Archiwa tagu: teologia

Ekologia słowa

Uprawianie ekologii słowa to dzisiaj szczególne zadanie ludzi wierzących. Bez przywrócenia światu słowa niemożliwe będzie przywrócenie mu Boga.

Hans Georg Gadamer uważa, że logo_teologiajęzyk jest jedną z największych zagadek historii ludzkości. Kiedy bowiem się pojawił? Kto pierwszy wypowiedział zdanie? Język jest wynalazkiem Boga. Można dodać, że szczególnym i cennym wynalazkiem.

Oto okazuje się bowiem, że struktury danego języka powodują, że nadaje się on do wyrażenia czegoś w sposób szczególny, że coś dzięki niemu staje się możliwe. Gadamer wskazuje, że język grecki ofiarowuje spekulatywne i filozoficzne możliwości szczególnego rodzaju. Jedna z najbardziej użytecznych właściwości języka greckiego, mianowicie stosowanie rodzaju nijakiego – neutrum, pozwala to, co jest intencjonalnym przedmiotem myśli, przedstawić jako podmiot. Neutrum wskazuje na to, co nie znajduje się ani tu, ani tam, a przecież jest wspólne wszystkim rzeczom. W greckiej poezji neutrum oznacza coś wszechobecnego, jakąś atmosferyczną obecność. Nie chodzi tu o cechę konkretnego bycia, lecz o cechę całej przestrzeni, bytu, w którym jawi się każde bycie. Druga właściwość jest to występowanie łącznika (-), stosowanie słowa „być” dla połączenia podmiotu z orzeczeniem, co tworzy strukturę zdaniową. (Hans Georg Gadamer, Początek filozofii, s. 22) Nie będzie więc nieuprawniony wniosek, że dzięki językowi greckiemu możliwe były narodziny filozofii.

Zasadne wydaje się również przekonanie, że dzięki językowi hebrajskiemu możliwe było powstanie judeochrześcijańskiego rozumienia Boga. To, że w hebrajskim najważniejszy jest czasownik, a prawie wszystkie rzeczowniki pochodzą od czasowników, zapewne miało znaczenie dla tego, jak Izraelici pojmowali Boga. Dla nich był to Bóg objawiający się w historii i czynach, nie zaś abstrakcyjny Absolut. To Bóg żywy, działający, przejawiający się w czynach.

Język jest więc jednym z największych bogactw człowieka, bo jak mówi Abraham J.  Heschel, nigdzie indziej moc ducha nie objawia się tak  otwarcie, bezpośrednio i jawnie, i nigdzie indziej nie jest ona obecna w sposób tak bardzo dotykalny jak w słowach. Język powinien być więc przedmiotem naszej szczególnej dbałości i refleksji. A jednak jest zupełnie inaczej. Kto z nas nie jest skłonny przyznać racji A.J. Heschlowi?

Cóż większość z nas wie o istocie słów? Oddzielone od gleby duszy, nasze słowa nie wzrastają w nas jako owoce wglądu, ale znajduje się je jako zwiędłe frazesy, jakieś odpady na podwórku inteligencji. Dla człowieka naszej epoki nic nie jest tak swojskie i nic tak banalne jak słowa. Są najtańsze, najbardziej nadużywane i najmniej poważane ze wszystkiego. Często bywają przedmiotem zbezczeszczenia. Wszyscy w nich  żyjemy, w nich czujemy i w nich myślimy, ale skoro nie wspieramy ich godności i  niezależności, nie szanujemy ich mocy i znaczenia, stają się zbłąkaną i ulotną odrobiną prochu. Słowa przestały zobowiązywać. Nasza wrażliwość na ich moc nieustannie maleje. A gorzki jest los tych, którzy zupełnie zatracili wyczucie wagi słów, bo słowa nadużyte mszczą się na tym, kto się nadużycia dopuścił. (Człowiek szukający Boga)

Tę gorzką refleksję żydowski myśliciel zapisał kilkadziesiąt lat temu. Co napisałby dzisiaj, gdy słowa stały się nic nie znaczącym szumem? Rzeczywiście gorzki jest nasz los, bo jak takimi słowami mówić do Boga i o Bogu? Może ateizm i niewiara mają swoje źródło w tym, że nie czujemy wagi słów, nie potrafimy mówić o Bogu.

Strzeżenie słowa, uprawianie ekologii słowa to dzisiaj szczególne zadanie ludzi wierzących. Bez przywrócenia światu słowa niemożliwe będzie przywrócenie mu Boga. Droga do tego wiedzie przez osadzenie słów „glebie duszy”. To również szczególne zadanie teologii i teologów, jeśli chcą mówić o Bogu.

