którzy są już blisko Pana Boga, modlą się za nas. I to jest chyba istota tego: my w tej wspólnej modlitwie jedni za drugich, do której jesteśmy niejako też zobowiązani, pokazujemy Panu Bogu, że jesteśmy jednością, że to nie jest tak, że każdy z nas coś robi sam, że sam się zbawia. My tutaj pokazujemy, że te Kościoły, że my wszyscy to jest pewna jedność.

Monika Florek-Mostowska: Czy można brać pod uwagę takie nasze wewnętrzne przeświadczenie, że mamy się za kogoś modlić? Bo skąd my to wiemy, że trzeba dać za kogoś na mszę? To zwykle jest tak, że osoby bliskie czują, mają jakieś takie wewnętrzne przynaglenie, że powinny za kogoś dać na mszę. Czasem to jest pewnie rytuał, że daje się na mszę. Jak to jest, skąd my to wiemy, że mamy się modlić za daną osobę, że ona nie jest już członkiem tego Kościoła triumfującego?

Robert M. Rynkowski: No, tego właśnie nie wiemy. Tu znowu możemy odwołać się do tego przykładu matki św. Augustyna, o której my wiemy, że jest świętą, a Augustyn, można by powiedzieć, tak to określić, na wszelki wypadek jednak za nią się modlił. Oczywiście ta modlitwa w żaden sposób nie przepada. To nie jest tak, że ktoś już jest w niebie, więc jeśli się za niego modlimy, to modlitwa jest daremna, niepotrzebna, że to jest coś, co nikomu w żaden sposób nie służy. No, to służy nam wszystkim, to służy Kościołowi, to pozwala nam, jeśli rzeczywiście za tych zmarłych się modlimy, wyjść z takiego naszego egoizmu, z takiego zamknięcia, odgrodzenia się, że tylko ja, że tylko myślę tylko o sobie. Tutaj pokazujemy, że myślimy też o innych. To jest też tak, że wtedy stajemy przed Bogiem jako ten cały Kościół, nie jako pojedyncze osoby, tylko jako Kościół. Tą nasza modlitwą czynimy te sprawy Kościoła niejako przedmiotem myśli Boga, te nasze sprawy czynimy Jego sprawą. I myślę, że to jest największa wartość modlitwy, którą zanosimy za zmarłych. Jeśli ci zmarli są w tej fazie oczyszczania, to oczywiście im w ten sposób pomagamy w tym, żeby oni w tej fazie oczyszczenia do końca usunęli z siebie to zamknięcie na innych, to niedopuszczanie do siebie Pana Boga, które miało miejsce na ziemi.

Monika Florek-Mostowska: Ta sfera naszego życia duchowego, religijnego związana z obcowaniem świętych jest chyba taką sferą najbardziej podatną na wpływy zabobonu czy jakiegoś powiązania ze zdarzeniami paranormalnymi, z duchami.

Robert M. Rynkowski: No tak, lubimy przy tej okazji myśleć tak trochę zabobonnie. Może pierwszym tego przykładem jest to, że myślimy sobie… Może nie do końca nawet to sobie uświadamiamy, ale uważamy, że musimy dać na tę przysłowiową mszę i że to coś załatwia niejako automatycznie. To jest nawet tak, że czasem dajemy na mszę, a na tej mszy nie jesteśmy, że myślimy, że przez tę mszę wszystko jest załatwione.

Monika Florek-Mostowska: Czyli w zasadzie to możemy nazwać takim pogańskim rytuałem: składamy ofiarę po to, żeby wykupić kogoś od grzechu, od jakiejś ciemnej strony mocy.

Robert M. Rynkowski: Tak, to można tak o tym myśleć. Być może myślenie w kategorii zabobonu bywa w naszych wizytach na cmentarzach. Nie wiem, czy zawsze, czy wszyscy, czy w ogóle na cmentarzu myślimy o tym, żeby się modlić, czy nie uważamy, że na przykład samo postawienie jakiegoś bardziej tradycyjnego czy bardziej nowoczesnego światełka znicza to jest właściwie wszystko, do czego ta nasza wizyta na cmentarzu powinna się sprowadzać. Tymczasem tym podstawowym celem naszej wizyty na cmentarzu nie jest tylko zamanifestowanie naszej pamięci o zmarłym, która na dodatek dobrze by było, gdyby się wyrażała albo ilością zniczy, albo ilością kwiatów, albo wielkością zniczy. Tym podstawowym celem jest właśnie modlitwa. Tak więc tutaj elementy myślenia zabobonami mogą być. A dodatkowym takim elementem pewnie jest to, że jakoś wydaje nam się fascynująca ta tradycja Helloween. Ona jest jakoś bardziej atrakcyjna, co może jest z takiego ludzkiego punktu widzenia całkiem zrozumiałe. To jest dla nas bardziej atrakcyjne niż ta modlitwa, ten kościół, ta msza, a nawet ta wizyta na cmentarzu.

Monika Florek-Mostowska: Zresztą chyba w naszej kulturze, w której czasy komunizmu zakodowały jednak w naszej świadomości nazywanie święta Wszystkich Świętych świętem zmarłych, ono kojarzy się nam z czymś posępnym, smutnym, a tutaj naraz mamy Helloween. Ale w ostatnich latach pojawia się jeszcze inne zjawisko. My niejako takie zapotrzebowanie na festyn wprowadzamy do naszej kultury chrześcijańskiej, do naszej kultury katolickiej. Teraz coraz częściej organizuje się  we wspólnotach katolickich, w parafiach noc wszystkich świętych albo korowód wszystkich świętych. W szkołach dzieci przebierają się za świętego, organizują tak zwany event związany z tym świętem. To też jest tak naprawdę obce naszej kulturze. Jak pan na to się zapatruje?

