Archiwum kategorii: Blog

Uzdrawiająca gęba i miłość

„Zresztą gdyby ją ktoś odwiedził, to co by powiedział? Cześć, jak tam twoje umieranie?” –  pytała retorycznie Zuzanna Piechowicz, gdy mówiła o tym, że ponieważ ciężko chora dziennikarka Anna Laszuk nie życzyła sobie kontaktów, współpracownicy z radia TOK FM nigdy nie zebrali się, żeby coś zrobić, żeby się pożegnać („Newsweek„). Zapewne wielu z nas mogłoby postawić sobie te same pytania, bo raczej nie czujemy się przygotowani do takich spotkań i rozmów.

Można by się jednak spodziewać, że kto jak kto, ale Józef Tischner, filozof, profesor, ksiądz będzie miał odpowiedzi na tego rodzaju pytania. Tymczasem, jak sam przyznał w pewnej homilii, był czas, gdy bał się chodzić do chorych, bo wydawało mu się, że nie umie im nic powiedzieć. Uważał, że skoro sam nie przeżył ciężkiej choroby, to nie powinien niczego mówić. Dlatego od wizyt u chorych się wymigiwał. Jednak gdy ciężko chory, a właściwie już bliski śmierci, był jego przyjaciel Antoni Kępiński, w końcu zebrał się i poszedł do niego do kliniki. Ciągle bał się, że wyjdzie na głupiego, bo co mądrego będzie w stanie powiedzieć, skoro ze względu na swoje cierpienie Kępiński jest mądrzejszy od wszystkich.

Ale okazało się, że kiedy wszedł do Kępińskiego, nie musiał nic mówić, bo ten, zanim jeszcze Tischner zdołał cokolwiek powiedzieć, się ucieszył i powiedział: „Bo wiesz… Bo ty masz taką uzdrawiającą gębę”. I Tischner poczuł się podbudowany na duchu, bo zrozumiał, że nie musi chorym nic mówić, że wystarczy, że pokaże gębę i jakoś to będzie. Zrozumiał, że choremu potrzebne są nie słowa, ale obecność. Zresztą i rozmowa, choć rwana, jeszcze się toczyła.

Pokazała ona Tischnerowi drugą stronę medalu, dotyczącą tego, że cierpiąc, jesteśmy w jakiś sposób złączeni z cierpieniem Chrystusa. Kępiński chciał już odejść, ale co istotne, pocieszenie znajdował w scenie modlitwy Jezusa w Ogrójcu (Łk 22, 39-46), w słowach: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”,  w tym, że człowiek nie jest pierwszy na tej drodze. Tischner dostrzegł, że to, że ktoś już był na tej drodze, wskazuje, że ona dokądś prowadzi, do jakiegoś domu, co dla cierpiącego jest niezwykle ważne.

Cierpienie dosięgnęło jednak i samego Tischnera. Trzy lata zmagał się z rakiem krtani, pod koniec życia był nie do poznania. Czy w tym zmaganiu z cierpieniem pomogło mu doświadczenie ze spotkania z cierpiącym Kępińskim? Tischner zdaje się dostrzegać wtedy więcej niż tylko to, że ktoś, a tym bardziej Bóg, poprzedza człowieka na drodze cierpienia. Zdaje się mówić o tym, że Bóg towarzyszy człowiekowi na tej drodze, że człowiek jest wtedy w Bogu, nie jest sam. W książce „Miłość nas rozumie” pisał:

Do prawdy dochodzi się rozmaitymi drogami. Przyznajmy, że są takie prawdy, do których dochodzi się również poprzez męczeństwo. Jedną z takich prawd jest prawda, że cierpiąc, cierpimy z Chrystusem. Nie żyjemy dla siebie i nie umieramy dla siebie. Czy żyjemy, czy umieramy, należymy do Boga (święty Paweł). Dzięki temu odkryciu możemy mieć udział w Boskiej godności cierpienia. Niemniej nie cierpienie jest tutaj ważne. Nie ono dźwiga. Wręcz przeciwnie, cierpienie zawsze niszczy. Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość.

Człowiek może towarzyszyć cierpiącemu uzdrawiającą gębą, Bóg towarzyszy mu miłością.

Papieskie krainy śmierci

Głównym zadaniem jest strzeżenie człowieka przed krainami śmierci i zniszczenia.