Czy każdy może być teologiem?

Kiedy napotykano na jakiś problem, od razu pojawiał się tłum ludzi, dzielących się opiniami, argumentami, cytatami. […] Żołądki były puste, domy ogołocone, ale umysły przepełnione były bogactwem Tory.

W książce Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii przekonuję, że każdy, kto kocha Boga, każdy, kto się modli, w pewnym sensie jest już teologiem. A jeśli tak rozumie się teologię i tak rozumie się pojęcie teologa (w książce definiuję ją jako taką racjonalną rozmowę o objawionym Bogu, w której uczestniczy sam Bóg), to trzeba uznać, że teologiem jest nie tylko ten, kto wykłada na uczelni, kto zdobył tytuł naukowy z teologii, ale że jest nim na przykład zwykły ksiądz, katecheta, ostatecznie zaś każdy wierzący. Nie jest to zresztą nic nadzwyczajnego, bo  doktorem Kościoła jest np. Katarzyna ze Sieny, która właściwie nigdy profesjonalnie nie zajmowała się teologią.

Ks. prof. Dariusz Kowalczyk, chociaż niezbyt skłonny do tego, by za pierwsze teolożki uznać sprzeczające się w V w., w czasie burzliwych synodów i soborów chrystologiczno-trynitarnych, o naturę Jezusa przekupki na targach, stwierdza jednocześnie:

Z drugiej strony cieszyłbym się, gdyby teolodzy potrafili trafić ze swą teologią „pod strzechy” i wzbudzić dyskusje teologiczne wśród tzw. zwyczajnych ludzi.

Czy jednak „zbłądzenie” teologii pod strzechy (dzisiaj tym strzechami może być internet) jest w ogóle możliwe? Czy możliwe jest, żebyśmy u cioci na imieninach zamiast o życiu celebrytów rozmawiali o unii hipostatycznej? Tak, to prawda, często wydaje się to niemożliwe, zwłaszcza gdy widzi się zainteresowanie tematami wiary (jeśli nie dotyczą one kwestii moralnych) i poziom dyskusji o nich. Pewną nadzieję, że nie są to tylko puste mrzenia, by każdy wierzący był teologiem, daje dokonany przez Abrahama J. Heschela opis zaangażowania w rozważanie kwestii religijnych Żydów żyjących na ziemiach polskich:

Ponieważ ideały aszkenazyjskich Żydów podzielane były przez wszystkich, relacje pomiędzy różnymi częściami społeczności – między uczonym a ignorantem, studentem jeszywy [wyższa szkoła nauk talmudycznych] a kupcem – miały zażyły organiczny charakter. Przyziemność wieśniaków, serdeczność zwykłych ludzi i duchowa prostota magidów (niezawodowych kaznodziejów) przenikały do bet hamidraszu – domu modlitwy, który był także domem studiów i nauczania. Robotnicy, chłopi, tragarze, rzemieślnicy, sklepikarze – wszyscy byli partnerami w Torze. Magidzi – termin ten prawdopodobnie powstał w Europie Wschodniej – do nikogo nie zwracali się o dyplomy. Czuli się upoważnieni przez Boga, aby być kaznodziejami moralności. (Abraham J. Heschel, „Pańska jest ziemia”, s. 43n)

Biedni Żydzi, których dzieci znały tylko smak „ziemniaków w niedzielę, ziemniaków w poniedziałek, ziemniaków we wtorek” zasiadali tam jak intelektualni magnaci. Posiadali oni całe skarby myśli, bogactwo wiadomości, idei i powiedzeń wielu stuleci. Kiedy napotykano na jakiś problem, od razu pojawiał się tłum ludzi, dzielących się opiniami, argumentami, cytatami. Ktoś stawiał pytanie na temat spornego fragmentu z dzieła Majmonidesa – i wielu rywalizowało ze sobą w próbach wyjaśnienia go, prześcigając się nawzajem w subtelności dialektycznych rozróżnień lub w cytowaniu nieoczywistych źródeł. Żołądki były puste, domy ogołocone, ale umysły przepełnione były bogactwem Tory. (Abraham J. Heschel, Pańska jest ziemia, s. 51n)

Skoro było to możliwe w polskich Żydów, dlaczego miałoby nie być możliwe u polskich chrześcijan?

