Archiwum autora: Robert M. Rynkowski

Trzej królowie ewangelizatorzy

Gdy koleżanka powiedziała mi, że córka naszych wspólnych znajomych gra w szkolnych jasełkach, zrobiłem wielkie oczy. Bo niby nic dziwnego w tym, że dzieci występują w jasełkach. Ale żeby dziecko świadomych ateistów, które nawet nie jest ochrzczone i którego rodzice nie oczekiwali, jak to się ponoć zdarza, że przystąpi ono do pierwszej komunii? Na dodatek był to występ w kościele, a przy tym nikt tej dziewczynki nie ciągnął do przedstawienia na sznurku. Czy więc nie jest to jakiś brak konsekwencji w postępowaniu rodziców ateistów, którzy pozwalają dziecku na udział w czymś, w czego prawdziwość nie wierzą? Oczywiście nie trzeba być wierzącym, żeby zagrać w sztuce czy filmie księdza, mimo to jakaś wątpliwość pozostaje. Czytaj dalej

„Wiosna” Kościoła?

Paweł Kozacki OP w artykule opublikowanym w Deonie uznał rok 2011 za rok zmarnowanych szans. Jedną z takich niewykorzystanych szans jest program duszpasterski na rok 2011/2012 „Kościół naszym domem”. Dlaczego to szansa zmarnowana? Ojciec Kozacki stwierdza: „Rzeczywiście jest to niezły program, ale obawiam się, że pozostanie papierem pięknych idei, który zainspiruje tylko niewielu duszpasterzy, tylko nielicznych świeckich”. Jego zdaniem nie zainspiruje dlatego, że trudno znaleźć go w księgarni czy internecie. Nie do końca zgadzam się z o. Kozackim, że to stracona szansa. Moim zdaniem taki program nie jest bowiem żadną szansą. Czytaj dalej

Święta Rodzina

W święto Świętej Rodziny wielu z nas słyszy w kościołach, że Rodzina z Nazartu to dla współczesnych chrześcijan wzór do naśladowania. Może kaznodzieja odwoła się do papieża Leona XIII, który zatwierdził to święto i który pisał tak: „Niewątpliwie jaśniała w tej Rodzinie wzajemna miłość, świętość obyczajów i pobożne ćwiczenia – jednym słowem wszystko, co rodzinę może uszlachetnić i ozdobić, aby dać na wzór naszym czasom”. Może powoła się na bliższego nam Jana Paweła II, który wskazywał, że współczesne rodziny powinny wpatrywać się w Świętą Rodzinę, aby z przykładu Maryi i Józefa, z miłością opiekujących się Wcielonym Słowem, czerpać potrzebne wskazania dla codziennych życiowych wyborów. Jeśli będzie to ksiądz krytyczny wobec współczesnych przemian w życiu rodzinnym, to powie, że Józef, Maryja i Jezus to wzorzec rodziny,  a więc rodziny pełnej, rodzice plus dzieci, nie żadnej tam z rozwiedzionymi rodzicami, rodzicami tej samej płci itd., rodziny związanej miłością, a przez to szczęśliwej. Jeśli do tego dodamy obraz stajenki betlejemskiej rozświetlonej delikatnym światłem, ze zwierzątkami, aniołami, dziećmi w pasterskich strojach, królami, to będziemy mieli obrazek niczym z reklamy czkoladek Merci. Czytaj dalej