Robert M. Rynkowski: Myślę, że to jest w niektórych wypadkach reakcja na Helloween, który uważamy za z gruntu pogański, a może wręcz są tu elementy satanistyczne.  Tak więc to jest pewnie taka reakcja, żeby ten Helloween zastąpić czymś bardziej katolickim. Kiedyś, już jakiś czas temu, rozmawiałem z moim kuzynem, który od dziecka mieszka w Kanadzie,  i on mówił coś takiego, że właściwie różnica między tamtejszymi zwyczajami a tutejszymi polega na tym, że my na cmentarz idziemy z miną posępną, tymczasem tam się idzie z miną wesołą. Ale w tej wesołej minie jest pewne uzasadnienie, dlatego że oczywiście śmierć, odejście bliskich jest czymś tragicznym, bywają wielkie tragedie i to jest zrozumiałe, ale z drugiej strony jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to przecież nie wierzymy w to, że życie tych zmarłych, naszych bliskich zakończyło się pod tymi marmurowymi czy innymi płytami, że są tam ich ciała, ich szczątki doczesne, ale tak naprawdę oni sami są już w innej rzeczywistości, są blisko Pana Boga. Tak więc tak naprawdę jest to też święto radosne i tutaj ta radość jest tutaj całkiem na miejscu. Myślę więc, że… Oczywiście jeśli te zwyczaje, te wprowadzane noce wszystkich świętych i inne mają być taką przeciwwagą dla obchodzenia Helloween, to dobrze, to oczywiście nic złego się nie dzieje… to znaczy nawet całkiem dobrze się dzieje. Ale myślę, że z drugiej strony trzeba też w tym święcie dostrzec pewien element radosny, tak bym go nazwał.

Monika Florek-Mostowska: Niektórzy twierdzą, że bardzo dobrze współpracują ze swoimi znajomymi świętymi, czyli ze swoimi znajomymi, przyjaciółmi, którzy już odeszli. Jeden z moich znajomych mówi, że zawsze prosi zmarłą osobę, którą kochał, żeby patronowała mu w podróży, żeby nie płacił mandatów. I rzeczywiście tak mu się zdarza, że odkąd prosi o opiekę tę osobę, to tych mandatów nie płaci, czuje taką ochronę. Czy to jest też druga strona tego zabobonu? Jak pan sądzi?

Robert M. Rynkowski: No, tu przychodzi do głowy coś takiego, że to bardzo dobrze, jeśli ta osoba zmarła powstrzymuje przed nadmierną prędkością, przed przekraczaniem dozwolonej prędkości. To bardzo dobrze.

Monika Florek-Mostowska: Jeszcze drugie takie anegdotyczne stwierdzenie: żeby nie zapłacić mandatu, warto się modlić za zmarłych policjantów. Podobno to też skutkuje.

Robert M. Rynkowski: [Śmiech] Może, nie sprawdzałem. Być może warto to przetestować. Z tymi świętymi jest, bym powiedział, różnie. Są takie osoby, które twierdzą, że rzeczywiście ze swoimi wybranymi świętymi mają jakąś szczególną więź. Z drugiej strony są też osoby, które mówią, że w zasadzie nie mają jakiegoś specjalnego wybranego świętego, że nawet do swojego patrona jakoś specjalnie się nie zwracają, że takiej więzi z żadnym świętym nie czują, nie mają, a nawet chyba jej nie potrzebują. I to chyba też jest jakaś możliwa do przyjęcia postawa. Powiedziałbym, że to jest tak, że ta więź ze świętymi nie musi być taka bardzo personalna. To, że my jako Kościół się do nich zwracamy, to być może w wypadku niektórych z nas wystarczy. Ale to, że są osoby, które taką więź odczuwają i jej potrzebują, to – tak myślę – bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli to się przekłada na modlitwę.

Monika Florek-Mostowska: A pan ma kontakt z jakimś swoim ulubionym świętym, jest pan w bliskim kontakcie?

Robert M. Rynkowski: No właśnie ja chyba należę do tych, którzy takiego kontaktu nie mają i nie odczuwają jego potrzeby. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, czy powinienem starać się to zmienić. No, nie odczuwam takiej potrzeby. Modlę się za swoich bliskich zmarłych, na ile potrafię. Niewykluczone przecież, że niektórzy z nich są świętymi. Być może niektórzy z nich, mimo że się do nich nie zwracam o to, jakoś mną opiekują. Powiem jednak, że nie jestem w stanie wskazać szczególnie bliskiego mi świętego i też nigdy takiego ulubionego świętego nie miałem. Oczywiście są osoby, które mają ten tytuł świętego, są kanonizowane, które są mi jakoś bardziej bliskie niż inne, ale nie w takim sensie, o jakim tutaj mówimy, że na przykład mogłyby mi oszczędzać płacenia mandatów.

Monika Florek-Mostowska: [Śmiech] W Kościele w zasadzie każdemu dniu patronuje jakiś święty i pewnie takim niezłym sposobem współpracy ze świętymi jest oddawanie w opiekę swojego życia właśnie temu świętemu, który patronuje danemu dniu. To też takie świętych obcowanie, odczuwanie tego obcowania świętych.

Robert M. Rynkowski: No tak, na pewno tak można o tym myśleć. To pewnie też jest jakiś sposób na przybliżenie sobie tych świętych, którzy w wielu wypadkach są dla nas… Może trudność bierze się też z tego, że ci święci, których obrazy mamy, których dni są dzisiaj czy jutro, są dla nas tacy trochę odrealnieni. Właściwie jak patrzymy na obraz świętego, to trudno nam tam zobaczyć takiego realnego człowieka, który żył…

Monika Florek-Mostowska: Tak, który naprawdę żył, bo wydaje, że on gdzieś tam dryfował na chmurach.

Robert M. Rynkowski: Wydaje się, że to jest postać, która nie miała prawdziwego życia. To może było spowodowane też tym, że zwykle proces kanonizacji trwał – tak było wcześniej – niezwykle długo. Upływały czasami setki lat, nim ktoś został kanonizowany. Potem to jego prawdziwe życie trudne było do odtworzenia, potem powstawały też różne legendy, które z rzeczywistością i prawdą życia tych świętych nie miały wiele wspólnego. Ale to, że teraz Kościół w tej kanonizacji jest jednak trochę szybszy, że te postacie w wielu wypadkach żyły za naszych czasów, że niektórzy mieli możliwość spotykania się z nimi, rozmawiania, dla niektórych to byli jak najbardziej realni znajomi, przyjaciele – tak jest na przykład w wypadku Jana Pawła II, który niedługo będzie kanonizowany – pozwala myśleć o tych bardziej realnie, oni są jacyś tacy bliżsi. Tylko że znowu mamy tutaj takie tendencje do idealizowania ich życia, idealizowani ich postaci, takiego trochę odrealniania, więc to niebezpieczeństwo oddalenia tych świętych, chociaż mniejsze, też w pewnym stopniu jest. Ale to, że teraz ci święci są tacy bardziej współcześni, z bardziej współczesnych czasów, pozwala – jak sądzę – jakby być bliżej nich i to też w pewien sposób zbliża te trzy Kościoły, o których mówiliśmy.