Operacja „Objawienie”

Woźniak proponuje uczynienie teologii nauką o objawieniu, ale rozumianym jako fakt, czyn i zbawcze wydarzenie. Objawienie może bowiem ufundować właściwie jakąkolwiek ludzką wiedzę o Bogu tylko wtedy, kiedy samo jest przyczyną transformacji ludzkiej podmiotowości bez naruszenia jej sobości

Usłyszałem kiedyś, że Robert Józef Woźniak jest jak radziecka katiusza: ostrzeliwuje duży teren, ale z celnością nie jest u niego najlepiej. W przypadku Różnicy i tajemnicy (ale i innych jego prac) prawdą jest pierwsza część tej opinii. I to nie tylko dlatego, że krakowski teolog prowadzi czytelnika niczym wytrawny przewodnik przez Pismo Święte, myśl Ojców Kościoła, teologów i filozofów, począwszy od średniowiecznych, a skończywszy na współczesnych. Swoją refleksją, w sposób zamierzony, obejmuje on również – co we współczesnej teologii właściwie się nie zdarza – wiele obszarów teologicznych, które tradycyjnie dzieli się na traktaty: charytologię, soteriologię, trynitologię… Przy tym jest to precyzyjnie zaplanowana operacja, w której Woźniak osiąga wyznaczone cele: po pierwsze, odzyskanie dla teologii kluczowych pojęć teologicznych zaanektowanych i zniekształconych przez nowożytne myślenie; po drugie, wyznaczenie strategii, dzięki której teologia stanie się na powrót zdolna do zdawania sprawy z chrześcijańskiej nadziei, a przez to obecności w dyskursie publicznym.

Objawienie tajemnicy

Realizację pierwszego zadania autor rozpoczyna od pojęcia tajemnicy. Pokazuje, że rozumienie teologiczne ma niewiele wspólnego z dzisiejszym potocznym jej pojmowaniem, zgodnie z którym tajemnica jest czymś, co samo w sobie nie stawia żadnych barier ludzkiemu poznaniu. Jej odsłonięcie to tylko kwestia czasu. W teologii tajemnica oznacza Boga w Jego bliskości i jednocześnie oddaleniu, historycznej immanencji i istotowej transcendencji, Boga, który pozostając zaangażowany w dzieje świata, nie jest im w żaden sposób podporządkowany. Jest ona synonimem zbliżenia się Boga do świata bez utraty wszystko przekraczającej wspaniałości. Tajemnica związana jest z osobą Jezusa, w którym dokonuje się nieodwołalne zapoczątkowanie Królestwa Bożego w świecie, to odsłonięcie powszechnej woli zbawczej Boga. Tajemnica to Chrystus jako zbawcze wydarzenie objawienia się Boga w świecie, to zbawcze i rzeczywiste przyjście Boga do ludzkiego świata, odsłonięcie się Boga w Chrystusie. Tajemnica jest stałą, nieusuwalną bliskością inności Boga w świecie.

Powyższy tekst to fragment opublikowanej w kwietniowym „Znaku” mojej recenzji książki Roberta J. Woźniaka Różnica i tajemnica. Objawienie jako teologiczne źródło ludzkiej sobości, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2012.

Papież „niesoborowy”

Pierwsze wystąpienia papieża dają nadzieję, że nie pozwoli on swojej roli sprowadzić do szefa pomocowo-terapeutycznej organizacji pozarządowej, którego głównym zadaniem jest wyrzucenie złych urzędników.

Wyobrażam sobie: ósmy dzień wyborów. Wyborne: moje koleżanki i koledzy „przerobili“ już dawno Wikipedię i żeby czymś zająć antenę, zmuszeni są sięgnąć po świętego Anzelma i debatować o Tomaszu z Akwinu! Jestem pewien, że dwutygodniowe konklawe zrobiłoby dla edukacji religijnej społeczeństwa więcej niż wszystkie szkolne katechezy razem wzięte! – napisał Szymon Hołownia po wydobyciu się czarnego dymu z komina Kaplicy Sykstyńskiej.

Niestety, konklawe trwało krótko i z edukacji nic nie wyszło. Obawiam się jednak, że gdyby nawet konklawe trwało miesiąc, po Anzelma nikt by nie sięgnął. I zapewne nikt nie zadałby sobie pytania, jaki jest stosunek nowego papieża do Anzelma czy Tomasza z Akwinu. Czy jeśli chodzi o Wcielenie, to zgadza się z Tomaszem, że nie nastąpiłoby ono, gdyby nie było grzechu pierworodnego, czy raczej bliżej mu do Jana Dunsa Szkota, który sądził odwrotnie? A czy jeśli chodzi o rozumienie Trójcy Świętej, to jest on raczej po stronie tych, którzy uważają, że trzeba trzymać się terminologii wypracowanej na pierwszych soborach, czy raczej po stronie swojego współbrata Karla Rahnera, który chciał mówić o trzech „różnych sposobach subsystencji”? Czy jako ten, który widział i widzi zło, śmierć w swoim kraju i na swoim kontynencie, byłby skłonny podzielać przekonanie Hansa Ursa von Balthasara (też jezuity przez 20 lat), że można mieć nadzieję na zabawienie wszystkich?

