Archiwum autora: Robert M. Rynkowski

Syn Boży i Duch Święty

Z „ziemskiej” Ewangelii Marka przechodzimy w liturgii na chwilę do „duchowej” i teologicznej Ewangelii Jana. I dalej pozostajemy w podjętym w poprzednią niedzielę wielkim teologicznym temacie Trójcy Świętej. Jan Ewangelista mówi o preegzystencji Jezusa, o tym, że istniał on wcześniej niż Jan.

A sprawiedliwi?

Ze słów Jezusa o lekarzu dość łatwo wyciągnąć wniosek, że Jezus w jakiś sposób odrzuca nauczycieli Pisma. A jednak tekst zdaje się sugerować, że sprawiedliwi już zostali powołani, a teraz trzeba powołać jeszcze grzeszników.

Nie łoże…

Dobrze, że w V wydaniu Biblii Tysiąclecia nie mówi się już o łożu, na którym miano spuścić paralityka przed Jezusa. Oczywiście było to coś znacznie lżejszego.

swieta_2013

Nasz Pan, Jezus Chrystus, wiekuisty Stwórca wszystkiego, dzisiaj, rodząc się z Matki, stał się naszym Zbawicielem. Dobrowolnie narodził się dla nas w czasie, aby nas doprowadzić do wiecznych czasów Ojca. Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem. Aby człowiek mógł pożywać chleb aniołów, Pan aniołów stał się dzisiaj człowiekiem. (św. Augustyn)

Żebyśmy nieustannie pamiętali, jaki jest nasz cel,
a także radosnych i błogosławionych świąt Bożego Narodzenia
oraz wszelkiej pomyślności w nowym roku

życzy
Robert Rynkowski

Bp A. Czaja o teologii

Bp A. Czaja wyraża zadowolenie, że w teologii współczesnej prowadzone są badania na poziomie meta-, a więc podejmowane jest pytanie, czym jest teologia. Jego rozmowa przekonuje, że rzeczywiście jest to pytanie podstawowe, że decyduje o kształcie teologii.

Teolog to człowiek, który służy wiernie Prawdzie Objawionej. Wiernie i z miłością. Tę Prawdę trzeba bowiem traktować osobowo, ponieważ jest nią Jezus. A więc to służba głęboka, niełatwa, ale piękna. Musi być to służba wierna. Teolog, żeby mógł służyć, powinien mieć przestrzeń wolności, cechować się odpowiedzialnością, która domaga się respektowania wykładni Magisterium, jaka jest mu dana. Została mu ona dana nie po to, by temperować jego poszukiwania, ale by być mu światłem. Dzięki temu ma on zawsze jakiś punkt oparcia.

Tak teologa, a więc w pewien sposób również i teologię, definiuje bp Andrzej Czaja w rozmowie z Tomaszem Ponikłą, opublikowanej w miesięczniku „Znak” (grudzień 2013, nr 703). Jest to definicja o tyle ważna, że pada z ust z jednej strony doktora habilitowanego teologii dogmatycznej, a z drugiej przewodniczącego Komisji Nauki Wiary w ramach Konferencji Episkopatu Polski. Budzi jednak ona moim zdaniem pewne wątpliwości.

Nie chodzi o to, że akcent zdaje się w niej położony na wierności wykładni Magisterium, bo na uwagę T. Ponikły, że istotna jest wierność Prawdzie, nie zaś Magisterium, bp A. Czaja odpowiada: Prawda objawiona zawiera treści, które Bóg nam daje w osobistych z Nim relacjach. Jednym z podmiotów przyjęcia tej Prawdy jest też teolog. Nie chodzi tu zatem o komentowanie dokumentów Magisterium. Nie ma też powodu, by domagać się, aby wyznacznikiem dobrej teologii miało być kwestionowanie nauki Magisterium, podważanie dogmatów przez teologów celebrytów.

Za mało jednak, moim zdaniem, w tej definicji, jak i w całej rozmowie bpa A. Czai pierwszorzędnego przedmiotu teologii, czyli Boga, i relacji z tym przedmiotem, a także szerszego spojrzenia na teologię, to znaczy próby zobaczenia w niej czegoś więcej niż tylko przedmiotu wykładanego na uczelniach.

Zacznijmy od Boga i relacji z nim. Wiadomo, że teologia to przedmiot akademicki. Z  drugiej jednak strony nie można ignorować faktu, że jej „przedmiot” jest zupełnie inny niż przedmioty pozostałych nauk i że nie można w zasadzie być teologiem bez relacji z tym „przedmiotem”, bez dialogu z Nim. A jednak w rozmowie nie pojawia się nic na ten temat. Jest to, jak się wydaje, konsekwencja tego, że w zaproponowanej definicji nie ma mowy o pierwszorzędnym przedmiocie teologii: o Bogu.

Znamienne jest też to, że właściwie w całej rozmowie nie pojawia się próba dostrzeżenia istnienia teologii poza murami uczelni. Oczywiście rozmowa dotyczy teologii uczelnianej, ale w pojawiają się niej pytania dotyczące hermetyczności języka teologii czy teologów świeckich, które mogłyby być doskonałą okazją do podjęcia kwestii teologii nieuczelnianej. Daje do myślenia chociażby odpowiedź na pytanie, dlaczego na uczelniach zatrudniani są raczej księża niż świeccy: świeccy w teologii niekiedy zachowują się nieodpowiedzialnie, częściej jeszcze mało roztropnie, a wskutek tego sklerykalizowane rady wydziałów są wobec nich nieufne. Rzecz jasna trudno domagać się, by był jakiś parytet zatrudniania, tyle że w rozmowie nie pojawia się żaden pomysł na świeckich teologów (i nie tylko na nich, bo przecież również nie wszyscy księża będą pracowali na wydziałach teologicznych), którzy na wydziałach teologicznych nie będą pracować, również tych niezachowujących się nieodpowiedzialnie. Czy mają oni zapomnieć to, czego się nauczyli, zajmując się zupełnie czymś innym niż teologia?

Charakterystyczne jest też to, że w rozmowie nie pojawia się kwestia uprawiania teologii, nie zaś podejmowania problemów teologicznych. Bp A. Czaja wyraża na przykład zadowolenie, że jego student piszący o dwóch teologach afrykańskich wybrał się do nich, by w bezpośrednich rozmowach lepiej poznać ich poglądy. To oczywiście powinno cieszyć. Wydaje się jednak, że trzeba by zadać pytanie, do czego taka praca teologiczna ma prowadzić. Przybliżenie poglądów tych teologów jest na pewno dużo bardziej wartościowe niż napisanie pracy o ojcu założycielu własnego zgromadzenia, jest wyrazem dialogu z inną teologią niż europejska. Trzeba jednak zapytać, co będzie dalej. Czy autor tej pracy napisze kolejną pracę, tym razem na przykład o teologach azjatyckich, czy też podejmie próbę przedstawienia własnego rozumienia spotkania z Bogiem i za jakiś czas to teologowie afrykańscy przyjadą, by lepiej poznać jego poglądy?