Monika Florek-Mostowska: I na koniec zapytam pana, gdzie może być klucz do zadzierzgnięcia takiej dobrej więzi ze świętymi. Czy to duszpasterze powinni naprowadzać nas na tę relację ze świętymi, czy to są takie zupełnie osobiste poruszenia?

Robert M. Rynkowski: Myślę, że oczywiście duszpasterstwo ma tu ogromne znaczenie, ale ważną sprawą jest to, co w tym, co nazywamy świętych obcowaniem, jest najważniejsze. Mówię tutaj o modlitwie. I myślę, że to nawet nie musi być na początku modlitwa do konkretnego świętego. Sama modlitwa, nawet jeśli nie jest skierowana do konkretnego świętego, tę wspólnotę Kościoła triumfującego nam przybliża. I myślę, że ta osobista modlitwa, tylko taka bardziej świadoma, taka nieautomatyczna, świętych przybliża nam najbardziej. Zresztą w każdej Mszy Świętej z tymi świętymi w jakiś sposób obcujemy, do nich się zwracamy. Myślę, że jeśli nawet ktoś nie ma jakiegoś specjalnego, ulubionego świętego i potrzeby zwracania się do świętych, to jednak w modlitwie i w czasie Mszy Świętej tę więź ze świętymi nawiązuje.

Monika Florek-Mostowska: Serdecznie panu dziękuję za to spotkanie. Gościem państwa i moim był pan Robert Rynkowski, teolog. Dziękuję.

Robert M. Rynkowski: I ja bardzo dziękuję.

Operacja „Objawienie”

Woźniak proponuje uczynienie teologii nauką o objawieniu, ale rozumianym jako fakt, czyn i zbawcze wydarzenie. Objawienie może bowiem ufundować właściwie jakąkolwiek ludzką wiedzę o Bogu tylko wtedy, kiedy samo jest przyczyną transformacji ludzkiej podmiotowości bez naruszenia jej sobości

Robert M. Rynkowski, Operacja „Objawienie”, „Znak” 695 (2013) nr 4, s. 120–121.

Usłyszałem kiedyś, że Robert Józef Woźniak jest jak radziecka katiusza: ostrzeliwuje duży teren, ale z celnością nie jest u niego najlepiej. W przypadku Różnicy i tajemnicy (ale i innych jego prac) prawdą jest pierwsza część tej opinii. I to nie tylko dlatego, że krakowski teolog prowadzi czytelnika niczym wytrawny przewodnik przez Pismo Święte, myśl Ojców Kościoła, teologów i filozofów, począwszy od średniowiecznych, a skończywszy na współczesnych. Swoją refleksją, w sposób zamierzony, obejmuje on również – co we współczesnej teologii właściwie się nie zdarza – wiele obszarów teologicznych, które tradycyjnie dzieli się na traktaty: charytologię, soteriologię, trynitologię… Przy tym jest to precyzyjnie zaplanowana operacja, w której Woźniak osiąga wyznaczone cele: po pierwsze, odzyskanie dla teologii kluczowych pojęć teologicznych zaanektowanych i zniekształconych przez nowożytne myślenie; po drugie, wyznaczenie strategii, dzięki której teologia stanie się na powrót zdolna do zdawania sprawy z chrześcijańskiej nadziei, a przez to obecności w dyskursie publicznym.

1. Objawienie tajemnicy

Realizację pierwszego zadania autor rozpoczyna od pojęcia tajemnicy. Pokazuje, że rozumienie teologiczne ma niewiele wspólnego z dzisiejszym potocznym jej pojmowaniem, zgodnie z którym tajemnica jest czymś, co samo w sobie nie stawia żadnych barier ludzkiemu poznaniu. Jej odsłonięcie to tylko kwestia czasu. W teologii tajemnica oznacza Boga w Jego bliskości i jednocześnie oddaleniu, historycznej immanencji i istotowej transcendencji, Boga, który pozostając zaangażowany w dzieje świata, nie jest im w żaden sposób podporządkowany. Jest ona synonimem zbliżenia się Boga do świata bez utraty wszystko przekraczającej wspaniałości. Tajemnica związana jest z osobą Jezusa, w którym dokonuje się nieodwołalne zapoczątkowanie Królestwa Bożego w świecie, to odsłonięcie powszechnej woli zbawczej Boga. Tajemnica to Chrystus jako zbawcze wydarzenie objawienia się Boga w świecie, to zbawcze i rzeczywiste przyjście Boga do ludzkiego świata, odsłonięcie się Boga w Chrystusie. Tajemnica jest stałą, nieusuwalną bliskością inności Boga w świecie.

Podobnego zabiegu jak pojęcie tajemnicy wymaga również objawienie – zdaniem autora są to pojęcia bliskie znaczeniowo, bo objawienie jest istotą tajemnicy – tyle że z innego powodu: zostało ono przejęte przez teologię fundamentalną i ujęte czysto formalnie. Tymczasem objawienie to nie zbiór zdań, ale rzeczywistość relacyjna, nie jest ono jedynie czynem Boga, ale i odpowiedzią człowieka, bez przyjęcia objawienia przez jego ludzkiego adresata nie może dokonać się żaden akt komunikacji ze strony Boga, żadne objawienie. Objawiać oznacza komunikować swoją inność, czynić ją widzialną i możliwą do zrozumienia. Objawienie jest zawsze odsłonięciem się samej różnicy, inności odsłaniającego się, jest jego wyjściem na jaw, które nie neguje, nie znosi jego inności. Jest ono nie tyle próbą zatarcia różnicy, ile jej wyzwoleniem i odsłonięciem. Woźniak wskazuje na jej trynitarne źródło. Różnica, która objawia siebie, jest realna, zachodzi w łonie niczym nieumniejszonej i wszystko przewyższającej jedności Ojca, Syna i Ducha Świętego. Do istoty Boga należy prawdziwa różnica osobowa. Na ile objawienie związane jest z Trójcą, na tyle również łączy się z teologicznym pojęciem różnicy. W Chrystusie jest ono odsłonięciem różnicy osobowej, jaka istnieje w Bogu, jest jej wejściem w świat. Objawienie jest otwarciem przed światem i dla świata własnej tajemnicy Boga, jaką jest Jego trynitarne życie.