Owszem, można powiedzieć, że nie każdy biskup musi „znać się” na tych kwestiach teologicznych, bo może skupiać się bardziej na działalności duszpasterskiej i sprawach społecznych. Słusznie jednak papież Franciszek powiedział w homilii 14 marca 2013 r. podczas Mszy św., którą po raz pierwszy odprawił jako biskup Rzymu: „jeśli nie wyznajemy Jezusa Chrystusa, to dzieje się źle. Staniemy się pozarządową organizacją pomocową, ale nie Kościołem, Oblubienicą Pana”. I dalej: „Chciałbym, aby wszyscy po tych dniach łaski mieli odwagę, właśnie odwagę, by kroczyć w obecności Bożej, z krzyżem Pana; by budować Kościół na Krwi Pana, którą przelał On na krzyżu, i wyznawali jedyną chwałę: Chrystusa Ukrzyżowanego”. Jezusa Chrystusa wyznaje się umysłem i sercem, a wydarzenia paschalne (męka, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa), o których wspomina papież, są istotą chrześcijaństwa (chociażby pytanie, czy centrum tych wydarzeń był Krzyż czy Zmartwychwstanie). Papież nie może więc nie być teologiem, tym bardziej że nieraz będzie musiał zająć stanowisko w skomplikowanych kwestiach teologicznych. Szkoda więc, że skupiamy się nie na tym, jak nowy papież wyznawał i wyznaje Jezusa Chrystusa, ale na tym, jak będzie, skoro prowadzi takie skromne życie, zarządzał Kościołem jako organizacją pomocową, albo co powie w sprawach moralnych, które co prawda są ważne, jednak wtórne w stosunku do teologicznego fundamentu wiary.

Może istotne jest również to, że Franciszek jest pierwszym papieżem od zakończenia Soboru Watykańskiego II, który w nim nie uczestniczył. Ciekawe może być więc pytanie, jak będzie on rozumiał ten sobór, czy jego spojrzenie na to najważniejsze w Kościele wydarzenie dwudziestego stulecia będzie jakoś się różniło od spojrzenia jego poprzedników. Czy będzie on w stanie odczytać i zrealizować przesłanie tego soboru, o co apelował Benedykt XVI? Niewykluczone, że jako człowiekowi niezaangażowanemu w obrady będzie łatwiej mu to zrobić. A kwestii doktrynalnych podjętych przez sobór, uznawany za duszpasterski, jest całkiem sporo, chociażby kwestia wartości zbawczej innych religii i związany z nią problem pluralistycznej teologii religii i teologii azjatyckiej (por. dyskusję na blogu Kleofas).

Pierwsze wystąpienia papieża dają nadzieję, że nie pozwoli on swojej roli sprowadzić do szefa pomocowo-terapeutycznej organizacji pozarządowej, którego głównym zadaniem jest wyrzucenie złych urzędników.

Franciszek – teologiczna niewiadoma

Wybór kard. Jorge Mario Bergoglio na papieża był dla mnie zaskoczeniem. Ale nie dlatego, że spodziewałem się wyboru któregoś z wymienianych głównych faworytów: kard. Angelo Scoli czy kard. Odilo Scherera. Po prostu wydawało mi się, że tym razem takie typowanie się nie sprawdzi i raczej będzie niespodzianka. Stawiałem jednak bardziej na np. Amerykanów, wydawało mi się również, że może to być Włoch, tyle że taki, którego nikt za bardzo się nie spodziewa.

Nowy papież jest jednak, przynajmniej dla mnie, ale jak sądzę, również i dla wielu innych, dość dużą niewiadomą. Trudność wynika przede wszystkim z tego, że nie są powszechnie znane jego poglądy teologiczne, jego duchowość, jego książki (żadna nie jest przetłumaczona na polski). Takiej trudności nie było w przypadku Benedykta XVI, z którego poglądami teologicznymi dosyć łatwo było się zapoznać. Co ciekawe, w zasadzie w żadnych informacjach nie mówi się o sylwetce duchowo-teologicznej nowego papieża, zwraca się raczej uwagę na jego poglądy z zakresu moralności i życia społecznego, które są znane bardzo dobrze. Jeśli chodzi o teologię, to wiadomo, że doktorat kończył w Niemczech we Fryburgu, czyli w miejscu urodzin i studiów Karla Rahnera, też jezuity i jednego z największych teologów XX w. Czy przejął coś z poglądów swojego wielkiego współbrata czy raczej poszedł inną drogą? Tego wszystkiego zapewne wkrótce się dowiemy, bo pewnie znajdzie się wydawnictwo, które wyda tłumaczenie np. jego ostatniej książki Mente abierta, corazón creyente (Otwarty umysł, wierzące serce). Wydaje się jednak, że to bardziej duszpasterz (co nie wyklucza myśli teologicznej) niż profesor teolog.