W homilii papieża wygłoszonej w czasie Mszy św. inaugurującej pontyfikat (19 marca 2013 r.) moją uwagę zwrócił może rzadziej zauważany jej fragment, który jednak zdaje mi się dosyć istotny.

A kiedy człowiekowi brakuje tej odpowiedzialności [polegającej na opiece nad stworzeniem – R.M.R.], kiedy nie troszczymy się o stworzenie i o braci, wówczas jest miejsce na zniszczenie, a serce staje się nieczułe. Niestety w każdej epoce dziejów są „Herodowie”, którzy knują plany śmierci, niszczą, oszpecają oblicze mężczyzny i kobiety.

Wcześniej papież wskazał, że nie strzeżemy dzieła stworzenia wtedy, gdy nie strzeżemy Chrystusa: „Widzimy też jednak, co stanowi centrum powołania chrześcijańskiego: Chrystus! Strzeżemy Chrystusa w naszym życiu, aby strzec innych, strzec dzieło stworzenia!”. Papież wraca tu więc do podstawowej myśli ze swojej pierwszej papieskiej homilii: „jeśli nie wyznajemy Jezusa Chrystusa, to dzieje się źle. Staniemy się pozarządową organizacją pomocową, ale nie Kościołem, Oblubienicą Pana” (14 marca 2013 r.).  Można by więc dopowiedzieć, że bez wyznawania Chrystusa Kościół stanie się jedną z wielu pozarządowych organizacji ekologicznych. Ci, którzy nie są chrześcijanami (chociaż jest to też wyzwanie skierowane do chrześcijan), powinni z kolei czuwać nad swoimi uczuciami, swoim sercem, „gdyż z niego wychodzą intencje dobre i złe: te, które budują i te, które niszczą”. Zatem warunkiem strzeżenia stworzenia jest strzeżenie Chrystusa i samych siebie.

Co się dzieje, gdy tego nie robimy? Naszemu światu towarzyszą „znaki zniszczenia i śmierci”. Ale papież wskazuje tu głównie destrukcyjną działalność człowieka skierowaną przeciw człowiekowi, skoro mówi o herodach knujących plany śmierci. Chociaż więc można przewidywać wrażliwość ekologiczną papieża Franciszka, trzeba raczej zakładać, że będzie głównie się skupiał na – można powiedzieć – ekologii człowieka. Można przypuszczać, że będzie w przeważającej mierze będzie zachęcał do walki z „nieekologicznymi” krainami śmierci, piekłem na ziemi, które jedni ludzi przygotowują innym.

Tak więc głównym zadaniem chrześcijan i wszystkich ludzi dobrej woli jest strzeżenie człowieka przed krainami śmierci i zniszczenia.

Franciszek i diabeł

Franciszek wie, że w nie ma sensu budowanie zamków na piasku, zwłaszcza przesianym przez ojca kłamstwa.

Dziwna sprawa, ale chyba jak na razie nikt nie zwrócił uwagi na to – może dlatego, że bardziej zajmująca jest przeszłość papieża z okresu junty czy jego faktyczna lub rzekoma odmowa włożenia pelerynki –  że w obydwóch dotychczasowych swoich wystąpieniach wspomniał o diable. Najpierw, 14 marca 2013 r., w pierwszej papieskiej, poniekąd programowej, homilii w kontekście tego, że bez wyznawania Jezusa Chrystusa Kościół staje się pozarządową organizacją pomocową, powiedział: „Kiedy nie wyznaje się Jezusa Chrystusa, przypominają mi się słowa Léona Bloy: „Kto nie modli się do Boga, modli się do diabła”. Kiedy nie wyznajemy Jezusa Chrystusa, to wyznajmy doczesność diabła, doczesność szatana”. Dzień potem, 15 marca 2013 r., w przemówieniu do kardynałów powiedział: „Drodzy bracia, nigdy nie ulegajmy pesymizmowi i temu zgorzknieniu, jakie każdego dnia proponuje nam diabeł. Nie ulegajmy pesymizmowi i zniechęceniu: mamy mocną pewność, że Duch Święty daje Kościołowi, wraz ze swym potężnym tchnieniem, odwagę by wytrwać, a także poszukiwać nowych metod ewangelizacji, aby nieść Ewangelię aż po krańce ziemi (por. Dz 1, 8)”.