Bp A. Czaja wyraża zadowolenie, że w teologii współczesnej prowadzone są badania na poziomie meta-, a więc podejmowane jest pytanie, czym jest teologia. Jego rozmowa przekonuje, że rzeczywiście jest to pytanie podstawowe, że decyduje o kształcie teologii.

Bożonarodzeniowy prezent dla czytelników

Kolejne święta Bożego Narodzenia, święta Wcielenia Boga… Przypominają nam one o czymś niesłychanym: oto Bóg stał się człowiekiem. Dlaczego jednak to zrobił? Czy przyczyną był tylko grzech człowieka? A może chodziło Mu o doświadczenie bycia stworzeniem? Czego jednak w kondycji człowieka Bóg mógłby chcieć doświadczyć najbardziej i po co?

To fragment bożonarodzeniowego prezentu dla czytelników mojej książki Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii (Wydawnictwo WAM, Kraków 2012, s. 176), prezentu, którego zapasy się nie wyczerpią, nie trzeba też być jedną z 5 pierwszych osób, by go dostać. Wystarczy kliknąć w link: https://replik.pl/fg/__-7rndDil/, a następnie wpisać hasło i pobrać znajdujący się pod tym linkiem plik. Na hasło pozwalające ten plik pobrać składają się nazwa miejscowości (pisana małą literą), o której dużo piszę w rozdziale 2 książki, oraz podana w stadiach odległość tej miejscowości od Jerozolimy (dwucyfrowa liczba); obie części hasła pisane razem, bez spacji. Alternatywne miejsce pobrania pliku: https://dysk.onet.pl/link/GPJ9N (hasło pozwalające otworzyć plik takie samo jak wyżej).

Tych, którzy książki jeszcze nie mają, zachęcam do jej nabycia. Dzięki niej nie tylko można zaoszczędzić na porannej kawie (patrz: Natan), ale również i na ciastka do popołudniowej kawy, gdyż książka jest do kupienia w korzystnej cenie. Można ją też podarować, wtedy obdarowany dostanie podwójny (książka + prezent bożonarodzeniowy), a nawet potrójny (książka + prezent bożonarodzeniowy + korzyści kawowe) podarunek.

Oto kilka księgarń internetowych, w których książka jest dostępna:

1. Księgarnia Wydawnictwa WAM: https://e.wydawnictwowam.pl/tyt,62519,Kazdy-jest-teologiem.htm (darmowa dostawa od 50 zł, można dokupić inne ciekawe książki);
2. Księgarnia Bonito: https://bonito.pl/k-90199689-kazdy-jest-teologiem (sporo punktów odbioru osobistego);
3. Księgarnia Matras: https://www.matras.pl/kazdy-jest-teologiem-nieakademicki-wstep-do-teologii.html (bardzo wiele punktów odbioru osobistego);
3. Księgarnia Inbook: https://www.inbook.pl/product/show/433697/ksiazka-kazdy-jest-teologiem-rynkowski-robert-m-ksiazki-nauki-humanistyczne-religia.

Oczywiście książkę można znaleźć również w innych księgarniach.

Recenzje

Słowo jak miecz

Są autorzy, których słowo, jest ostrzejsze niż miecz. Do takich należy niewątpliwie żydowski filozof i teolog Abraham Joshua Heschel. Jego bogate życie można opisać w kilku zdaniach. Urodził się 11 stycznia 1907 r. w Warszawie, a zmarł 23 grudnia 1972 r. Jest uznawany za jednego z największych teologów żydowskich XX wieku. Potomek wielkich rodów rabinackich, studiował w Berlinie, doktorat opublikował na krakowskiej Akademii Umiejętności (Die ProphetieO istocie proroctwa, 1936). Podczas wojny znalazł schronienie w Anglii, a później w Stanach Zjednoczonych. Do śmierci wykładał na Żydowskim Seminarium Teologicznym w Ameryce (Jewish Theological Seminary in America), gdzie zajmował Katedrę Żydowskiej Etyki i Mistyki. Zaangażowany w ruch przemian społecznych w USA i działania na rzecz zapewnienia praw obywatelskich Afro-Amerykanom. Do jego największych dzieł należą książki: Prorocy, Pańska jest ziemiaCzłowiek nie jest sam, Szabat, Człowiek szukający Boga i wreszcie Bóg szukający człowieka.

Heschel pisał swoje książki z perspektywy judaizmu, a jednak znajdowały one i znajdują wielu czytelników wśród chrześcijan, również w Polsce, jego pierwszej ojczyźnie. Dzieje się tak może dlatego, że nie tylko zawierają one przejmującą diagnozę współczesności i współczesnego człowieka, który wygnał Boga ze świata, a jednocześnie pragnie dosięgnąć boskości o własnych siłach w sytuacji, gdy to człowiek jest poszukiwany przez Boga. Te książki to jednocześnie zbiory gotowych, jakże trafnych sentencji, a przy tym słów ostrzejszych od miecza. Oto dwa cytaty:

A jednak my, Filistyni, uparcie trwamy przy myślowych komunałach, czyniąc z naszego życia wzorzec i miarę tego, co mogli osiągnąć prorocy. Słowom proroków przeciwstawiamy twierdzenie, że Boga nigdy nie można usłyszeć, że Bóg nigdy nie pochyla się nad nami, by rozpalić światło słowa w człowieczym umyśle. Ale takie jest właśnie przekonanie głupców: to, co nieosiągalne dla nas, musi być niedostępne dla innych. („Bóg szukający człowieka”, s. 296)

My nie odrzucamy modlitwy. Czujemy tylko, że nasz język jest związany, nasz umysł ociężały, nasz wewnętrzny wzrok przyćmiony, kiedy mamy właśnie otworzyć bramę prowadzącą do modlitwy. My nie odrzucamy modlitwy, tylko się nie modlimy. Bijemy w pusty dzwon samolubstwa, zamiast chłonąć ciszę spowijającą świat, unosząc się ponad wszelkim niepokojem i lękiem, jakie niesie życie – tajemną ciszę poprzedzającą nasze narodzenie i następującą po naszej śmierci. („Człowiek szukający Boga”)

Temu żydowskiemu myślicielowi poświęcona jest podstrona na niniejszej stronie: Abraham Joshua Heschel. Można na niej znaleźć (ciągle uzupełnianie) biografię A. J. Heschela, bibliografię polskich przekładów jego prac oraz poświęconych mu książek i artykułów (w języku polskim), a także zbiór cytatów z jego prac. Zachęcam do odwiedzania tej podstrony. Na Facebooku jest grupa dla osób interesujących się i inspirujących myślą A. J. Heschela, do której to grupy można dołączyć: Abraham Joshua Heschel. Zapraszam.