2. W relacji z Bogiem

Sobość (podmiotowość, bycie sobą) współcześnie rozumiana jest jako całkowita autonomia, dla której Bóg jest zagrożeniem. Woźniak lokuje ją w perspektywie teologicznej. Wskazuje, że na skutek objawienia sobość nie znika. Co więcej, celem objawiającego działania trynitarnego jest człowiek jako inny od Boga, człowiek w swojej sobości, innymi słowy: jest nim sama ludzka sobość w jej pełni. Bóg objawia siebie, aby człowiek autentycznie mógł stać się sobą. Sobość zakłada różnicę i dystans, odmienność i inność. Objawienie prowadzi do rzeczywistej przemiany człowieka, bez wywłaszczenia go z sobości. Przemiana ta stanowi integralną część chrześcijańskiej tajemnicy, która oznacza ugruntowaną w trynitarnym objawieniu Boga możliwość przebóstwiającego zjednoczenia z Bogiem z zachowaniem różnicy ontologicznej. Do istoty ludzkiej sobości należy jej bycie w relacji z Bogiem: człowiek to ten, kto przeżywa siebie w relacji do Boga, dla którego Bóg to centrum jego autentycznej sobości. Nieniwelujące różnice objawienie jest fundamentem ludzkiego bycia sobą.

Kolejnym odzyskanym dla teologii chrześcijańskiej pojęciem jest apofatyka, która rozumiana jest ostatnio jako twierdzenie o niepoznawalności Boga. Autor uważa, że musi ona być wpisana w ramy teologii objawienia, nie może być odwrotnie. Chrześcijańskie rozumienie apofatyki jest determinowane przez trynitarne objawienie. Apofatyka zabezpiecza nie tyle absolutną niepoznawalność Boga, ile wolność i autonomię zarówno Boga, jak i człowieka. Objawienie nie usuwa niepoznawalności Boskiej substancji (tego, czym jest Bóg, nie można wiedzieć), umożliwia jednak prawdziwościową wiedzę o Bogu, której źródłem jest Jego działanie (można poznać Jego sposób istnienia). Apofatyka zachowuje swoje znaczenie na tyle, na ile strategicznie eksponuje rolę różnicy między Bogiem i stworzeniem, która w żadnym wypadku nie zostaje usunięta przez samo objawienie.

Centrum swojej refleksji – rozciągniętej między tajemnicą a apofatyką, które niewłaściwie rozumiane każą o Bogu milczeć – Woźniak czyni objawienie, pozwalające na zbudowanie wiedzy o Bogu. Nic więc dziwnego, że uważa je za remedium (w tym miejscu przechodzimy do wyznaczenia strategii dalszego działania) na bolączki teologii, głównie jej pokawałkowanie na dziedziny i traktaty, co grozi jej utratą zmysłu organicznej całościowości systemu wiary i odniesienia do egzystencji. Autor proponuje uczynienie teologii nauką o objawieniu, ale rozumianym jako fakt, czyn i zbawcze wydarzenie. Objawienie może bowiem ufundować właściwie jakąkolwiek ludzką wiedzę o Bogu tylko wtedy, kiedy samo, istotnie i uprzednio, jest przyczyną transformacji ludzkiej podmiotowości bez naruszenia jej sobości. Objawienie funduje formalnie teologię jedynie dlatego, że uprzednio kształtuje ludzką sobość do bycia sobą w relacji z Bogiem. Zadaniem dogmatyki jako nauki o Boskim odsłonięciu się jest ukazanie związku między owym trynitarnym odsłonięciem a wewnętrznym życiem Boga i zbawieniem świata. Dzięki takiemu ujęciu sprawy autor znajduje również – co trzeba uznać za cenne – naturalnego sojusznika w filozofii. Jeśli teologia miałaby być nauką o objawieniu, czyli Boskim jawieniu się, to fenomenologia mogłaby stanowić dla niej rodzaj nowej metafizyki.

Książka Woźniaka to ambitny planu operacji zmierzającej do przywrócenia teologii – czego potrzebuje ona jak powietrza – zdolności do syntezy i uczynienia jej teologią egzystencjalną. Różnica i tajemnica fascynuje swoim rozmachem, erudycją i precyzją. Miejmy nadzieję, że strategią w niej zawarta zostanie w niedługim czasie zrealizowana – z korzyścią dla teologii, a co za tym idzie, także i wiary.

Robert M. Rynkowski

Robert J. Woźniak, Różnica i tajemnica. Objawienie jako teologiczne źródło ludzkiej sobości, W drodze, Poznań 2012, s. 560.

Ekologia słowa

Uprawianie ekologii słowa to dzisiaj szczególne zadanie ludzi wierzących. Bez przywrócenia światu słowa niemożliwe będzie przywrócenie mu Boga.

Hans Georg Gadamer uważa, że logo_teologiajęzyk jest jedną z największych zagadek historii ludzkości. Kiedy bowiem się pojawił? Kto pierwszy wypowiedział zdanie? Język jest wynalazkiem Boga. Można dodać, że szczególnym i cennym wynalazkiem.

Oto okazuje się bowiem, że struktury danego języka powodują, że nadaje się on do wyrażenia czegoś w sposób szczególny, że coś dzięki niemu staje się możliwe. Gadamer wskazuje, że język grecki ofiarowuje spekulatywne i filozoficzne możliwości szczególnego rodzaju. Jedna z najbardziej użytecznych właściwości języka greckiego, mianowicie stosowanie rodzaju nijakiego – neutrum, pozwala to, co jest intencjonalnym przedmiotem myśli, przedstawić jako podmiot. Neutrum wskazuje na to, co nie znajduje się ani tu, ani tam, a przecież jest wspólne wszystkim rzeczom. W greckiej poezji neutrum oznacza coś wszechobecnego, jakąś atmosferyczną obecność. Nie chodzi tu o cechę konkretnego bycia, lecz o cechę całej przestrzeni, bytu, w którym jawi się każde bycie. Druga właściwość jest to występowanie łącznika (-), stosowanie słowa „być” dla połączenia podmiotu z orzeczeniem, co tworzy strukturę zdaniową. (Hans Georg Gadamer, Początek filozofii, s. 22) Nie będzie więc nieuprawniony wniosek, że dzięki językowi greckiemu możliwe były narodziny filozofii.