Czyżby papież Franciszek miał jakieś szczególne upodobanie do mówienia o diable? Warto zwrócić uwagę na to, na czym jego zdaniem polega to działanie szatańskie. Wygląda na to, że chodzi tu w głównej mierze o działanie przeciw Kościołowi, o zachęcenie go do rezygnacji z wyznawania Jezusa Chrystusa, zwątpienia w działanie Ducha Świętego. O wsączanie pesymizmu, że w dzisiejszym świecie taka wiara nie ma sensu, że trzeba raczej skupić się na doczesności, na świadczeniu pomocy na wzór organizacji pozarządowych i dać sobie spokój z głoszeniem Ewangelii. Zarażenie się tym pesymizmem sprawia, że zamiast Chrystusa wyznaje się doczesność, na dodatek nie doczesność przepełnioną Bogiem, ale uformowaną przez szatana. Ubóstwienie tej doczesności prowadzi do modlitwy do jej twórcy, nie zaś do Boga.

Po papieżu, który widział w swoim kraju piekło na ziemi, zło w czystej postaci, można by się spodziewać, że zwróci uwagę właśnie na ten aspekt diabelskości. A jednak wskazuje na działanie dużo bardziej subtelne, wymierzone w samo sedno wiary chrześcijańskiej i podważające samą jej istotę. To jego zdaniem jest dzisiaj najważniejsze zagrożenie, bez usunięcia którego nie za bardzo ma sens jakakolwiek działalność dobroczynna. Mówiąc więc o diable, mówi w istocie o wierze w Jezusa Chrystusa.

Nic więc dziwnego, że papież, po którym wszyscy spodziewają się, że będzie papieżem ubogich, właściwie jak dotychczas w oficjalnych wystąpieniach nie mówił na ten temat (co nie znaczy, że nie zwraca na to uwagi, bo zachęca swoich rodaków, do tego, by nie przyjeżdżali do Rzymu, a pieniądze przeznaczyli na pomoc ubogim). To papież, który wie, że w przypadku Kościoła nie ma sensu budowanie zamków na piasku, zwłaszcza gdy jest to piasek przesiany przez ojca kłamstwa.

Papież „niesoborowy”

Pierwsze wystąpienia papieża dają nadzieję, że nie pozwoli on swojej roli sprowadzić do szefa pomocowo-terapeutycznej organizacji pozarządowej, którego głównym zadaniem jest wyrzucenie złych urzędników.

Wyobrażam sobie: ósmy dzień wyborów. Wyborne: moje koleżanki i koledzy „przerobili“ już dawno Wikipedię i żeby czymś zająć antenę, zmuszeni są sięgnąć po świętego Anzelma i debatować o Tomaszu z Akwinu! Jestem pewien, że dwutygodniowe konklawe zrobiłoby dla edukacji religijnej społeczeństwa więcej niż wszystkie szkolne katechezy razem wzięte! – napisał Szymon Hołownia po wydobyciu się czarnego dymu z komina Kaplicy Sykstyńskiej.

Niestety, konklawe trwało krótko i z edukacji nic nie wyszło. Obawiam się jednak, że gdyby nawet konklawe trwało miesiąc, po Anzelma nikt by nie sięgnął. I zapewne nikt nie zadałby sobie pytania, jaki jest stosunek nowego papieża do Anzelma czy Tomasza z Akwinu. Czy jeśli chodzi o Wcielenie, to zgadza się z Tomaszem, że nie nastąpiłoby ono, gdyby nie było grzechu pierworodnego, czy raczej bliżej mu do Jana Dunsa Szkota, który sądził odwrotnie? A czy jeśli chodzi o rozumienie Trójcy Świętej, to jest on raczej po stronie tych, którzy uważają, że trzeba trzymać się terminologii wypracowanej na pierwszych soborach, czy raczej po stronie swojego współbrata Karla Rahnera, który chciał mówić o trzech „różnych sposobach subsystencji”? Czy jako ten, który widział i widzi zło, śmierć w swoim kraju i na swoim kontynencie, byłby skłonny podzielać przekonanie Hansa Ursa von Balthasara (też jezuity przez 20 lat), że można mieć nadzieję na zabawienie wszystkich?