Teologia jest dla ludzi

Każdy, kto kocha Boga, w pewnym sensie jest już teologiem, każdy, kto się modli, jest w pewnym sensie teologiem. Skąd zatem wzięło się przekonanie, że jest ona trudna, abstrakcyjna, a przede wszystkim oderwana od codziennego życia?

Rozmowa wyemitowana w Programie 2 Polskiego Radia w Magazynie Lumen 05.08.2013: Każdy jest teologiem.

Red. Jan Pniewski: Teologia uprawiana jako dyscyplina akademicka, a znajdująca swój wyraz w opasłych specjalistycznych opracowaniach, nie tylko wśród zwykłych wierzących nie budzi większego zainteresowania. Wydaje się bowiem nazbyt trudna, abstrakcyjna, a przede wszystkim oderwana od codziennego życia. Tym samym rodzi się podejrzenie, że teologia do niczego nie jest wierzącemu potrzebna. W najlepszym razie nie pomoże, a w najgorszym – zaszkodzi. Robert Rynkowski w książce zatytułowanej Każdy jest teologiem przekonuje, że w życiu wiarą teologia jest niezbędna. Jeśli zaś się tego nie dostrzega, to dlatego jedynie, że w ostatnich dwóch stuleciach, które były jej szczególnie niechętne, musiała usilnie walczyć o status nauki.

Robert M. Rynkowski: Teologia – tak mi się wydaje – przez to, że była bardzo mocno atakowana jako dziedzina, która w ogóle nie korzysta z osiągnięć nauki, poszła w taką stronę, że zaczęła bardzo mocno podkreślać swój status naukowości, czyli skupiła się na tym, żeby udowodnić, że jest taką nauką jak inne, że tak samo jak inne nauki ma prawo być na uniwersytetach, na uczelniach. W związku z tym stało się tak, że teologii poniekąd uciekł jej przedmiot. Tym przedmiotem, zgodnie z etymologią słowa „teologia” (theos – bóg, logos – nauka), jest Bóg, tak można powiedzieć najprościej. Tymczasem gdy teologia zagłębiła się w takie właśnie poszukiwanie swego statusu jako nauki, stało się tak, jak się wydaje, że jej przedmiot znikł jej z pola widzenia, czyli teologia przestała się zajmować… Może inaczej: nie przestała się zajmować Bogiem, bo oczywiście nim się zajmowała, ale bardziej zależało jej na tym, żeby pokazać właśnie, że jest nauką, że stosuje metody naukowe, że ma prawo być na uczelniach, na uniwersytetach.

Red. Jan Pniewski: Zamiast mówić o Bogu i o wierze, zaczęła mówić o problemach związanych z Bogiem i z wiarą.

Robert M. Rynkowski: Tak. Stało się w zasadzie tak, że za teologię można było uznać cokolwiek, co miało związek z życiem kościelnym, z życiem wiary. Może najlepszym przykładem tego, że teologia ma z tym poniekąd problem, jest to, że często właściwie mamy do czynienia z taką sytuacją, że za teologię uznaje się na przykład prace na temat jakiegoś pojęcia teologicznego w czyimś dziele, za teologię uznaje się prace na temat założyciela danego zakonu – takie prace najczęściej piszą skierowane na studia teologiczne zakonnice czy zakonnicy. Uznaje się, że to wystarczy, że to już jest teologia, i tego, kto napisze taką pracę, określamy jako teologa.

Red. Jan Pniewski: W takim ujęciu tak naprawdę teologię może uprawiać osoba zupełnie niewierząca.

Robert M. Rynkowski: Przy takim założeniu oczywiście można by tak uznać: że teologiem jest osoba, która – dajmy na to – analizuje metodami naukowymi Pismo Święte, czyli bada, jak ono powstawało, jak się kształtowało, jacy byli autorzy. W zasadzie można by kogoś takiego uznać za teologa. To zresztą zaczyna być widoczne na zachodzie Europy, gdy na przykład ktoś, kto traci coś, co nazywamy misją kanoniczną, czyli upoważnienie od biskupa do nauczania teologii, na przykład w wyniku tego, że zaczyna nauczać czegoś, co jest zupełnie niezgodne z nauką Kościoła, jednocześnie uznaje, że dalej ma prawo uprawiać tę naukę, teologię. Może się tak zdarzyć również w wypadku osoby, która w ogóle utraci wiarę.

Red. Jan Pniewski: W swojej książce stara się pan zdefiniować teologię, odwołując się nie do pojęcia nauki, lecz do pojęcia rozmowy.

Robert M. Rynkowski: Tak. W tej książce zależy mi na tym, żeby teologię trochę wyprowadzić z tego jej zamknięcia w murach uczelni, z tego ograniczania się w głównej mierze do analizowania problemów teologicznych, a nie tej relacji, która łączy człowieka z Bogiem. I wydaje mi się, że właśnie zdefiniowanie teologii za pomocą pojęcia rozmowy takie wyprowadzenie teologii poza ten zamknięty krąg problemów teologicznych umożliwia. Definiuję więc teologię jako taką racjonalną rozmowę o Bogu, w której uczestniczy sam Bóg. Uważam, że zastosowanie tego pojęcia rozmowy powoduje, że teologia obejmuje szersze dziedziny niż tylko samą teologię akademicką. Uważam bowiem – to zresztą jest zgodne z tym, co Kościół mówi od wieków – że każdy, kto kocha Boga, w pewnym sensie jest już teologiem, że każdy, kto się modli, jest w pewnym sensie teologiem. Jeśli zatem tak rozumiemy teologię i tak rozumiemy pojęcie teologa, to trzeba by uznać, że teologiem jest nie tylko ten, kto wykłada na uczelni, kto zdobył tytuł naukowy z teologii, ale że teologiem jest na przykład również duszpasterz, również mistyk; zresztą charakterystyczne jest to, że na przykład za doktora Kościoła uważa się Katarzynę ze Sieny, która właściwie nigdy profesjonalnie nie zajmowała się teologią.

Red. Jan Pniewski: Jeżeli definiuje się teologię jako rozmowę, to nie każde mówienie, nawet nie każda rozmowa o Bogu będzie uznana za uprawianie teologii. Jakie warunki musi spełniać rozmowa, żeby można było ją uznać za uprawianie teologii?

Robert M. Rynkowski: Za rozmowę o Bogu, którą można uznać za teologię, uważałbym taką rozmowę, która jest racjonalna. Musi to też być rozmowa o spotkaniu z Bogiem, o Bogu, czyli nie o czymkolwiek, co w jakiś odległy sposób wiąże z teologią, ale właśnie o spotkaniu z Bogiem. Ta rozmowa powinna też być bardzo mocno zakorzeniona w objawieniu, nie jest bowiem teologią mówienie o tym, co mi się wydaje. W takiej rozmowie musi być spełniony warunek obiektywności. To znaczy, że mówię o tym, czego owszem, doświadczam, ale co konfrontuję z objawieniem, z wiarą Kościoła i z tym, czego Kościół naucza.