Zasadne wydaje się również przekonanie, że dzięki językowi hebrajskiemu możliwe było powstanie judeochrześcijańskiego rozumienia Boga. To, że w hebrajskim najważniejszy jest czasownik, a prawie wszystkie rzeczowniki pochodzą od czasowników, zapewne miało znaczenie dla tego, jak Izraelici pojmowali Boga. Dla nich był to Bóg objawiający się w historii i czynach, nie zaś abstrakcyjny Absolut. To Bóg żywy, działający, przejawiający się w czynach.

Język jest więc jednym z największych bogactw człowieka, bo jak mówi Abraham J.  Heschel, nigdzie indziej moc ducha nie objawia się tak  otwarcie, bezpośrednio i jawnie, i nigdzie indziej nie jest ona obecna w sposób tak bardzo dotykalny jak w słowach. Język powinien być więc przedmiotem naszej szczególnej dbałości i refleksji. A jednak jest zupełnie inaczej. Kto z nas nie jest skłonny przyznać racji A.J. Heschlowi?

Cóż większość z nas wie o istocie słów? Oddzielone od gleby duszy, nasze słowa nie wzrastają w nas jako owoce wglądu, ale znajduje się je jako zwiędłe frazesy, jakieś odpady na podwórku inteligencji. Dla człowieka naszej epoki nic nie jest tak swojskie i nic tak banalne jak słowa. Są najtańsze, najbardziej nadużywane i najmniej poważane ze wszystkiego. Często bywają przedmiotem zbezczeszczenia. Wszyscy w nich  żyjemy, w nich czujemy i w nich myślimy, ale skoro nie wspieramy ich godności i  niezależności, nie szanujemy ich mocy i znaczenia, stają się zbłąkaną i ulotną odrobiną prochu. Słowa przestały zobowiązywać. Nasza wrażliwość na ich moc nieustannie maleje. A gorzki jest los tych, którzy zupełnie zatracili wyczucie wagi słów, bo słowa nadużyte mszczą się na tym, kto się nadużycia dopuścił. (Człowiek szukający Boga)

Tę gorzką refleksję żydowski myśliciel zapisał kilkadziesiąt lat temu. Co napisałby dzisiaj, gdy słowa stały się nic nie znaczącym szumem? Rzeczywiście gorzki jest nasz los, bo jak takimi słowami mówić do Boga i o Bogu? Może ateizm i niewiara mają swoje źródło w tym, że nie czujemy wagi słów, nie potrafimy mówić o Bogu.

Strzeżenie słowa, uprawianie ekologii słowa to dzisiaj szczególne zadanie ludzi wierzących. Bez przywrócenia światu słowa niemożliwe będzie przywrócenie mu Boga. Droga do tego wiedzie przez osadzenie słów „glebie duszy”. To również szczególne zadanie teologii i teologów, jeśli chcą mówić o Bogu.

Profesor teologii to niekoniecznie teolog?

„W czasach Soboru były wielkie osobistości jak Congar, De Lubac, Balthasar, Rahner czy sam Ratzinger. Dziś mamy tylko profesorów teologii, a nie teologów”  – powiedział kard. Walter Kasper, który sam przez wiele lat był wykładowcą dogmatyki, w wywiadzie dla włoskiego dziennika „Il Foglio” (cyt. za: „Gość Niedzielny„). Można by dodać, że podobnie jest we wszystkich dziedzinach. Bo jakoś tak podskórnie odczuwamy, że nie ma dzisiaj lekarzy, a są profesorowie medycyny, że nie ma filozofów, a są profesorowie filozofii… I jakoś wyczuwamy, że chodzi tu o coś więcej niż uzyskanie tytułu profesora z danej dziedziny, że nawet bycie świetnym profesorem filozofii nie oznacza bycia świetnym filozofem.

Czym jednak różni się teolog od profesora teologii, skoro jeden i drugi z reguły pracuje na uczelni, wykłada, ma studentów, pisze książki? Są tacy teologowie akademiccy, „którzy od lat czytają te same skrypty, a za pisanie artykułów i książek zabierają się jedynie po to, aby robić kolejne stopnie „naukowej kariery”” (ks. D. Kowalczyk, W poszukiwaniu teologii i teologów). Prowadzą nudne wykłady, w których nikt nie chce uczestniczyć. Inni z kolei, chociaż piszą ciągle i ciągle zmieniają swoje skrypty, zdają się być przekonani, że bycie teologiem sprowadza się do pisania prac typu: problem X u autora Y. Są też teologowie produkujący zawierające tysiące przypisów opasłe tomy, których oprócz autorów i paru szczególnie zainteresowanych osób nikt nie przeczyta. Koncentrują się na abstrakcyjnych problemach teologicznych, publikują prace zrozumiałe dla wąskiego grona specjalistów.

Tymczasem oczekujemy, że teologia będzie pasjonującą rozmową na tematy najważniejsze dla naszego bycia w świecie. Spodziewamy się, że teolog przedstawi całościową wizję bycia człowieka w świecie spotkania z Bogiem, taką, jakich dokonali właśnie wspomniani Rahner czy Balthasar. Słusznie oczekujemy, że teolog pokaże piękno Boga i Kościoła, będzie mówił do Boga, z Bogiem i o Bogu.  Jesteśmy przekonani, że to, co mówi teolog, będzie ważne nie tylko dla postępu nauki, ale również dla naszego życia, dla naszych pytań, które stawiamy sobie na co dzień. Tego właśnie spodziewamy się po teologu, który jest kimś więcej niż tylko profesorem teologii. I dlatego bycie kimś więcej niż tylko profesorem jest tak ważne w teologii.

Jak każde generalizowanie, tak i to dokonane przez kard. W. Kaspera w wielu wypadkach może okazać się krzywdzące. Ma ono jednak tę zaletę, że zdecydowanie wskazuje problem. Przy tym jest ono o tyle istotne, że często uważa się, że to tylko polska teologia, której jak do tej pory nie udało się dać Kościołowi teologów tej miary co wspomniani, ma swoje słabości. Niemiecki dogmatyk wskazuje, że problem dotyka całej współczesnej teologii. Tym istotniejsze jest więc szukanie sposobów wyjścia z impasu (pewne propozycje przedstawiam w książce Każdy jest teologiem). A wbrew pozorom jest to istotne dla każdego, nie tylko dla zawodowych teologów.