Owszem, można powiedzieć, że nie każdy biskup musi „znać się” na tych kwestiach teologicznych, bo może skupiać się bardziej na działalności duszpasterskiej i sprawach społecznych. Słusznie jednak papież Franciszek powiedział w homilii 14 marca 2013 r. podczas Mszy św., którą po raz pierwszy odprawił jako biskup Rzymu: „jeśli nie wyznajemy Jezusa Chrystusa, to dzieje się źle. Staniemy się pozarządową organizacją pomocową, ale nie Kościołem, Oblubienicą Pana”. I dalej: „Chciałbym, aby wszyscy po tych dniach łaski mieli odwagę, właśnie odwagę, by kroczyć w obecności Bożej, z krzyżem Pana; by budować Kościół na Krwi Pana, którą przelał On na krzyżu, i wyznawali jedyną chwałę: Chrystusa Ukrzyżowanego”. Jezusa Chrystusa wyznaje się umysłem i sercem, a wydarzenia paschalne (męka, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa), o których wspomina papież, są istotą chrześcijaństwa (chociażby pytanie, czy centrum tych wydarzeń był Krzyż czy Zmartwychwstanie). Papież nie może więc nie być teologiem, tym bardziej że nieraz będzie musiał zająć stanowisko w skomplikowanych kwestiach teologicznych. Szkoda więc, że skupiamy się nie na tym, jak nowy papież wyznawał i wyznaje Jezusa Chrystusa, ale na tym, jak będzie, skoro prowadzi takie skromne życie, zarządzał Kościołem jako organizacją pomocową, albo co powie w sprawach moralnych, które co prawda są ważne, jednak wtórne w stosunku do teologicznego fundamentu wiary.

Może istotne jest również to, że Franciszek jest pierwszym papieżem od zakończenia Soboru Watykańskiego II, który w nim nie uczestniczył. Ciekawe może być więc pytanie, jak będzie on rozumiał ten sobór, czy jego spojrzenie na to najważniejsze w Kościele wydarzenie dwudziestego stulecia będzie jakoś się różniło od spojrzenia jego poprzedników. Czy będzie on w stanie odczytać i zrealizować przesłanie tego soboru, o co apelował Benedykt XVI? Niewykluczone, że jako człowiekowi niezaangażowanemu w obrady będzie łatwiej mu to zrobić. A kwestii doktrynalnych podjętych przez sobór, uznawany za duszpasterski, jest całkiem sporo, chociażby kwestia wartości zbawczej innych religii i związany z nią problem pluralistycznej teologii religii i teologii azjatyckiej (por. dyskusję na blogu Kleofas).

Pierwsze wystąpienia papieża dają nadzieję, że nie pozwoli on swojej roli sprowadzić do szefa pomocowo-terapeutycznej organizacji pozarządowej, którego głównym zadaniem jest wyrzucenie złych urzędników.

Franciszek – teologiczna niewiadoma

Wybór kard. Jorge Mario Bergoglio na papieża był dla mnie zaskoczeniem. Ale nie dlatego, że spodziewałem się wyboru któregoś z wymienianych głównych faworytów: kard. Angelo Scoli czy kard. Odilo Scherera. Po prostu wydawało mi się, że tym razem takie typowanie się nie sprawdzi i raczej będzie niespodzianka. Stawiałem jednak bardziej na np. Amerykanów, wydawało mi się również, że może to być Włoch, tyle że taki, którego nikt za bardzo się nie spodziewa.

Nowy papież jest jednak, przynajmniej dla mnie, ale jak sądzę, również i dla wielu innych, dość dużą niewiadomą. Trudność wynika przede wszystkim z tego, że nie są powszechnie znane jego poglądy teologiczne, jego duchowość, jego książki (żadna nie jest przetłumaczona na polski). Takiej trudności nie było w przypadku Benedykta XVI, z którego poglądami teologicznymi dosyć łatwo było się zapoznać. Co ciekawe, w zasadzie w żadnych informacjach nie mówi się o sylwetce duchowo-teologicznej nowego papieża, zwraca się raczej uwagę na jego poglądy z zakresu moralności i życia społecznego, które są znane bardzo dobrze. Jeśli chodzi o teologię, to wiadomo, że doktorat kończył w Niemczech we Fryburgu, czyli w miejscu urodzin i studiów Karla Rahnera, też jezuity i jednego z największych teologów XX w. Czy przejął coś z poglądów swojego wielkiego współbrata czy raczej poszedł inną drogą? Tego wszystkiego zapewne wkrótce się dowiemy, bo pewnie znajdzie się wydawnictwo, które wyda tłumaczenie np. jego ostatniej książki Mente abierta, corazón creyente (Otwarty umysł, wierzące serce). Wydaje się jednak, że to bardziej duszpasterz (co nie wyklucza myśli teologicznej) niż profesor teolog.