Red. Jan Pniewski: Dla teologii rozumianej jako rozmowa odnajdujemy podstawy w samej Biblii. Tutaj wymienia pan w pierwszej kolejności opowieść o uczniach idących do Emaus.

Robert M. Rynkowski: Tak. Najprostsze skojarzenie jest takie, że oni po prostu w drodze rozmawiają, mówią o tym, co się wydarzyło. Wiele interpretacji tego opowiadania jest takich, że uczniowie są przestraszeni, że uciekają, że cały świat się zawalił, że niczego już się nie spodziewają, że stracili nadzieję i właściwie jest to ucieczka od Jerozolimy, od problemów. Często to opowiadanie tak bywa rozumiane. Ja spojrzałem na nie trochę inaczej. Myślę – a znajduje to, co pokazuję w książce, oparcie w tekście, to nie jest interpretacja dowolna – że można to opowiadanie zinterpretować tak, że uczniowie nie tyle z Jerozolimy uciekają, ile po prostu wracają do domu. Jednocześnie w drodze rozmawiają o tym wszystkim, co się w Jerozolimie w ostatnich dniach wydarzyło, o tym, że kobiety mówiły o pustym grobie. Oni o tym wszystkim rozmawiają. Oczywiście są w jakiś tam sposób zagubieni, smutni, nie wiedzą, co o tym wszystkim myśleć, co z tym wszystkim zrobić, jednak tekst tego opowiadania wskazuje na to, że mogła to być po prostu bardzo gorąca dyskusja między tymi dwoma uczniami, w czasie której próbowali po prostu zrozumieć, co się tak naprawdę stało. I myślę, że właśnie dlatego, że była to taka rozmowa, dyskusja, a uczniowie nie posługiwali się wtedy fachową terminologią, nie używali fachowych pojęć, właśnie dlatego, że rozmawiali, przyłącza się do nich sam zmartwychwstały Jezus i idzie z nimi, a jednocześnie po drodze wyjaśnia im pisma. W książce kładę duży nacisk na to, że właśnie dlatego Jezus do nich dołączył, że oni rozmawiali, że toczyli ze sobą ten zażarty spór o to, co się tak właściwie stało, jak to zrozumieć. Stawiam nawet tezę, taką może trochę mniej uprawnioną, że byli to po prostu pierwsi chrześcijańscy teologowie. Właściwie Kleofas, bo przypuszczamy, kim mógł być drugi uczeń, ale nie mamy pewności co do jego imienia, być może był to ewangelista Łukasz, powinien być patronem chrześcijańskich teologów.

Red. Jan Pniewski: Teologia pojmowana jako rozmowa zakłada różnorodność punktów widzenia, bo przecież każdy jest inny, ale zarazem zakłada równość wszystkich tych, którzy w rozmowie biorą udział.

Robert M. Rynkowski: Oczywiście ta równość jest trudna do osiągnięcia, bo wiadomo, że jak w każdej rozmowie, jedni są bardziej aktywni, drudzy mniej. Jednak wybrałem pojęcie rozmowy do zdefiniowania teologii właśnie dlatego, że wtedy, gdy rozmawiamy, jesteśmy równi. W takim najgłębszym pojęciu rozmowa zakłada równość, to, że traktujemy się wszyscy z szacunkiem, i mówimy, i słuchamy, bo w rozmowie równie ważne jak mówienie jest słuchanie. Z tym słuchaniem, tak jak w życiu wielu z nas miewa problemy, również w teologii i w ogóle w życiu kościelnym jest problem. Ciągle chcielibyśmy, żebyśmy byli wysłuchiwani, a z tym bywa różnie. Właśnie dlatego, że teologię można by rozumieć jako rozmowę… przy takim rozumieniu można by wyobrazić sobie coś takiego, że te dwa zbiory, czyli teologowie profesjonalni, i teologowie, których określilibyśmy jako nieprofesjonalnych, to nie są dwa rozłączne zbiory, tylko to są zbiory nakładające się na siebie, i że właśnie teologowie nieprofesjonalni słuchają tego, co ma do powiedzenia teologia profesjonalna, a z drugiej strony teologia profesjonalna traktuje, powiedziałbym, poważnie to, co mówią teologowie nieprofesjonalni, czyli tak naprawdę każdy wierzący.

Red. Jan Pniewski: Do takiej rozmowy każdy, kto chce, może się włączyć, co pan bardzo mocno podkreśla, także ci poszukujący, także ci, których określamy mianem eksów, którzy odeszli, dlatego że każdy punkt widzenia w tej rozmowie jest w gruncie rzeczy równoprawny.

Robert M. Rynkowski: Tak, jest równoprawny, bo zakładam, że nawet tak zwany eks, czyli ktoś, kto przestał być księdzem, nie utracił wiary, nie utracił tej relacji z Bogiem, że ciągle Boga w swoim życiu spotyka. Z tymi tak zwanymi eksami bywa ten problem, że oni wolą mówić jednak bardziej o tym, z powodu czego ze stanu kapłańskiego czy w ogóle z Kościoła, bo niekiedy i tak się dzieje, odeszli. To jest zupełnie naturalne, chociaż o wiele cenniejsz i bardziej pożądane byłoby, gdyby więcej mówili o tym, jak doświadczają spotkania z Bogiem, jak to teraz w ich przypadku wygląda, gdyby to swoje doświadczenie przekazywali. Wtedy, jak sądzę, byłaby większa skłonność teologów profesjonalnych, tych, których uznajemy za teologów, bym powiedział, kościelnych, do wysłuchania drugiej strony, do wspólnego namysłu nad spotkaniem z Bogiem, nad relacją człowieka z Bogiem. Myślę, że wtedy byłoby to o wiele łatwiejsze. Wspólna rozmowa, wysłuchanie swoich stanowisk mogłoby pomóc w tym zbliżeniu i być może przełamaniu tych barier, które się pojawiają.

Red. Jan Pniewski: Pojmowanie teologii jako rozmowy w sposób szczególny prowadzi do tego, że teologia w gruncie rzeczy powinna być pluralistyczna; wielość punktów widzenia, które tak naprawdę nie dają się do siebie sprowadzić.

Robert M. Rynkowski: Podkreślam w książce, że teologia powinna być pluralistyczna, to znaczy że w tej rozmowie, czyli w tworzeniu teologii powinny brać udział różne teologie. Wymieniam dla przykładu teologię azjatycką, która ma swoją specyfikę, teologię afrykańską, teologię Ameryki Południowej, tak zwaną teologię wyzwolenia, i również teologię feministyczną. Każda z tych teologii może wnieść do teologii pewien sposób widzenia Boga, rozumienia tego spotkania z Nim, doświadczenia tego spotkania. Myślę, że właśnie wzajemne wsłuchanie się w to, co ma się do powiedzenia o spotkaniu z Bogiem, bardzo by pomogło teologii w pewnym sensie się poszerzyć, lepiej to spotkanie z Bogiem zrozumieć.