Bóg nie jest prawnikiem

Ks. Tomas Halik w swojej książce „Cierpliwość wobec Boga” (s. 128-130) zauważa, że nad pewnym kierunkiem greckiej patrystyki, platonizmem i neoplatonizmem inspirowanym przez filozofię chrześcijańską i mistykę filozoficzną zatriumfował rzymski duch prawa i moralności. Jako ten, który teologiczne ostrogi zdobywał w wyniku studiowania dzieł Wacława Hryniewicza, podpisuję się pod tym stwierdzeniem dwiema rękami. W wyniku tej swoistej rejudaizacji chrześcijaństwa nastąpił pewien powrót do religii jako systemu prawnego (takim systemem są w zasadzie judaizm i islam). Jezus, a jeszcze bardziej Paweł, relację „powinien dać – dał” próbował zastąpić dialektyką łaski i wiary, zastąpić religię norm religią miłości. W serii starotestamentowych przymierzy Bóg zobowiązał Izrael i samego siebie, w wyniku czego relacja religijna ma logikę i przejrzystość jak każdy porządek prawny. Nowe przymierze zawarte przez Jezusa nie jest już oparte na prawie, lecz na miłości. Halik trafnie wskazuje, że niestety, wielu ludziom zbyt szeroko otwarte drzwi wolności wydały się ryzykownym rozwiązaniem i woleli je przymknąć myśleniem prawniczym. Czytaj dalej

Niedzielni ateiści?

Czytam wydaną w ubiegłym roku książkę „Niezbędnik ateisty” będącą zbiorem wywiadów ze znanymi Polakami ateistami. I oto zaraz w pierwszym wywiadzie nieco zaskakujące stwierdzenie Agnieszki Graff: irytuje ją niewiara katolików w istnienie ateistów. Jej zdaniem w świecie katolików nie istnieją ludzie, dla których Boga nie ma, bo po prostu zakładają oni, że jest to niemożliwe. Graff odczytuje to jako przejaw pogardy dla ateistów, wolałaby ataki na siebie niż wyrażanie przekonania, że de facto wierzy w Boga tylko o tym nie wie.

Nie wiem, jakich katolików spotyka Agnieszka Graff, ale ja spotykam takich, którzy w istnienie ateistów jak najbardziej wierzą. Żeby jednak nie opierać się na własnych odczuciach, odwołam się do książki Szymona Hołowni i Marcina Prokopa „Bóg, kasa i rock’n’roll”. Jakoś w żadnym miejscu nie zauważyłem, żeby Hołownia wmawiał Prokopowi, że ten wierzy w Boga. Wręcz pyta go: „czy ty wierzyłeś i przestałeś, czy wierzysz, lecz masz wątpliwości, czy też uznajesz, że Bóg nie jest ci do niczego potrzebny?”, „czy zarzuciłeś poszukiwania, dochodząc do konkluzji, że tam i tak nic nie ma?”. Myślę, że tego typu rozmowy ze strony wierzących są częstsze niż uznanie, że nie można nie wierzyć w Boga. Zapewne nie bez znaczenia jest też to, że nie wszyscy wierzący zawsze byli wierzącymi. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że gdyby ktoś taki jak Agnieszka Graff czy Marcin Prokop uwierzył w Boga, mógłby przekonywać ateistę, że w istocie jest on wierzący.

Problem jednak w tym, że czasami naprawdę trudno ustalić, nawet po zadaniu takich pytań, jakie zadaje Hołownia, czy ktoś rzeczywiście jest ateistą. Bo czy nie można zakładać jakiejś ukrytej wiary u kogoś, kto deklaruje się jako ateista, a jednocześnie – formalnie, bo formalnie, ale jednak – należy do Kościoła, gdyż nie dokonał aktu apostazji? A takich niedzielnych ateistów zdarza mi się spotykać. Oczywiście mogą oni powiedzieć, że Bóg i religia są im tak obojętne i nieinteresujące, że formalna przynależność nie ma dla nich żadnego znaczenia, wręcz nawet nie zdają sobie z niej sprawy. Mimo wszystko jakaś wątpliwość jednak pozostaje…

Z drugiej strony w Polsce akt apostazji  jest mocno formalnie obwarowany. Apostata musi własnoręcznie podpisane oświadczenie przekazać proboszczowi miejsca zamieszkania. Powinno to się stać w obecności dwóch pełnoletnich świadków, przy czym dobrze by było, by jednym z nich był rodzic lub rodzic chrzestny, a do oświadczenia musi być dołączone świadectwo chrztu. Takich obostrzeń nie ma w innych krajach (w Niemczech wystarczy oświadczenie o wystąpieniu z Kościoła złożone władzom świeckim). Te procedury mogą zniechęcać do podjęcia kroków zmierzających do apostazji. Oczywiście zrozumiałe jest, że czasem rozmowa z księdzem może powstrzymać apostatę przed tym poważnym aktem, więc nie ma powodu, by zastępować ją na przykład e-mailem. Myślę jednak, że nic by się nie stało, gdyby zrezygnowano z dwóch świadków.