Bardziej znane są jego poglądy na moralność i życie społeczne. Wiadomo, że jest przeciwnikiem antykoncepcji, aborcji, eutanazji, małżeństw jednopłciowych… Niedawno w związku z „oczekiwaniami” wobec papieża, który powinien wszystko zostawić sumieniu wiernych, i pytaniami, dlaczego Kościół zakazuje tego czy tamtego, przyszedł mi do głowy pomysł, by możliwie jak najkrócej przedstawić te kwestie (trochę na zasadzie takiej: „Człowiek nie jest rzeczą, ma szczególną godność. Ponieważ nie jest rzeczą, nie wolno go zbijać”… itd.). Poglądy papieża Franciszka są bardzo dobrą okazją do tego, by możliwie najbardziej klarownie ukazać stanowisko Kościoła w sprawach moralnych, nawet jeśli sam papież w najbliższym czasie tego nie zrobi.

Nowy papież ujął wszystkich swoją skromnością. Tak się jakoś złożyło, że akurat wczoraj pisałem o setniku z Kafarnaum (Łk 7, 1-10), który mimo swojego znaczenia uważał się za zbyt małego, by do jego domu wszedł Jezus, nawet nie uznawał się za godnego, by rozmawiać z Nim osobiście. Jest tu jakaś zbieżność z papieżem, który uznaje, że zanim sam udzieli błogosławieństwa, powinien być „pobłogosławiony” przez zgromadzonych. Szczere (a mam wewnętrzne przekonanie, że tak właśnie jest) uznanie swojej „niegodności” w sytuacji, gdy obiektywnie jest inaczej, zasługuje na uznanie.

A już zupełnie na zakończenie pytanie o wrażliwość ekologiczną papieża Franciszka, której można by się spodziewać, skoro odwołuje się do św. Franciszka z Asyżu. Może mewa siedząca przed pojawieniem się białego dymu na kominie Kaplicy Sykstyńskiej, z której niektórzy żartowali, że to jakiś dziwny gołąb (w nawiązaniu do Ducha Świętego) albo że to szpieg z podsłuchem, jest jakimś symbolem tejże wrażliwości. 🙂

Papież teolog

Po rezygnacji papież być może będzie służył Kościołowi jako ten, którym jest niejako pierwotnie: jako teolog. Niewykluczone, że Bóg potrzebuje teraz Benedykta XVI w takiej właśnie roli.

Rezygnacja Benedykta XVI z urzędu, owszem, zaskoczyła mnie, ale jakoś specjalnie nie poruszyła. Fakt, jej konsekwencje dla sprawowania tego urzędu przez następców mogą być znaczące. Bardziej interesujące jest jednak dla mnie to, co teraz papież będzie robił. A jeśli założy się, że ma on jeszcze trochę sił duchowych i fizycznych, to mogą to być rzeczy zupełnie interesujące.

Kiedy w ubiegłym roku na zjeździe polskich dogmatyków zastanawiano się, czy należy kontynuować rodzący się właśnie zwyczaj zapraszania na te zjazdy gości z zagranicy, gdzieś na sali ktoś rzucił, że można by zaprosić tego, ktoś inny, że tamtego – nazwiska stawały się coraz poważniejsze. W końcu ktoś zażartował – czym wywołał śmiech – że można zaprosić Benedykta XVI i że na pewno przyjedzie. Dzisiaj ten żart nie byłby już śmieszny, bo papież, o ile zdrowie mu na to pozwoli, może jeździć, gdzie chce, w tym i na zajazdy różnych towarzystw teologicznych, a sądzę, że zaproszeń nie zabraknie. To bez wątpienia jeden z bardziej interesujących obszarów jego ewentualnej dalszej działalności.