Red. Jan Pniewski: O teologii jako rozmowie oraz o jej niezbędności dla życia wiarą mówił dr Robert Rynkowski, autor książki Każdy jest teologiem. Za uwagę dziękuje Jan Pniewski. Do usłyszenia.

Robert M. Rynkowski Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologiiWydawnictwo WAM), Kraków 2012, s. 176.

Recenzje

Świętych obcowanie?

Stajemy przed Bogiem nie jako pojedyncze osoby, tylko jako Kościół. Tą naszą modlitwą czynimy sprawy Kościoła niejako przedmiotem myśli Boga, te nasze sprawy czynimy Jego sprawą. I to jest największa wartość modlitwy, którą zanosimy za zmarłych.

Zapis rozmowy wyemitowanej w Radiu Warszawa 106,2 FM 1.11.2013. Nagranie dostępne na podstronie audycji Labirynt Moralny.

Monika Florek-Mostowska: Serdecznie państwa witam. Audycja „Labirynt moralny” 1 listopada, w dzień Wszystkich Świętych. W studiu świąteczny gość: pan Robert Rynkowski, teolog. Witam serdecznie.

Robert M. Rynkowski: Witam serdecznie.

Monika Florek-Mostowska: Wszystkich Świętych, więc będziemy mówić o świętych obcowaniu. Za każdym razem, kiedy mówimy wyznanie wiary, używamy tego sformułowania, przyznajemy, że wierzymy w świętych obcowanie. W świętych obcowanie, czyli w co?

Robert M. Rynkowski: No właśnie, to jest dobre pytanie, w co tak naprawdę wierzymy. Bo samo to słowo „świętych”… to znaczy „świętych” to jest proste słowo, ale „obcowanie” może dla współczesnego człowieka brzmi trochę tak obco. Nie wiadomo, na czym to obcowanie miałoby polegać. Tymczasem chodzi tu o to, że tak naprawdę to świętych obcowanie to jest po prostu… W ten sposób mówimy niejako o wspólnocie świętych, czyli chodzi tu o to, co w języku kościelnym nazwiemy komunią, a w języku takim bardziej świeckim nazwiemy wspólnotą. Czyli chodzi tu po prostu o wspólnotę świętych.

Monika Florek-Mostowska: Czyli my tutaj, Kościół na ziemi niejako cały czas jesteśmy w tej wspólnocie ze świętymi, czyli tymi, którzy już od nas odeszli i są świętymi, i tymi, którzy przebywają w czyśćcu?

Robert M. Rynkowski: Tak. W teologii jest to ujęte w ten sposób, że to są trzy części jednego Kościoła: ten Kościół, jak go nazywamy, pielgrzymujący, czyli ten na ziemi, Kościół triumfujący, czyli to są ci członkowie Kościoła, którzy są już zbawieni, są w niebie, i Kościół oczyszczający się, czyli to są ci członkowie Kościoła, którzy są w czyśćcu, a więc podlegają oczyszczeniu.

Monika Florek-Mostowska: Czy mając na myśli świętych, używając sformułowania „świętych obcowanie”, mamy na myśli tyko tych, którzy rzeczywiście już triumfują z Panem Bogiem, czy również tych, o których nic nie wiemy, którzy nie zostali oficjalnie kanonizowani? Nasi bliscy, którzy odeszli, a wierzymy, że byli dobrzy, wiemy, że byli dobrymi ludźmi, czy byli świętymi?

Robert M. Rynkowski: Tak. Gdy mówimy o świętych obcowaniu, to mamy na myśli również tych, jak wierzymy bardzo licznych, świętych, którzy nie zostali nam wskazani przez Kościół jako oficjalni święci, kanonizowani. Wierzymy, że tych świętych są wielkie rzesze, tak jak mówi nam o tym Apokalipsa, która mówi o wielkich rzeszach zbawionych, tych właśnie świętych.

Monika Florek-Mostowska: Czasami ktoś opowiada, że przyśniła mu się jego zmarła babcia czy zmarła ciotka, czy zmarły kuzyn albo wręcz zobaczył ją, albo czuł jej obecność, czuł, że idzie za nią po schodach. Czy coś takiego możemy nazwać świętych obcowaniem?

Robert M. Rynkowski: No, tutaj wchodzimy w jakąś… a przynajmniej możemy wchodzić w jakąś psychologię snu, coś, o czym właściwie jako ludzie wierzący… czy ja jako teolog nie jestem w stanie się wypowiedzieć. Sen może brać się z różnych rzeczy, nie jest to jakieś przeżycie czy stan, który byłby źródłem jakiejś wiedzy teologicznej czy wiedzy wiary. W każdym razie jeśli chodzi o samych naszych zmarłych, to oczywiście mamy prawo przypuszczać, że wielu z nich jest świętymi, chociaż Kościół wprost ich tak nie nazywa. Ciekawy może jest przykład św. Augustyna, który nazywany jest, nie bez powodu, ojcem czyśćca. Mimo że to św. Monika, czyli jego matka, niejako wymodliła jego nawrócenie i jego późniejszą świętość, uważał on, że powinien za swoją matkę się modlić. I tak robił, gdyż uważał, że nie do końca znamy wnętrze człowieka i nie do końca wiemy, co w tym wnętrzu jest. Dlatego modlił się za swoją matkę Monikę.

Monika Florek-Mostowska: No właśnie. Bo te trzy formy, trzy strefy Kościoła, ten Kościół pielgrzymujący, Kościół triumfujący i Kościół oczyszczający się, mogą ze sobą współpracować, a wręcz powinny ze sobą współpracować. Tak jak my modlimy się za ten Kościół oczyszczający się, czyli za osoby, które jak przypuszczamy, mogą być w czyśćcu, tak święci tutaj w tym naszym życiu nam pomagają.

Robert M. Rynkowski: No tak. Gdy szedłem tutaj do studia, zastanawiałem się, jak można by to, co dzisiaj, 1 listopada, przeżywamy, i to, co będziemy przeżywali jutro, 2 listopada, jak można by te święta niejako połączyć w jedno i jak można by je wspólnie określić. No bo z jednej strony jest to właśnie takie święto… można by powiedzieć, że to jest święto Kościoła. Bo te trzy części Kościoła, o których tak na co dzień może nie myślimy, tutaj łączą się w jedną całość. Z drugiej strony to jest też, bym powiedział, święto modlitwy. Bo z jednej strony my modlimy się za ten Kościół oczyszczający się, a z drugiej strony prosimy tych członków Kościoła, co do których wiemy, że są już z Bogiem, są blisko Pana Boga, czyli w niebie, żeby oni za nami się wstawiali. Tutaj jest też może tak, że czasami nie do końca dobrze to rozumiemy. Myślimy sobie, pewnie tak się zdarza, że myślimy sobie czasami, że to, że my modlimy się za ten Kościół oczyszczający się, to jest pewne przekupstwo. Bo lubimy… no, dajemy na mszę. No i teraz właściwie co? Ktoś mógłby pomyśleć, że za te pieniądze niejako wykupujemy…

Monika Florek-Mostowska: Dusze z czyśćca, tak jak było handlowanie odpustami kiedyś.

