Jest sposób na sposób?

Do szewskiej pasji może doprowadzić szerzenie się w ostatnim czasie w polszczyźnie „sposobu”. Autorzy wypowiedzi, i to nie tylko ustnych, zastanawiają się więc, jak w sposób doskonały zarządzać populacją, albo mówią o matematyce w sposób prosty i jasny. Zapewne samo doskonałe zarządzanie albo mówienie prosto i jasno w ich przekonaniu brzmi za mało poważnie. Samo zrobienie czegoś lepiej, mądrzej, szybciej nie wystarczy, te pojedyncze słowa nie są w stanie wyrazić całej doniosłości ich myśli. Może mają rację: „mądrzej” przemyka przez umysł słuchacza niczym błyskawica, „w sposób mądrzejszy” trwa w tym umyśle dłużej. Tak, „w sposób lepszy”, „w sposób szybszy”, „w sposób doskonalszy” w mózgu czytelnika/ słuchacza zostaje na dłużej. Ale jak się tę frazę jeszcze wydłuży, to głębia myśli będzie o wiele mocniej podkreślona. Dlaczego więc mówić „w sposób lepszy”, skoro to tylko odrobinę przedłuża obcowanie umysłu czytelnika/słuchacza z myślą autora?  Wszak można ten moment jeszcze trochę rozciągnąć w czasie. W „sposób bardziej dobry”, „w sposób bardziej mądry”, „w sposób bardziej szybki”, „w sposób bardziej doskonały”… Co cztery słowa to nie jedno, słuchacz/czytelnik z doniosłością naszej myśli może obcować o wiele dłużej, a więc i bardziej je doświadczyć, bardziej się do niej przekonać.

A mówią, że język się upraszcza i zmierza do skrótowości. „Sposobu” to jednak chyba nie dotyczy. A co najgorsze, nie ma żadnego sposobu na sposób…

Bóg – wyzwanie dla teologii

Kiedy w Kościele Rzymskokatolickim kobiety będą kapłanami? W roku 102 011. Co więcej, wtedy tylko one będą kapłanami, biskupami, a nawet kobieta będzie papieżem… gdyż mężczyzn nie będzie już na świecie. Jeśli wierzyć bowiem naukowcom, za sto tysięcy lat mężczyźni ze względu na degenerację chromosomu Y odpowiedzialnego za płeć po prostu wyginą (tak sprawę przedstawił w „Tygodniku Powszechnym” Artur Sporniak).

Można zatem zapytać, czy ma sens upieranie się, że kapłanami mogą być tylko mężczyźni, że małżeństwo mogą zawrzeć tylko osoby różnej płci, skoro już niedługo – sto tysięcy lat to w historii Ziemi nie jest bardzo długi okres – wszelkie te spory stracą znaczenie. Czy ma sens toczenie sporu o in vitro, skoro niebawem czeka ludzkość rozmnażanie się rodem z filmu Seksmisja? Prawda, spojrzenie na problem kapłaństwa kobiet z takiej właśnie perspektywy relatywizuje co nieco nasze dzisiejsze spory, bo do Pana Boga jest całkiem podobne, że mógłby zrobić nam taki dowcip, tak jak wpadł na pomysł, by narodem wybranym uczynić naród egzystujący na zapadłej prowincji w cieniu wielkich potęg. Ale też spojrzenie na te problemy w takim kontekście nie unieważnia tych sporów, bo równie dobrze nasz Bóg może nam zrobić inny żart i sprawić, że już jutro nasz plany rozpisane do 2050 r. staną się warte tyle, ile warty jest papier, na którym je spisano.

Ciekawe, że chociaż Jezus Chrystus wiedział, że już niedługo nie będzie świątyni jerozolimskiej, że chrześcijaństwo niejako zacznie wypierać judaizm, nie relatywizował funkcji kapłanów, co więcej, nakazywał ich słuchać. Chyba nie bez powodu, choć co prawda w odniesieniu do zabiegania o rzeczy doczesne, mówił: Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy (Mt 6,34). Czy więc, mimo że w XXI wieku o wiele lepiej potrafimy przewidywać przyszłość niż starożytni, patrzenie na problemy dnia dzisiejszego w kontekście przyszłości, której jeszcze nie ma, nie jest troszczeniem się o coś, co się samo o siebie zatroszczy? Być może w roku 102 011 rzeczywiście papieżem będzie kobieta, ale traktowanie tego jako poważnego argumentu za dopuszczeniem kobiet do święceń kapłańskich nie wydaje się uprawnione.

Jednak z tej możliwości można i należy wyciągać wnioski dla teologii. Tyle, że zgoła innego rodzaju niż przedstawione powyżej.

Przewidywania naukowców mówią nam bowiem nie tyle o nas i o tym, jak powinniśmy urządzać sobie życie w dzisiejszym świecie i kształtować nauczanie Kościoła, ile o Bogu.