Może jednak nie będzie chciał tym się zajmować, i to nie tylko ze względu na stan zdrowia. Wszak zapowiada powrót do swoich ukochanych książek. Mam wielką nadzieję, że będzie to nie tylko czytanie, ale i pisanie. Czy powstanie jakaś znacząca praca teologiczna? Mam nadzieję, że tak, tym bardziej że wszystko zarzuca się papieżowi, ale niewielu jest takich, którzy zarzucają mu, że jest słabym teologiem. Teraz będzie to na dodatek teolog, który będzie miał więcej czasu na to, co dla teologa jest bardzo ważne, czyli modlitwę.

Mam zatem nadzieję, że po rezygnacji papież będzie mógł służyć Kościołowi jako ten, którym jest niejako pierwotnie: jako teolog. Niewykluczone, że Bóg potrzebuje teraz Benedykta XVI w takiej właśnie roli.

Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii

Każdy jest teologiem. Nieakedemicki wstęp do teologii„Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii” (książka mojego autorstwa  wydana przez Wydawnictwo WAM), to jak sam tytuł wskazuje, książka dla każdego, bo jak stwierdził Benedykt XVI, „każdy, kto kocha Boga, jest przynaglony, by stać się w pewnym sensie teologiem”. Do tych słów nawiązuje nie tylko okładka książki, ale i jej treść.

To książka dla tych, którzy teologią zajmują się od lat – by zachęcić ich do postawienia sobie na nowo pytania: jak uprawiać teologię? Jest też dla tych, którzy zaczynają przygodę z teologią – by chcieli i potrafili uprawiać teologię, nie dla zdobywania kolejnych stopni kariery naukowej. Książka ta jest też dla tych, którzy zastanawiają się nad swoją wiarą, żyją modlitwą – by uwierzyli w to, że również oni są teologami.

Objętość książki nie jest duża (176 stron), a cena niewygórowana (niecałe 20 zł). Zachęcam więc do czytania i wyrażania swoich opinii, za które będę niezmiernie wdzięczny. Wszak teologia w ścisłym sensie to taka racjonalna ludzka rozmowa o spotkaniu z objawionym Bogiem, w której uczestniczy sam Bóg. A zatem rozmawiajmy…

Na stronie Polskiego Radia można posłuchać mojej rozmowy o książce z redaktorem Janem Pniewskim.

Zobacz, co inni sądzą o książce. Poniżej recenzje książki. Czytaj dalej →

Recenzja mojego autorstwa w „Więzi”

W najnowszym numerze „Więzi” ukazała się napisana przeze mnie recenzja książki Elżbiety Wiater „Filotea 2.1. Duchowość dla świeckich„. Fragment poniżej:

Duchowe rewolucje

Duchowość św. Franciszka Salezego to w dużej mierze duchowość dla świeckich. Był on bowiem tym, który bodaj najbardziej przyczynił się do zwrócenia uwagi na świeckich w czasach, kiedy powołanie do świętości kojarzono wyłącznie z kapłaństwem bądź zakonem, a pisma z dziedziny duchowości adresowane były do stanu duchownego. Biskup Genewy wyprowadził pobożność z klasztorów i kościołów, przedstawił ją jako dostępną dla wszystkich i podkreślił wyraźnie wielkość powołania do życia w świecie – sprzeciwiał się pomijaniu życia doczesnego w celu wywyższenia wiecznego.

W czasach Franciszka Salezego takie postawienie sprawy było czymś nowatorskim. Wprawdzie od jego śmierci minęło blisko czterysta lat, postulaty te brzmią jednak dziwnie świeżo. Również i dziś za człowieka o głębokiej duchowości prędzej uznamy członka zakonu kontemplacyjnego niż żyjącego sprawami tego świata świeckiego. Co więcej, wielu chrześcijan uważa, że nie może pragnąć życia duchowego, nie może go prowadzić, dopóki musi zajmować się pracą, dziećmi, domem…

Zdawałoby się, że dla człowieka zainteresowanego dziełem biskupa Genewy nie ma nic prostszego, jak po prostu przeczytać Filoteę, jego podstawowe dzieło o duchowości świeckich. Tylko że to stron około czterystu, a język i stylistyka nieco z innej epoki; kto chce poczuć zapach siarki i żar płomieni piekielnych, temu polecam Salezego opis piekła.