Po co jednak to robić? Czy nie powinniśmy raczej starać się zatrzymać potencjalnych apostatów wszelkimi sposobami? Ojcowie Kościoła i teologowie tej miary co św. Tomasz wskazywali, że  herezje przyczyniają się do rozwoju doktryny Kościoła. Św. Augustyn mówił, że skłaniają one nas do tego, „abyśmy otrząsnąwszy się z lenistwa, zabrali się skrzętnie do badania Pisma Świętego”. Podobnie jest z ateizmem. Do porzucenia duchowego lenistwa skłania też i on. Tyle że musi to być ateizm wiarygodny, ateizm chociaż w jakimś stopniu konsekwentny. Sądzę, że jako wierzący powinniśmy pomóc mu w tym, by taki się stał. Uważam, że dzięki temu więcej zyskamy niż stracimy. Poważny ateizm wytrąci nas z duchowego spokoju, ale w wierze nie o spokój chodzi. Niewykluczone jednak, że ten spokój utraci również kilku niedzielnych ateistów.

Publikacja w Deonie

W jezuickim portalu Deon pojawił się mój tekst „Po co Bóg się wcielił?”. Jest to rozwinięcie wpisu z niniejszego blogu „Przyczyna Wcielenia”. Mam nadzieję, że od czasu do czasu moje teksty będą pojawiać się w Deonie. I pewnie tak jak w tym przypadku będą to rozwinięcia, bardziej dopracowane wersje wpisów, które wcześniej będzie można znaleźć na blogu. Zachęcam do lektury i jednych, i drugich tekstów.

Milcząca obecność… Boga

Elżbieta Adamiak napisała książkę „Milcząca obecność” poświęconą obecności kobiet w Kościele będącej obecnością tych, które milczą. Ten tytuł być może można też odnieść do obecności Boga w świecie. Oto bowiem w książce „Bóg, kasa i rock’n’roll” Marcin Prokop w rozmowie z Szymonem Hołownią przyznaje, że byłby skłonny czcić Boga, gdyby mu się tylko pokazał, za zespołem Kaliber 44 mógłby powtórzyć: „Dlaczego oczywistym dla mnie jest, że Ciebie nie ma? Bądź, a klęknę”. Uważa, że w walczących ateistach jest pragnienie, by Go spotkać. Szkoda, że odpowiedź Hołowni „to otwórz oczy” przenosi tę nader interesującą w tym momencie dyskusję na kwestię języka, jakim posługują się wierzący (otwórz oczy, wypłyń na głębię, stań w prawdzie).

Sprawa nie jest też bowiem taka oczywista dla wierzących. Wszak „Boga nikt nigdy nie widział” (J 1, 18), a i Matka Teresa, i św. Teresa od Dzieciątka Jezus doświadczały Jego nieobecności, poczucia opuszczenia, nicości. Można powiedzieć, że czciły Boga, klękały przed nim, choć się nie pokazywał. I zapewne niewiele pomagało im otwieranie oczu, bo te raczej miały otwarte.

Inna jednak sprawa, że bycie Boga można łatwo „przeoczyć”, bo często jest to bycie milczące. Zastanawiam się, czy Bóg nie jest trochę podobny do kanadyjskich Indian Innu. Oto co o tym plemieniu mówi misjonarz Piotr Dudek: „Dla nich nie czas jest najważniejszy, a obecność. Nieraz odwiedzają mnie na parafii dzieci. Wchodzą, pokręcą się po domu albo posiedzą piętnaście minut czy pół godziny, nic nie mówiąc. Potem tylko krótkie „Bye” i wychodzą… Nie ma żadnej rozmowy czy konkretnego celu wizyty. Istotna jest obecność drugiego człowieka. Zresztą Innu w ogóle raczej mało mówią. Swoje uczucia wyrażają poprzez gest lub spojrzenie. To ludzie ciszy i ducha”.