Pytanie bez odpowiedzi?

Możemy w nieskończoność litować się nad losem much łapanych w sieci. Tylko co nam to da?

Stawiamy pytania o zło świata. Dlaczego ludzie cierpią? Dlaczego się zbijają? Dlaczego są choroby i różnego rodzaju katastrofy naturalne? Dlaczego zwierzęta się pożerają? Pytania te kierujemy również do Boga. Problem jednak w tym, że często do Boga… który żadną miarą nie może na nie odpowiedzieć. Bo czy nie jest przypadkiem tak, że nasze pytania o zło świata stawiamy Bogowi filozofów, nieporuszonemu poruszycielowi, który z natury rzeczy nam nie odpowie? Że stawiamy je Bogowi Spinozy, nie zaś Bogowi Abrahama, Izaaka, Jakuba?

Być może zachowujemy się jak Hiob i jego przyjaciele. Andre Lacocque (por. Paweł Śpiewak, „Bóg natury i Bóg historii”) uważa, że kluczem do zrozumienia Księgi Hioba są używane w niej imiona Boga. Jest on określany jako Elochim, Szadaj, a najczęściej Eloach (41 razy) oraz najstarszym z imion – El (55 razy). Pod imieniem JHWH, zwanym Tetragrammatonem – imieniem tajemnym, niewypowiadanym – pojawia się dopiero jako ten, który mówi z wichru. Przyjaciele Hioba, nie-Izraelici, odnosili się do Boga jako do Eloach, El, Szadaj. Byli monoteistami i wierzyli, że Bóg zawsze nagradza osoby cnotliwe, z czego wynika, że za swoje cierpienia Hiob musi sam odpowiadać. Sprawiedliwość pojmowali jako element konstytutywny dla porządku kosmicznego. Hiob mógł tylko bronić się przed zarzutami, że coś złego uczynił. Stawiał Bogu dawnych imion nierozumne i niemożliwe do spełnia wymagania. Przełom następuje wtedy, gdy objawia się nie „Bóg filozofów i uczonych”, ale Bóg Przymierza, Bóg Izraela, JHWH. Tylko wtedy Hiob może wyjść poza dotychczasowe schematy myślenia, w których był zatrzaśnięty. Bóg w wichrze oznajmia, że w stworzonym przez El wszechświecie nie ma sprawiedliwości, że słońce świeci tak samo na grzesznych, jak cnotliwych, że deszcz pada na pustynię bez żadnej przyczyny i celu. Trzeba się ugiąć przed faktami. Dobry nie znajdzie nagrody w tym porządku. Bogobojność nie zostanie nagrodzona, a być może takich nagród w ogóle nie ma. Przyroda ma swoje reguły, ale w tym obrazie ładu z pewnością nie ma miejsca na etykę. Natura nie odpowiada na ludzkie modlitwy. Hiob błądził, gdy wyzwał Boga El, Eloach na sąd. Oni nie odpowiedzieli. Odpowiedział JHWH i to On zwrócił się do osoby ludzkiej, podjął z nią dialog. Dopiero JHWH okazał swoje całkowite zobowiązanie wobec stworzonego. Przeskok od Boga tamtych imion do Boga Tetragrammatonu jest skokiem od religijności naturalnej do religijności przymierza, religijności żywej, historycznej.

Czy więc nie jest tak, że tak jak Hiob zadajemy pytania El, Eloach, nie zaś JHWH? Że stawiamy je nieporuszonemu poruszycielowi, nie zaś poruszonemu nieporuszycielowi, który w Jezusie Chrystusie przed nami przeszedł drogę zła i cierpienia? Ale jeśli tak jest, to trudno się dziwić, że nie otrzymujemy odpowiedzi.

Czy jednak coś zmienia to, gdy pytania postawimy Bogu żywemu? Bo czy ktokolwiek otrzymał odpowiedź? Nawet odpowiedź otrzymana przez Hioba nie wyjaśnia wszystkiego, jeśli chodzi o zło świata.

Odpowiedź taką uzyskali prorocy, choć raczej nie zadawali Bogu pytań o przyczynę cierpień świata zwierzęcego. Jak bowiem czytamy w Księdze Amosa:

Bo Pan Bóg nie uczyni niczego,
nie objawiwszy swej tajemnicy
sługom swym, prorokom. (Am 3, 7)

Jaka była ta odpowiedź? Taka, że człowiek Boga obchodzi, że Bóg troszczy się o człowieka, że człowiek jest Bogu potrzebny, że nic, co dotyczy dobra i zła, nie jest trywialne w oczach Boga. No i że człowiek w tym niesprzyjającym świecie powinien odpowiedzieć Bogu swoim życiem. O tym, jak powinna wyglądać ta odpowiedź, pisze o. Jacek Salij:

Jedynie słuszną postawą jest oczywiście postawa trzecia: zbieranie w sobie energii ducha, żeby nie poddawać się złu, wysuszać jego źródła, nie dać się załamać nieszczęściom które mnie samego spotykają, starać się pomagać bliźniemu w dźwiganiu jego losu. Człowiek, który wybrał postawę trzecią, szybko się przekonuje, że wcale nie jesteśmy tacy bezradni wobec potęgi zła, jakby się początkowo mogło wydawać. Jest w nas tajemnicza zdolność unieszkodliwiania głównego żądła, jakie potęga zła przeciw nam kieruje. Od strony zewnętrznej biorąc, wszystko może być nadal straszne: nadal podlegamy chorobom i nieszczęściom, nadal jesteśmy bezsilni wobec przemocy i złej woli, nadal doświadczamy trwogi i przygnębienia. Jeśli jednak dostąpiliśmy udziału w tej cudownej mocy duchowej, która przeprowadza człowieka bezpiecznie przez największe nawet utrapienia, i jeśli podajemy dłoń udręczonemu człowiekowi — żadne zło nie osiągnie swojego najgroźniejszego celu: Żadne zło nie jest wówczas w stanie uczynić mojego życia bezsensownym. A to jest bardzo wiele, to jest naprawdę bardzo wiele. To dowodzi, że po stronie człowieka doświadczającego cierpień i niesprawiedliwości stanął sam Bóg.