Robert M. Rynkowski: Tak, że to takie handlowanie odpustami. Tymczasem tak nie jest, bo tutaj chodzi o modlitwę, tę modlitwę, którą my niejako przedkładamy Panu Bogu. I to jest tutaj chyba najistotniejsze, to znaczy to, że my pokazujemy, że mimo że jesteśmy, no można by tak powiedzieć, w trzech różnych miejscach, to jednak jesteśmy wspólnotą. Czyli my modlimy się za tych członków Kościoła, którzy są w czyśćcu, a z kolei ci członkowie Kościoła, którzy są już blisko Pana Boga, modlą się za nas. I to jest chyba istota tego: my w tej wspólnej modlitwie jedni za drugich, do której jesteśmy niejako też zobowiązani, pokazujemy Panu Bogu, że jesteśmy jednością, że to nie jest tak, że każdy z nas coś robi sam, że sam się zbawia. My tutaj pokazujemy, że te Kościoły, że my wszyscy to jest pewna jedność.

Monika Florek-Mostowska: Czy można brać pod uwagę takie nasze wewnętrzne przeświadczenie, że mamy się za kogoś modlić? Bo skąd my to wiemy, że trzeba dać za kogoś na mszę? To zwykle jest tak, że osoby bliskie czują, mają jakieś takie wewnętrzne przynaglenie, że powinny za kogoś dać na mszę. Czasem to jest pewnie rytuał, że daje się na mszę. Jak to jest, skąd my to wiemy, że mamy się modlić za daną osobę, że ona nie jest już członkiem tego Kościoła triumfującego?

Robert M. Rynkowski: No, tego właśnie nie wiemy. Tu znowu możemy odwołać się do tego przykładu matki św. Augustyna, o której my wiemy, że jest świętą, a Augustyn, można by powiedzieć, tak to określić, na wszelki wypadek jednak za nią się modlił. Oczywiście ta modlitwa w żaden sposób nie przepada. To nie jest tak, że ktoś już jest w niebie, więc jeśli się za niego modlimy, to modlitwa jest daremna, niepotrzebna, że to jest coś, co nikomu w żaden sposób nie służy. No, to służy nam wszystkim, to służy Kościołowi, to pozwala nam, jeśli rzeczywiście za tych zmarłych się modlimy, wyjść z takiego naszego egoizmu, z takiego zamknięcia, odgrodzenia się, że tylko ja, że tylko myślę tylko o sobie. Tutaj pokazujemy, że myślimy też o innych. To jest też tak, że wtedy stajemy przed Bogiem jako ten cały Kościół, nie jako pojedyncze osoby, tylko jako Kościół. Tą nasza modlitwą czynimy te sprawy Kościoła niejako przedmiotem myśli Boga, te nasze sprawy czynimy Jego sprawą. I myślę, że to jest największa wartość modlitwy, którą zanosimy za zmarłych. Jeśli ci zmarli są w tej fazie oczyszczania, to oczywiście im w ten sposób pomagamy w tym, żeby oni w tej fazie oczyszczenia do końca usunęli z siebie to zamknięcie na innych, to niedopuszczanie do siebie Pana Boga, które miało miejsce na ziemi.

Monika Florek-Mostowska: Ta sfera naszego życia duchowego, religijnego związana z obcowaniem świętych jest chyba taką sferą najbardziej podatną na wpływy zabobonu czy jakiegoś powiązania ze zdarzeniami paranormalnymi, z duchami.

Robert M. Rynkowski: No tak, lubimy przy tej okazji myśleć tak trochę zabobonnie. Może pierwszym tego przykładem jest to, że myślimy sobie… Może nie do końca nawet to sobie uświadamiamy, ale uważamy, że musimy dać na tę przysłowiową mszę i że to coś załatwia niejako automatycznie. To jest nawet tak, że czasem dajemy na mszę, a na tej mszy nie jesteśmy, że myślimy, że przez tę mszę wszystko jest załatwione.

Monika Florek-Mostowska: Czyli w zasadzie to możemy nazwać takim pogańskim rytuałem: składamy ofiarę po to, żeby wykupić kogoś od grzechu, od jakiejś ciemnej strony mocy.

Robert M. Rynkowski: Tak, to można tak o tym myśleć. Być może myślenie w kategorii zabobonu bywa w naszych wizytach na cmentarzach. Nie wiem, czy zawsze, czy wszyscy, czy w ogóle na cmentarzu myślimy o tym, żeby się modlić, czy nie uważamy, że na przykład samo postawienie jakiegoś bardziej tradycyjnego czy bardziej nowoczesnego światełka znicza to jest właściwie wszystko, do czego ta nasza wizyta na cmentarzu powinna się sprowadzać. Tymczasem tym podstawowym celem naszej wizyty na cmentarzu nie jest tylko zamanifestowanie naszej pamięci o zmarłym, która na dodatek dobrze by było, gdyby się wyrażała albo ilością zniczy, albo ilością kwiatów, albo wielkością zniczy. Tym podstawowym celem jest właśnie modlitwa. Tak więc tutaj elementy myślenia zabobonami mogą być. A dodatkowym takim elementem pewnie jest to, że jakoś wydaje nam się fascynująca ta tradycja Helloween. Ona jest jakoś bardziej atrakcyjna, co może jest z takiego ludzkiego punktu widzenia całkiem zrozumiałe. To jest dla nas bardziej atrakcyjne niż ta modlitwa, ten kościół, ta msza, a nawet ta wizyta na cmentarzu.

Monika Florek-Mostowska: Zresztą chyba w naszej kulturze, w której czasy komunizmu zakodowały jednak w naszej świadomości nazywanie święta Wszystkich Świętych świętem zmarłych, ono kojarzy się nam z czymś posępnym, smutnym, a tutaj naraz mamy Helloween. Ale w ostatnich latach pojawia się jeszcze inne zjawisko. My niejako takie zapotrzebowanie na festyn wprowadzamy do naszej kultury chrześcijańskiej, do naszej kultury katolickiej. Teraz coraz częściej organizuje się  we wspólnotach katolickich, w parafiach noc wszystkich świętych albo korowód wszystkich świętych. W szkołach dzieci przebierają się za świętego, organizują tak zwany event związany z tym świętem. To też jest tak naprawdę obce naszej kulturze. Jak pan na to się zapatruje?