Nie musimy jednak odrzucać dzieła biskupa z Genewy, bo z pomocą przychodzi nam Elżbieta Wiater, która w swojej książce Filotea 2.1. Duchowość dla świeckich podjęła się zadania wydobycia z Filotei Franciszka Salezego tego, co najważniejsze, i przełożenia tego na język współczesności. W efekcie otrzymujemy 164 strony tekstu pełnego lekkości i dowcipu. Ta spora dawka humoru nie tylko ułatwia lekturę, ale może być przyczyną podejrzliwych spojrzeń współpasażerów, gdy Filoteę 2.1 czytać będziemy w środkach komunikacji publicznej. Weźmy choćby takie zdanko: „Najbardziej pobożne praktyki i «głębokie» przeżycia są niczym wobec codziennego zmagania się o to, żeby jednak uśmiechnąć się do męża, któremu ma się ochotę skopać pośladki, albo zająć się niemowlakiem cierpiącym z powodu kolki, chociaż najchętniej przekręciłoby się klucz w zamku i zostawiło małego «wyjca» sam na sam ze ścianą. Do osiągnięcia palmy męczeństwa nie potrzebujemy stosu, krzyża czy miecza. Czasem rodzina wystarczy”.

Hobbit. Tam i nie z powrotem

Tekst opublikowany w Magazynie Dywiz – 24 listopada 2012 r.

Bli­ska jest mi inter­pre­ta­cja rela­cji czy­tel­nika do tek­stu doko­nana przez Paula Rico­eura. Zda­niem tego filo­zofa świat tek­stu to pewna moż­li­wość bycia-w-świecie, to pewna pro­po­zy­cja włą­cze­nia wizji rze­czy­wi­sto­ści zawar­tej w tek­ście do spo­sobu egzy­sto­wa­nia czy­tel­nika. Dodam, że teo­log pro­po­nuje w swoim tek­ście nie tylko pewną wizję świata, ale i moż­li­wość bycia-w-świecie-spotkania-z-Bogiem. A skoro każdy wie­rzący jest teo­lo­giem – bo jak mówi Bene­dykt XVI, „każdy, kto kocha Boga, jest przy­na­glony, by stać się w pew­nym sen­sie teologiem” – to taka pro­po­zy­cja może się zna­leźć zarówno w kil­ku­to­mo­wym dziele teo­lo­gicz­nym z tysią­cami prze­pi­sów, jak i w powie­ści. Przy­stę­pu­jąc więc do lek­tury jakie­goś dzieła lite­rac­kiego, mogę się spo­dzie­wać, że znajdę tam nie tylko mniej lub bar­dziej inte­re­su­jącą fabułę, ale i wizję bycia w świe­cie, na któ­rego hory­zon­cie jest Bóg. Jest to bar­dzo praw­do­po­dobne zwłasz­cza w przy­padku autora wie­rzą­cego. O Joh­nie Ronal­dzie Reu­elu Tol­kie­nie wia­domo, że wiara była dla niego czymś istot­nym, bo sam przy­zna­wał, że jest gor­li­wym kato­li­kiem. Czy więc rów­nież w jego dzie­łach, na któ­rych kar­tach spo­ty­kamy tak fan­ta­styczne stwory, jak hob­bity, kra­sno­ludy, elfy, trolle czy gobliny, można odna­leźć jakieś wątki teo­lo­giczne? Czy mówią one coś o świe­cie spo­tka­nia z Bogiem? Czy takie wątki można odna­leźć na przy­kład w „Hob­bi­cie”, któ­rego ekra­ni­za­cja wła­śnie wcho­dzi do kin? Czytaj dalej →

Recenzja „Każdy jest teologiem” w magazynie „Dywiz”

W magazynie internetowym „Dywiz” pojawiła się recenzja mojej książki „Każdy jest teologiem„. Autorem recenzji jest członek redakcji magazynu Michał Buczek, a nosi ona tytuł „Lekcja samodzielności„. Dlaczego książka ma być „lekcją samodzielności”? Oddajmy głos samemu autorowi:

Robert M. Ryn­kow­ski, który sam jest dok­to­rem dogma­tyki, zapra­sza chrze­ści­jan do odro­bie­nia lek­cji samo­dziel­no­ści, którą rozu­miem jako reali­zo­waną przez teo­lo­gów we wspól­no­cie wie­rzą­cych posługę myśle­nia.

Zapraszam do lektury i recenzji, i samej książki.