Możemy w nieskończoność litować się nad losem much łapanych przez pająki w sieci i przyklejających się do lepów. Tylko co nam to da?

Skąd zło?

Jest takie Boże marzenie, w którym upodobali sobie prorocy… […] To marzenie o świecie pozbawionym zła.

„Kiedyś w pewnej dyskusji z ateistą jego głównym argumentem było to, że chrześcijaństwo nie daje żadnej sensownej odpowiedzi na pogodzenie dobrego Boga ze złem w świecie. Nie było mowy o złu jakie wyrządza sam człowiek, bo tu jakby nie ma wątpliwości, ale właśnie argument, który przytaczałam wyżej – dlaczego świat jeszcze przed człowiekiem oparty był o system zabijania się wzajemnego różnych gatunków, w którym momencie świat pękł, bo przecież nie po tym pierwszym grzechu, gdyż przemoc i śmierć zadawana sobie wzajemnie była już przed człowiekiem i dlaczego Bóg dopuszcza katastrofy naturalne, skoro zadają Jego stworzeniu taki ból” – pisze Estel w dyskusji na blogu teologicznym „Kleofas„. Istotnie, to pytania, na które nie ma łatwej odpowiedzi. Pewną podpowiedzią może być jednak to, co napisał Abraham J. Heschel, żydowski teolog i filozof (Człowiek szukający Boga):

Jeżeli „modlitwa jest wyrazem poczucia zadomowienia człowieka we wszechświecie”, to psalmista, który wołał: „Gościem jestem na ziemi, nie kryj przede mną Twoich przykazań” (Ps 119, 19; BP), wykazał się poważnym niezrozumieniem istoty modlitwy. Przez wiele wieków żydowskiej historii prawdziwą motywacją modlitwy nie było „poczucie zadomowienia we wszechświecie”, ale poczucie, że wszechświat nie jest naszym domem. W obliczu tylu cierpień i zła, wobec niezliczonych przykładów życia niezgodnego z wolą Bożą można było tylko doświadczyć niepokoju i poczucia duchowej bezdomności. Doświadczenie to wzmagało się, w miarę jak człowieka ożywiała świadomość, że sam Bóg jest bezdomny we wszechświecie, gdzie ludzie sprzeciwiają się Jego woli i odrzucają Jego królestwo.
Szechinah [obecność Boga – R.M.R] jest na wygnaniu, świat jest zepsuty, sam wszechświat nie jest u siebie w domu… Modlić się to przywracać Boga światu, to ustanawiać Jego królestwo, to umożliwić szerzenie się Jego chwały.

Może więc rzeczywiście cały problem w tym, że wszechświat nie jest naszym domem. Tymczasem my uparcie chcemy być przekonani, że jest inaczej. Chcemy, żeby było nam tu, w tym wszechświecie bez Boga, dobrze i przyjemnie. Tak jednak być nie może, bo przecież i wszechświat nie jest u siebie w domu. Zresztą w sumie dziwne to pragnienie, by czuć się wyśmienicie tam, gdzie jesteśmy tylko przez chwilę, tam, gdzie nie jest nasz prawdziwy dom.

Czy to wyjaśnia genezę zła? Raczej nie. Wyjaśnia tylko tyle, że nie mamy się co za wiele spodziewać po wszechświecie. Czy takie widzenie wszechświata musi prowadzić do rozpaczy? Też nie, gdyż po pierwsze, możemy przywracać Boga światu, a po drugie, nasz Bóg troszczy się o człowieka, bo jak mówi Heschel: „Być znaczy reprezentować, a tym, co przedstawiają sobą istoty ludzkie, jest wielkie misterium partnerstwa Boga i człowieka. Bóg potrzebuje istot ludzkich”. Mówi wręcz, że „Izrael to nie jest lud, który zdefiniował religię, ale świadkowie Bożej troski o człowieka”. Chrześcijanin oczywiście może pójść dalej i odwołać się do Chrystusa jako przejawu najwyższej troski o człowieka. Człowiek nie jest więc sam w tym świecie zła. Co więcej, jako chrześcijanie możemy powiedzieć, że Bóg bierze całe zło na siebie. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko w tym świecie, takim, jaki on jest, odpowiedzieć swoim życiem Bogu, który nas szuka. Jeszcze jeden cytat z Heschela:

Pomiędzy świtem dzieciństwa a bramą śmierci człowiek napotyka rzeczy i wydarzenia, z których wydobywa się szept prawdy, niewiele głośniejszy niż cisza, ale wytrwale nawołujący. A jednak człowiek słucha bardziej swoich lęków i kaprysów niż delikatnych próśb kierowanych przez Boga. Pan wszechświata błaga o łaskę człowieka, ale człowiek nie uświadamia sobie tej współzależności.

Jest takie Boże marzenie, w którym upodobali sobie prorocy i rabini, a które wypełnia nasze modlitwy i przenika akty prawdziwej pobożności. To marzenie o świecie pozbawionym zła dzięki łasce Bożej, a także wysiłkowi człowieka, dzięki ludzkiemu zaangażowaniu w ustanowienie królestwa Bożego na świecie. Bóg czeka na to, że zbawimy świat.

Gdybyśmy tylko potrafili usłyszeć wołanie Boga i na nie odpowiedzieć…

Czy każdy może być teologiem?

Kiedy napotykano na jakiś problem, od razu pojawiał się tłum ludzi, dzielących się opiniami, argumentami, cytatami. […] Żołądki były puste, domy ogołocone, ale umysły przepełnione były bogactwem Tory.

W książce Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii przekonuję, że każdy, kto kocha Boga, każdy, kto się modli, w pewnym sensie jest już teologiem. A jeśli tak rozumie się teologię i tak rozumie się pojęcie teologa (w książce definiuję ją jako taką racjonalną rozmowę o objawionym Bogu, w której uczestniczy sam Bóg), to trzeba uznać, że teologiem jest nie tylko ten, kto wykłada na uczelni, kto zdobył tytuł naukowy z teologii, ale że jest nim na przykład zwykły ksiądz, katecheta, ostatecznie zaś każdy wierzący. Nie jest to zresztą nic nadzwyczajnego, bo  doktorem Kościoła jest np. Katarzyna ze Sieny, która właściwie nigdy profesjonalnie nie zajmowała się teologią.