Robert M. Rynkowski: Myślę, że to jest w niektórych wypadkach reakcja na Helloween, który uważamy za z gruntu pogański, a może wręcz są tu elementy satanistyczne.  Tak więc to jest pewnie taka reakcja, żeby ten Helloween zastąpić czymś bardziej katolickim. Kiedyś, już jakiś czas temu, rozmawiałem z moim kuzynem, który od dziecka mieszka w Kanadzie,  i on mówił coś takiego, że właściwie różnica między tamtejszymi zwyczajami a tutejszymi polega na tym, że my na cmentarz idziemy z miną posępną, tymczasem tam się idzie z miną wesołą. Ale w tej wesołej minie jest pewne uzasadnienie, dlatego że oczywiście śmierć, odejście bliskich jest czymś tragicznym, bywają wielkie tragedie i to jest zrozumiałe, ale z drugiej strony jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to przecież nie wierzymy w to, że życie tych zmarłych, naszych bliskich zakończyło się pod tymi marmurowymi czy innymi płytami, że są tam ich ciała, ich szczątki doczesne, ale tak naprawdę oni sami są już w innej rzeczywistości, są blisko Pana Boga. Tak więc tak naprawdę jest to też święto radosne i tutaj ta radość jest tutaj całkiem na miejscu. Myślę więc, że… Oczywiście jeśli te zwyczaje, te wprowadzane noce wszystkich świętych i inne mają być taką przeciwwagą dla obchodzenia Helloween, to dobrze, to oczywiście nic złego się nie dzieje… to znaczy nawet całkiem dobrze się dzieje. Ale myślę, że z drugiej strony trzeba też w tym święcie dostrzec pewien element radosny, tak bym go nazwał.

Monika Florek-Mostowska: Niektórzy twierdzą, że bardzo dobrze współpracują ze swoimi znajomymi świętymi, czyli ze swoimi znajomymi, przyjaciółmi, którzy już odeszli. Jeden z moich znajomych mówi, że zawsze prosi zmarłą osobę, którą kochał, żeby patronowała mu w podróży, żeby nie płacił mandatów. I rzeczywiście tak mu się zdarza, że odkąd prosi o opiekę tę osobę, to tych mandatów nie płaci, czuje taką ochronę. Czy to jest też druga strona tego zabobonu? Jak pan sądzi?

Robert M. Rynkowski: No, tu przychodzi do głowy coś takiego, że to bardzo dobrze, jeśli ta osoba zmarła powstrzymuje przed nadmierną prędkością, przed przekraczaniem dozwolonej prędkości. To bardzo dobrze.

Monika Florek-Mostowska: Jeszcze drugie takie anegdotyczne stwierdzenie: żeby nie zapłacić mandatu, warto się modlić za zmarłych policjantów. Podobno to też skutkuje.

Robert M. Rynkowski: [Śmiech] Może, nie sprawdzałem. Być może warto to przetestować. Z tymi świętymi jest, bym powiedział, różnie. Są takie osoby, które twierdzą, że rzeczywiście ze swoimi wybranymi świętymi mają jakąś szczególną więź. Z drugiej strony są też osoby, które mówią, że w zasadzie nie mają jakiegoś specjalnego wybranego świętego, że nawet do swojego patrona jakoś specjalnie się nie zwracają, że takiej więzi z żadnym świętym nie czują, nie mają, a nawet chyba jej nie potrzebują. I to chyba też jest jakaś możliwa do przyjęcia postawa. Powiedziałbym, że to jest tak, że ta więź ze świętymi nie musi być taka bardzo personalna. To, że my jako Kościół się do nich zwracamy, to być może w wypadku niektórych z nas wystarczy. Ale to, że są osoby, które taką więź odczuwają i jej potrzebują, to – tak myślę – bardzo dobrze, zwłaszcza jeśli to się przekłada na modlitwę.

Monika Florek-Mostowska: A pan ma kontakt z jakimś swoim ulubionym świętym, jest pan w bliskim kontakcie?

Robert M. Rynkowski: No właśnie ja chyba należę do tych, którzy takiego kontaktu nie mają i nie odczuwają jego potrzeby. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, czy powinienem starać się to zmienić. No, nie odczuwam takiej potrzeby. Modlę się za swoich bliskich zmarłych, na ile potrafię. Niewykluczone przecież, że niektórzy z nich są świętymi. Być może niektórzy z nich, mimo że się do nich nie zwracam o to, jakoś mną opiekują. Powiem jednak, że nie jestem w stanie wskazać szczególnie bliskiego mi świętego i też nigdy takiego ulubionego świętego nie miałem. Oczywiście są osoby, które mają ten tytuł świętego, są kanonizowane, które są mi jakoś bardziej bliskie niż inne, ale nie w takim sensie, o jakim tutaj mówimy, że na przykład mogłyby mi oszczędzać płacenia mandatów.

Monika Florek-Mostowska: [Śmiech] W Kościele w zasadzie każdemu dniu patronuje jakiś święty i pewnie takim niezłym sposobem współpracy ze świętymi jest oddawanie w opiekę swojego życia właśnie temu świętemu, który patronuje danemu dniu. To też takie świętych obcowanie, odczuwanie tego obcowania świętych.

Robert M. Rynkowski: No tak, na pewno tak można o tym myśleć. To pewnie też jest jakiś sposób na przybliżenie sobie tych świętych, którzy w wielu wypadkach są dla nas… Może trudność bierze się też z tego, że ci święci, których obrazy mamy, których dni są dzisiaj czy jutro, są dla nas tacy trochę odrealnieni. Właściwie jak patrzymy na obraz świętego, to trudno nam tam zobaczyć takiego realnego człowieka, który żył…

Monika Florek-Mostowska: Tak, który naprawdę żył, bo wydaje, że on gdzieś tam dryfował na chmurach.

Robert M. Rynkowski: Wydaje się, że to jest postać, która nie miała prawdziwego życia. To może było spowodowane też tym, że zwykle proces kanonizacji trwał – tak było wcześniej – niezwykle długo. Upływały czasami setki lat, nim ktoś został kanonizowany. Potem to jego prawdziwe życie trudne było do odtworzenia, potem powstawały też różne legendy, które z rzeczywistością i prawdą życia tych świętych nie miały wiele wspólnego. Ale to, że teraz Kościół w tej kanonizacji jest jednak trochę szybszy, że te postacie w wielu wypadkach żyły za naszych czasów, że niektórzy mieli możliwość spotykania się z nimi, rozmawiania, dla niektórych to byli jak najbardziej realni znajomi, przyjaciele – tak jest na przykład w wypadku Jana Pawła II, który niedługo będzie kanonizowany – pozwala myśleć o tych bardziej realnie, oni są jacyś tacy bliżsi. Tylko że znowu mamy tutaj takie tendencje do idealizowania ich życia, idealizowani ich postaci, takiego trochę odrealniania, więc to niebezpieczeństwo oddalenia tych świętych, chociaż mniejsze, też w pewnym stopniu jest. Ale to, że teraz ci święci są tacy bardziej współcześni, z bardziej współczesnych czasów, pozwala – jak sądzę – jakby być bliżej nich i to też w pewien sposób zbliża te trzy Kościoły, o których mówiliśmy.

Monika Florek-Mostowska: I na koniec zapytam pana, gdzie może być klucz do zadzierzgnięcia takiej dobrej więzi ze świętymi. Czy to duszpasterze powinni naprowadzać nas na tę relację ze świętymi, czy to są takie zupełnie osobiste poruszenia?