Po pierwsze, jest to Bóg, który stawia nas przed ciągle nowymi wyzwaniami i nigdy nie pozostawia nas w duchowym letargu, który nie dał nam odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, nie daje wskazówek na każdą okoliczność, ale domaga się samodzielności i myślenia, a jedyne drogowskazy od Niego to przykazania miłości. Już po dwóch tysiącach lat chrześcijaństwa, a więc niejako ustanowieniu nowych relacji z ludzkością, każe nam się zastanawiać nad tym, czy dopuszczalna jest metoda in vitro. Być może niedługo postawi nas przed problemem, czy w sytuacji, gdy można żyć o wiele, wiele dłużej niż dziś, rezygnacja z tak długiego życia – można wręcz powiedzieć: doczesnej nieśmiertelności – powinna być traktowana jako samobójstwo, czy też nie. Niewykluczone, że za sto tysięcy lat każe nam się zastanawiać nad funkcjonowaniem Kościoła i świata bez mężczyzn.

Po drugie, odkrycia naukowe pokazują, że jest to Bóg z poczuciem humoru, który lubi nas zaskakiwać i robić nam dowcipy obalające nasze zdawałoby się, niewzruszalne zasady rządzące światem. Kiedyś zrobił żart Grekom i Rzymianom, sprawiając, że światem zawładnęła nauka, która wydawała im się głupstwem. Niewykluczone, że wpadł też na pomysł, by zażartować sobie z zasad rządzących dzisiejszym w sumie jeszcze męskim światem.

Jeśli zatem przewidywania i dokonania współczesnej nauki są wyzwaniem dla teologii, to przede wszystkim skłaniają one do postawienia pytania o to, jaki jest nasz Bóg. Niestety, nie ma dla nas nadziei: odkrycia naukowe wskazują, że nie jest to Bóg, który przestanie nas zaskakiwać, robić nam dowcipy obalające naszą zadufaną pewność, że ustaliliśmy niewzruszone zasady, i który da nam odpowiedzi na wszystkie pytania. Zawsze będzie od nas wymagał stawania przed nowymi wyzwaniami, tyle że niekoniecznie takimi, które być może pojawią się za sto tysięcy lat. Dlatego największym wyzwaniem dla teologii i nauczania Kościoła są nie dokonania nauki, ale sam Bóg.

O nerwach w futbolu i teologii

Ks. Andrzej Draguła się zdenerwował. Podobnie jak Zinedine Zidane w meczu finałowym mistrzostw świata w 2006 r. na Marco Materazziego. Tyle że Francuz główkował winowajcę, a ks. Andrzej Draguła główkuje również tego, który tylko obok Materrazziego stał. No dobrze, można i tak, na pewno podnosi to widowiskowość meczu, chociaż z futbolem raczej mało ma wspólnego, więcej z rugby, co o tyle może dziwić, że autor zarzuca innym, że czekają na tego rodzaju widowisko w Kościele. 

Przeczytałem jeszcze raz uważnie swój tekst, bo nikt nie jest doskonały i być może nie pamiętam już, że zawarłem w nim twierdzenia, które przypisuje mi ks. Andrzej Draguła. Ale nie, w żadnym miejscu nie znalazłem niczego, co wskazywałoby, że oczekuję na teologów nieortodoksyjnych i to na dodatek liberalnych,  krzykaczy mających parcie na szkło.  Doszukałem się tylko w swoim tekście, że oczekuję na wielu dobrych teologów. Skąd wniosek, że dobry teolog to według mnie liberalny nieortodoksa mający parcie na szkło? To zapewne wie tylko ks. Andrzej Draguła, podobnie jak tylko Zidane wie, co usłyszał od Materrazziego, albo co mu się zdawało, że usłyszał.

Swietnie, że ks. Andrzej Draguła pragnie się dokształcić w dziedzinie katechetyki na poziomie szkoły podstawowej czy przedszkola (wszak mali Brazylijczycy dostają sprężyste piłki w szkółkach piłkarskich, a teologiczne sprężyste piłki zamiast piłek lekarskich miałyby dostawać dzieci w szkołach na katechezie).  Nie mogę jednak mu w tym pomóc, bo nie jestem specjalistą od katechetyki, nigdy nie uczyłem w szkole. Prawdę powiedziawszy, spodziewałem się, że po publikacji artykułu w TP pojawi się fala krytyki ze strony tych, którzy katechezy uczą, bo są takie a takie trudności, bo nie da się tego zrobić, bo szkoła to nie uniwersytet. Tymczasem krytyka przychodzi od teologa, który powinien raczej się cieszyć, że być może w wyniku tego, że dzieci zostaną odpowiednio zachęcone w szkole do myślenia teologicznego, czyli rozmowy o Bogu, będzie miał więcej kandydatów na przyszłych Rahnerów. No prawda, ks. Andrzej Draguła nie krytykuje pomysłu kółek teologicznych w szkołach, być może ze zdenerwowania go nie zauważył. Podobnie jak Zidane tego, że gra w meczu finałowym mistrzostw świata, ostatnim w swojej karierze.