Może dla Boga też najważniejsza jest obecność. Nawet obecność milcząca. Zresztą niekoniecznie musi to oznaczać brak rozmowy. Wszak i w naszych rozmowach zdarza się nam czasem razem pomilczeć. Niekiedy to ważniejsze niż wszystkie słowa.

Czy to obecność gorsza, bo nie taka, jakiej byśmy oczekiwali? Czy Jezus Chrystus nie mógłby i o nas powiedzieć: Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: „Zły duch go opętał”. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: „Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników”” (Łk 7, 33-34)? Bóg prowadzący Izrael do Ziemi Obiecanej nam się nie podoba, bo się wtrąca w sprawy świata, a na dodatek jest okrutny i faworyzuje jeden naród, Bóg milczący i dający nam pole do działania też nam się nie podoba, bo to tak, jakby Go nie było.

Może jednak to milczenie Boga daje nam przedsmak tego, co nas czeka. Problem tylko w tym, byśmy nauczyli się widzieć milczącą obecność.

Zasadnym jest o tym napisać

Są takie okresy, jak adwent czy post, gdy mamy większą skłonność do sprzątania, porządkowania. Lubimy, by na święta dom był czystym, pachnącym i porządnym. By atmosfera w nim była miłą, a my wszyscy uśmiechniętymi do siebie i zadowolonymi, potrawy zaś smacznymi. Bo zwłaszcza  w okresie świątecznym nie wypada, by coś było zwyczajnie brudne, nieporządne, złe. Coś takiego jest po prostu niepoważnym.

No a cóż dopiero, gdy mówimy o naprawdę ważnych sprawach? Czy rozwiązanie, które proponujemy, może być tylko zasadne? Czy nie musimy raczej przekonać, że nasza idea jest zasadną, nasz pomysł najlepszym, a nasze poglądy słusznymi? Poglądy adwersarza mogą sobie być słuszne, ale gdzie im do naszych, które są słusznymi! A skoro tak, to niech ów adwersarz nie będzie przemądrzałym i uzna naszą rację.

Mieć czy być?

Mieć czy być – oto jest pytanie. Rzecz jasna wielu z nas odpowie, że oczywiście być, gdyż tak naprawdę te wszystkie otacząjące  nas rzeczy to tylko dodatki, a przecież czytamy, myślimy i nawet telewizora już się pozbyliśmy. A jednak nasza mowa nas zdradza. Bo oto nie mówimy, że jest wśród nas znamienity gość, ale że mamy wśród nas znamienitego gościa, nie mówimy, że w książce są ilustracje, ale że w książce mamy ilustracje, nie mówimy, że przed nami jest Wawel, ale że przed nami mamy Wawel… itd., itp. Więc na nic się zdadzą nasze zaprzeczenia, że posiadanie nas nie interesuje: i tak zdradzą nas nasze słowa. Wolimy mieć niż być.

Warto więc w ramach przedświątecznych porządków, kiedy zdarza się nam wyrzucić z  domu różne graty, i adwentowych postanowień, kiedy to chcemy bardziej być, z języka wyrzucić słowo „mieć”. Może wtedy uda się nam bardziej być.