Robert M. Rynkowski: Myślę, że oczywiście duszpasterstwo ma tu ogromne znaczenie, ale ważną sprawą jest to, co w tym, co nazywamy świętych obcowaniem, jest najważniejsze. Mówię tutaj o modlitwie. I myślę, że to nawet nie musi być na początku modlitwa do konkretnego świętego. Sama modlitwa, nawet jeśli nie jest skierowana do konkretnego świętego, tę wspólnotę Kościoła triumfującego nam przybliża. I myślę, że ta osobista modlitwa, tylko taka bardziej świadoma, taka nieautomatyczna, świętych przybliża nam najbardziej. Zresztą w każdej Mszy Świętej z tymi świętymi w jakiś sposób obcujemy, do nich się zwracamy. Myślę, że jeśli nawet ktoś nie ma jakiegoś specjalnego, ulubionego świętego i potrzeby zwracania się do świętych, to jednak w modlitwie i w czasie Mszy Świętej tę więź ze świętymi nawiązuje.

Monika Florek-Mostowska: Serdecznie panu dziękuję za to spotkanie. Gościem państwa i moim był pan Robert Rynkowski, teolog. Dziękuję.

Robert M. Rynkowski: I ja bardzo dziękuję.

Co naprawdę powiedział Jezus?

Możliwość odkrywania różnych sensów Biblii powoduje, że chrześcijaństwo jest tak fascynujące.

Czytelnik Pisma Świętego, który weźmie do ręki różne przekłady, może doznać niemałego zaskoczenia. Oto bowiem okazuje się, że różnią się one nie tylko niuansami, ale czasem w bardzo istotnie. Weźmy np. Mt 11, 25: „W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Biblia Tysiąclecia). Co prawda we współczesnej polszczyźnie mało zrozumiałe jest, kto to są owi prostaczkowie, ale możemy wywnioskować, że chodzi tu o ludzi „prostych”, „niewykształconych”. Łatwo nam to tak rozumieć, bo przecież mamy obraz uczonych żydowskich, którzy odrzucili nauczanie Jezusa, i prostych rybaków, którzy je przyjęli. Tyle, że nie we wszystkich przekładach mowa tu o prostaczkach (to słowo znajdziemy w Biblii Warszawskiej i w Biblii Poznańskiej, choć w tej ostatniej jest „ludziom prostym”). Greckie słowo „nepioi” jedni przekładają jako „niemowlęta” (Biblia Gdańska i inne przekłady „protestanckie”), inni jako „maluczkim” (Biblia Warszawsko-Praska, Ekumeniczny Przekład Przyjaciół). Tymczasem słowo to oznacza dzieci w wieku 2-6 lat, a więc powinno być tłumaczone jako „małym dzieciom” (tak jest w przekładzie ekumenicznym, a u Jakuba Wujka „malutkim”).  To zaś nieco zmienia postać rzeczy, bo małe dziecko to nie prostaczek, ale ktoś o nieukształtowanym poglądzie na świat, dopiero go poznający.

W związku z tym można jednak zadać sobie pytanie, co tak naprawdę powiedział Jezus. Na temat powstania Ewangelii, kolejności ich powstawania, autorstwa itd. jest wiele teorii. Pewne jednak jest, że Jezus nie mówił po grecku, a więc niezależnie od tego, w jakim języku były spisane ewangelie, słowa Jezusa musiały być przetłumaczone. I tu pojawia się pierwsza trudność, bo przy tej operacji oczywiście mogły pojawić się przekłamania, nawet wynikające nie z niekompetencji tłumacza, ale z tego, że nie było stuprocentowego odpowiednika danego słowa, albo Grecy dany termin rozumieli zupełnie inaczej niż Żydzi.

Inna sprawa, w jakim języku były pisane ewangelie, znane dzisiaj w języku greckim. Są różne teorie, wśród nich i dość ciekawa teoria Jeana Carmignaca na temat powstawania ewangelii synoptycznych. Według tego francuskiego biblisty najpierw powstała Ewangelia Marka (hebrajska) i „Zbiór mów” (hebrajski). Z nich kompilator stworzył jeden dokument: uzupełnioną Ewangelię Marka (hebrajską). Ten dokument zaginął, bo nie został przetłumaczony na grecki. Jednak to właśnie z tego dokumentu powstała Ewangelia Mateusza (hebrajska), której autor dodał do „uzupełnionego Marka” np. ewangelię dzieciństwa, pewne przypowieści itp. Z kolei Łukasz korzystał ze wszystkich czterech źródeł (hebrajski Marek, hebrajski Marek uzupełniony, hebrajski „Zbiór mów” i hebrajski Mateusz), ponieważ jednak nie znał hebrajskiego, postarał się o ich przetłumaczenie na grecki, a następnie z tego materiału ułożył swoją ewangelię, dokonując retuszów w tłumaczeniu, które było pełne semityzmów. Za tym, że pierwotnie Mateusz i Marek były napisane po hebrajsku, przemawiałoby to, że dość łatwo przełożyć je z powrotem na hebrajski.

Teoria Carmignaca wzbudziła wiele kontrowersji, ale są i tacy, którzy uważają ją za prawdopodobną. Jednak gdyby była ona prawdziwa, to pokazywałaby, że od samego początku mamy do czynienia z tłumaczeniem, które zawsze jest w jakimś stopniu zdradą oryginału. Jeśli zatem pytamy o to, mamy stuprocentową pewność, że Jezus powiedział dokładnie to, co jest zapisane w Mt 11, 25 (po grecku), a przynajmniej miał na myśli greckie słowo „niepioi”, to takiej pewności nie można mieć.

Czy w tej sytuacji mamy odrzucić ewangelie w kąt jako niewiarygodne, bo mogą być w nich słowa, których Jezus nie wypowiedział albo wypowiedział inaczej? Można tu oczywiście odwołać się do natchnienia Ducha Świętego i Tradycji, a więc roli świadków w przekazie informacji o dziele Jezusa. Ale można też zadać sobie pytanie, czy w ogóle jest coś takiego jak jakiś przekaz w czystej postaci, niczym nieskażony. Przecież gdy przeniesiemy na papier to, co jest mówione, to już tu następuje pierwsza interpretacja, a choćby najdokładniejszy opis sytuacji nie odda wszystkich niuansów. Oprócz tego nie następuje jakaś bezpośrednia transmisja tekstu do naszych głów w ten sposób, że wywołuje on u każdego z nas te sam skojarzenia.

Nie należy zatem zbytnio przejmować się tym, że nie mamy bezpośredniego dostępu do słów Jezusa, bo gdybyśmy nawet go mieli, i tak dla każdego znaczyłyby one coś innego. Z drugiej zaś strony to, co sprawia nam kłopot, jest też czymś pozytywnym. Bo to między innymi możliwość odkrywania różnych sensów Biblii powoduje, że chrześcijaństwo jest tak fascynujące.