No cóż, mimo wszytko cieszę się z tekstu ks. Andrzeja Draguły. Bo dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe. Nawet to, że Polska wygra z Niemcami, narodzi się polski Rahner, a ks. Andrzej Draguła spokojnie doczyta mój artykuł i powie, dlaczego nie podoba mu się pomysł traktowania, począwszy od przedszkola, każdego jak przyszłego teologa.

Dodany nowy artykuł: „Szymon teolog?”

Na stronie umieściłem artykuł opublikowany w majowo-czerwcowej „Więzi” zatytułowany „Szymon teolog?”. Jest to dopowiedzenie do artykułu Anny Sosnowskiej „Popteologia czy pseudoteologia?”, w którym autorka zastanawia się nad fenomenem pisarstwa Szymona Hołowni, ale na pytanie zawarte w tytule ostatecznie nie odpowiada. Odpowiedzi na tytułowe pytanie próbuję udzielić w swoim artykule, który można znaleźć tu.

Artykuł o artykule w „Gazecie Wyborczej”

W dzisiejszym numerze „Gazety Wyborczej” ukazał się artykuł Katarzyny Wiśniewskiej „Teologia jak piłka nożna” . Autorka z aprobatą odwołuje się do tez z mojego artykułu „Póki piłka w grze” opublikowanego w „Tygodniku Powszechnym”, o którym pisałem w poprzednim wpisie. Uważa, że żeby pomysły przedstawione w moim artykule miały szansę na realizację, musi zmienić się podejście i do religii w szkole, i do teologii. Wyraża pogląd, że twórcza myśl rodzimych teologów zostałaby ucięta jako nieprawomyślna przez lokalnego biskupa, a taki teolog nie mógłby liczyć na pracę na uczelni czy w szkole. Dlatego teologom pozostaje bezpieczne cytowanie encyklik papieskich, co zdaniem autorki jes ciekawe jak mecz w wykonaniu naszej drużyny narodowej.

Tezy może nazbyt ostre, ale warte zastanowienia.

Tekst w „Tygodniku Powszechnym”

W ostatnim „Tygodniku Powszechnym” ( nr 35 (3242), 28 sierpnia 2011 ) ukazał się artykuł mojego autorstwa „Póki piłka w grze”. Staram się odpowiedzieć w nim na pytanie, co należy zmienić w edukacji religijnej, żeby Polska dała światu nie tylko papieża, ale i polskiego Karla Rahnera. Może rozwiązaniem jest traktowanie każdego jako teologa, podobnie jak w Brazylii każdego chłopca traktuje się jak przyszłego Ronaldo? Zachęcam do lektury mojego tekstu, który już umieściłem na niniejszej stronie w sekcji „Publikacje”, jak też i do numeru „Tygodnika”, w którym można znaleźć między innymi niezwykle interesujące teksty na temat eugeniki.

Wniebowzięcie Maryi

Właściwie z wniebowzięciem Maryi jest ten problem, że można by się spodziewać – jeśli weźmie się pod uwagę miejsce, jakie wśród świąt kościelnych zajmuje 15 sierpnia – że będzie mu poświęcony jakiś znaczący fragment Biblii. Tymczasem w Piśmie nie ma na ten temat ani słowa. Dlatego czytanie przeznaczone na ten dzień to fragment Ewangelii Łukasza poświęcony odwiedzinom Maryi u jej krewnej Elżbiety (Łk 1, 39-56). Odwiedziny te mają mało wspólnego z wniebowzięciem, ale warto zwrócić uwagę na to, że w gruncie rzeczy to fragment Biblii zawierający najobszerniejszą wypowiedź Maryi. W innych wypadkach te wypowiedzi to zaledwie krótkie frazy. Na uroczystość wniebowzięcia dostajemy zatem tekst, w którym Matka Boża w odpowiedzi na pozdrowienie Elżbiety mówi o wielkości swojej misji: będą mnie błogosławić wszystkie pokolenia. Jednocześnie mówi również, a może przede wszystkim, o wielkości Boga, który przejawia moc swego ramienia. Wielkość Maryi nie wynika zatem z jej dokonań, ale z czynów Boga. To nie ona sama dokonała czegoś wielkiego, ale to Bóg dokonał wielkich rzeczy w niej i dla niej. Ten związek jest również widoczny we wniebowzięciu: to nie Maryja sama wstępuje do nieba, ale jest do niego „brana”, to nie ona dokonuje czegoś wielkiego, ale czegoś wielkiego dokonuje Bóg.

Wniebowzięcie wskazuje zatem nie tyle na wielkość Maryi, która z ubogiej Żydówki stała się królową świata, ile na wielkość Boga, który może nie tylko rozpraszać wrogów, ale i wziąć kogoś do nieba. Pytanie, czy w naszych obchodach tego największego święta maryjnego ten związek dostrzegamy. Czy w istocie nie skupiamy się jedynie na wspomnianym w Ewangelii Łukasza błogosławieniu Maryi, zamiast tak jak ona wielbić czyny Boga? Wydaje się, że 15 sierpnia to dobra okazja, by przypomnieć sobie o tym, co zrobił Bóg nie tylko dla Maryi, ale i dla nas wszystkich.