Przyczyna Wcielenia

W okresie adwentu, a i w samo Boże Narodzenie, warto sobie zadać pytanie o przyczyny Wcielenia. Właściwie w teologii przeważa obecnie pogląd, że tą przyczyną nie było zepsucie natury człowieka. Bo czy tak doniosłe wydarzenie mogło zależeć od grzechu? Bóg i tak by się wcielił (ponoć właśnie dlatego szatan zbuntował się przeciw Niemu), chociaż wtedy wydarzenia wyglądałby inaczej. Teologowie wskazują, że przyczynami Wcielenia była miłość Boga do człowieka, pragnienie Boga, aby człowiek poznał jego miłość, pragnienie, by podnieść naturę człowieka na najwyższy poziom, bo Bóg po to stał się człowiekiem, żeby człowiek stał się Bogiem, jak mówili Ojcowie Kościoła, a także pragnienie objawienia siebie w słowie i czynie.

Z pewnością wszystkie te powody są ważne, a wśród nich najważniejsza jest miłość Boga do człowieka. Myślę jednak, że warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną możliwą przyczynę Wcielenia. Charakterystyczne,  że w Piśmie Świętym wielokrotnie pojawiają się wersety podobne do tych znanych z księgi Izajasza:

„Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego właściciela, Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie” (Iz 1, 3);

„Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi” (Iz 55, 8–9).

A zatem człowiek Boga nie rozumie, nie jest w stanie pojąć Jego dróg. Jak jednak może je pojąć, skoro światy osoby Boga i osoby człowieka to światy bardzo od siebie różne? Bo skoro każdy człowiek otaczającą go rzeczywistość widzi w określony sposób i często ten sposób jej widzenia jest nieprzekładalny na język innej osoby (wszak gdyby tak nie było, wystarczyłyby nam proste komunikaty jak w świecie komputerów), to o ile większa jest różnica w widzeniu rzeczywistość przez Boga i człowieka? Stąd swoiste trudności komunikacyjne w relacjach nie tylko między ludźmi (tak, nie rozumiemy siebie nawzajem), ale i w relacjach między Bogiem a człowiekiem.

Czy zatem Bóg nie „musi” doświadczyć, co prawda w swoisty sposób, ale jednak, tego nierozumienia dróg Bożych przez człowieka i dlatego się  wciela? Wszak „nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4, 15). Może więc również doświadczonego w pewnym nierozumieniu dróg Bożych? Być może o tym niezrozumieniu świadczą słowa: „I mówił: «Abba, Ojcze, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie! Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty [niech się stanie]!»” (Mk 14, 36). Jezus staje się tutaj w pewnym sensie podobny do do Hioba, który też nie potrafił pojąć zamysłu Boga. Może tak samo nie potrafił po ludzku pojąć go cierpiący sługa Jahwe, co było częścią jego kondycji człowieka?

Jednak Bóg doświadcza tego niezrozumienia świata innej osoby po to, by je przełamać. A jedynym sposobem na to przezwyciężenie jest rozmowa. Warto zwrócić uwagę na intensywność  dialogu Jezusa z Ojcem. Jezus właściwie ciągle rozmawia ze swoim Ojcem w modlitwie, a najbardziej intensywnie w Ogrodzie Oliwnym przed swoją śmiercią. Oczywiście nie dlatego, że ten świat Boga jest mu tak w pewnym sensie obcy jak nam, ale dlatego, że osoby i ludzkie, i Boskie potrzebują rozmowy.  Co więcej, można pokusić się o być może kontrowersyjną tezę, że Bożym zamiarem było ustanowienie pewnej nieprzekładalności świata jednej osoby na świat innej osoby, żeby dialog był możliwy i konieczny.  Bo gdy nie ma tego niezrozumienia, rozmowa nie jest w ogóle potrzebna – wszak komputery ze sobą nie rozmawiają.

Jedną z przyczyn Wcielenia jest więc Boże pragnienie przełamania niezrozumienia (a najpierw w pewnym stopniu Jego doświadczenia) między Bogiem a człowiekiem, przekonanie nas, że potrzebna jest rozmowa, żeby się zrozumieć, przynajmniej w możliwie największym stopniu, że ta rozmowa jest możliwa i że człowiek nie jest w sytuacji beznadziejnej, jeśli chodzi o zrozumienie dróg Bożych, że kiedyś to zrozumienie będzie miało zupełnie inny wymiar.