Ks. prof. Dariusz Kowalczyk, chociaż niezbyt skłonny do tego, by za pierwsze teolożki uznać sprzeczające się w V w., w czasie burzliwych synodów i soborów chrystologiczno-trynitarnych, o naturę Jezusa przekupki na targach, stwierdza jednocześnie:

Z drugiej strony cieszyłbym się, gdyby teolodzy potrafili trafić ze swą teologią „pod strzechy” i wzbudzić dyskusje teologiczne wśród tzw. zwyczajnych ludzi.

Czy jednak „zbłądzenie” teologii pod strzechy (dzisiaj tym strzechami może być internet) jest w ogóle możliwe? Czy możliwe jest, żebyśmy u cioci na imieninach zamiast o życiu celebrytów rozmawiali o unii hipostatycznej? Tak, to prawda, często wydaje się to niemożliwe, zwłaszcza gdy widzi się zainteresowanie tematami wiary (jeśli nie dotyczą one kwestii moralnych) i poziom dyskusji o nich. Pewną nadzieję, że nie są to tylko puste mrzenia, by każdy wierzący był teologiem, daje dokonany przez Abrahama J. Heschela opis zaangażowania w rozważanie kwestii religijnych Żydów żyjących na ziemiach polskich:

Ponieważ ideały aszkenazyjskich Żydów podzielane były przez wszystkich, relacje pomiędzy różnymi częściami społeczności – między uczonym a ignorantem, studentem jeszywy [wyższa szkoła nauk talmudycznych] a kupcem – miały zażyły organiczny charakter. Przyziemność wieśniaków, serdeczność zwykłych ludzi i duchowa prostota magidów (niezawodowych kaznodziejów) przenikały do bet hamidraszu – domu modlitwy, który był także domem studiów i nauczania. Robotnicy, chłopi, tragarze, rzemieślnicy, sklepikarze – wszyscy byli partnerami w Torze. Magidzi – termin ten prawdopodobnie powstał w Europie Wschodniej – do nikogo nie zwracali się o dyplomy. Czuli się upoważnieni przez Boga, aby być kaznodziejami moralności. (Abraham J. Heschel, „Pańska jest ziemia”, s. 43n)

Biedni Żydzi, których dzieci znały tylko smak „ziemniaków w niedzielę, ziemniaków w poniedziałek, ziemniaków we wtorek” zasiadali tam jak intelektualni magnaci. Posiadali oni całe skarby myśli, bogactwo wiadomości, idei i powiedzeń wielu stuleci. Kiedy napotykano na jakiś problem, od razu pojawiał się tłum ludzi, dzielących się opiniami, argumentami, cytatami. Ktoś stawiał pytanie na temat spornego fragmentu z dzieła Majmonidesa – i wielu rywalizowało ze sobą w próbach wyjaśnienia go, prześcigając się nawzajem w subtelności dialektycznych rozróżnień lub w cytowaniu nieoczywistych źródeł. Żołądki były puste, domy ogołocone, ale umysły przepełnione były bogactwem Tory. (Abraham J. Heschel, Pańska jest ziemia, s. 51n)

Skoro było to możliwe w polskich Żydów, dlaczego miałoby nie być możliwe u polskich chrześcijan?

Operacja „Objawienie”

Woźniak proponuje uczynienie teologii nauką o objawieniu, ale rozumianym jako fakt, czyn i zbawcze wydarzenie. Objawienie może bowiem ufundować właściwie jakąkolwiek ludzką wiedzę o Bogu tylko wtedy, kiedy samo jest przyczyną transformacji ludzkiej podmiotowości bez naruszenia jej sobości

Usłyszałem kiedyś, że Robert Józef Woźniak jest jak radziecka katiusza: ostrzeliwuje duży teren, ale z celnością nie jest u niego najlepiej. W przypadku Różnicy i tajemnicy (ale i innych jego prac) prawdą jest pierwsza część tej opinii. I to nie tylko dlatego, że krakowski teolog prowadzi czytelnika niczym wytrawny przewodnik przez Pismo Święte, myśl Ojców Kościoła, teologów i filozofów, począwszy od średniowiecznych, a skończywszy na współczesnych. Swoją refleksją, w sposób zamierzony, obejmuje on również – co we współczesnej teologii właściwie się nie zdarza – wiele obszarów teologicznych, które tradycyjnie dzieli się na traktaty: charytologię, soteriologię, trynitologię… Przy tym jest to precyzyjnie zaplanowana operacja, w której Woźniak osiąga wyznaczone cele: po pierwsze, odzyskanie dla teologii kluczowych pojęć teologicznych zaanektowanych i zniekształconych przez nowożytne myślenie; po drugie, wyznaczenie strategii, dzięki której teologia stanie się na powrót zdolna do zdawania sprawy z chrześcijańskiej nadziei, a przez to obecności w dyskursie publicznym.

Objawienie tajemnicy

Realizację pierwszego zadania autor rozpoczyna od pojęcia tajemnicy. Pokazuje, że rozumienie teologiczne ma niewiele wspólnego z dzisiejszym potocznym jej pojmowaniem, zgodnie z którym tajemnica jest czymś, co samo w sobie nie stawia żadnych barier ludzkiemu poznaniu. Jej odsłonięcie to tylko kwestia czasu. W teologii tajemnica oznacza Boga w Jego bliskości i jednocześnie oddaleniu, historycznej immanencji i istotowej transcendencji, Boga, który pozostając zaangażowany w dzieje świata, nie jest im w żaden sposób podporządkowany. Jest ona synonimem zbliżenia się Boga do świata bez utraty wszystko przekraczającej wspaniałości. Tajemnica związana jest z osobą Jezusa, w którym dokonuje się nieodwołalne zapoczątkowanie Królestwa Bożego w świecie, to odsłonięcie powszechnej woli zbawczej Boga. Tajemnica to Chrystus jako zbawcze wydarzenie objawienia się Boga w świecie, to zbawcze i rzeczywiste przyjście Boga do ludzkiego świata, odsłonięcie się Boga w Chrystusie. Tajemnica jest stałą, nieusuwalną bliskością inności Boga w świecie.

Powyższy tekst to fragment opublikowanej w kwietniowym „Znaku” mojej recenzji książki Roberta J. Woźniaka Różnica i tajemnica. Objawienie jako teologiczne źródło ludzkiej sobości, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2012.