Bardziej znane są jego poglądy na moralność i życie społeczne. Wiadomo, że jest przeciwnikiem antykoncepcji, aborcji, eutanazji, małżeństw jednopłciowych… Niedawno w związku z „oczekiwaniami” wobec papieża, który powinien wszystko zostawić sumieniu wiernych, i pytaniami, dlaczego Kościół zakazuje tego czy tamtego, przyszedł mi do głowy pomysł, by możliwie jak najkrócej przedstawić te kwestie (trochę na zasadzie takiej: „Człowiek nie jest rzeczą, ma szczególną godność. Ponieważ nie jest rzeczą, nie wolno go zbijać”… itd.). Poglądy papieża Franciszka są bardzo dobrą okazją do tego, by możliwie najbardziej klarownie ukazać stanowisko Kościoła w sprawach moralnych, nawet jeśli sam papież w najbliższym czasie tego nie zrobi.

Nowy papież ujął wszystkich swoją skromnością. Tak się jakoś złożyło, że akurat wczoraj pisałem o setniku z Kafarnaum (Łk 7, 1-10), który mimo swojego znaczenia uważał się za zbyt małego, by do jego domu wszedł Jezus, nawet nie uznawał się za godnego, by rozmawiać z Nim osobiście. Jest tu jakaś zbieżność z papieżem, który uznaje, że zanim sam udzieli błogosławieństwa, powinien być „pobłogosławiony” przez zgromadzonych. Szczere (a mam wewnętrzne przekonanie, że tak właśnie jest) uznanie swojej „niegodności” w sytuacji, gdy obiektywnie jest inaczej, zasługuje na uznanie.

A już zupełnie na zakończenie pytanie o wrażliwość ekologiczną papieża Franciszka, której można by się spodziewać, skoro odwołuje się do św. Franciszka z Asyżu. Może mewa siedząca przed pojawieniem się białego dymu na kominie Kaplicy Sykstyńskiej, z której niektórzy żartowali, że to jakiś dziwny gołąb (w nawiązaniu do Ducha Świętego) albo że to szpieg z podsłuchem, jest jakimś symbolem tejże wrażliwości. 🙂

Papież teolog

Po rezygnacji papież być może będzie służył Kościołowi jako ten, którym jest niejako pierwotnie: jako teolog. Niewykluczone, że Bóg potrzebuje teraz Benedykta XVI w takiej właśnie roli.

Rezygnacja Benedykta XVI z urzędu, owszem, zaskoczyła mnie, ale jakoś specjalnie nie poruszyła. Fakt, jej konsekwencje dla sprawowania tego urzędu przez następców mogą być znaczące. Bardziej interesujące jest jednak dla mnie to, co teraz papież będzie robił. A jeśli założy się, że ma on jeszcze trochę sił duchowych i fizycznych, to mogą to być rzeczy zupełnie interesujące.

Kiedy w ubiegłym roku na zjeździe polskich dogmatyków zastanawiano się, czy należy kontynuować rodzący się właśnie zwyczaj zapraszania na te zjazdy gości z zagranicy, gdzieś na sali ktoś rzucił, że można by zaprosić tego, ktoś inny, że tamtego – nazwiska stawały się coraz poważniejsze. W końcu ktoś zażartował – czym wywołał śmiech – że można zaprosić Benedykta XVI i że na pewno przyjedzie. Dzisiaj ten żart nie byłby już śmieszny, bo papież, o ile zdrowie mu na to pozwoli, może jeździć, gdzie chce, w tym i na zajazdy różnych towarzystw teologicznych, a sądzę, że zaproszeń nie zabraknie. To bez wątpienia jeden z bardziej interesujących obszarów jego ewentualnej dalszej działalności.

Może jednak nie będzie chciał tym się zajmować, i to nie tylko ze względu na stan zdrowia. Wszak zapowiada powrót do swoich ukochanych książek. Mam wielką nadzieję, że będzie to nie tylko czytanie, ale i pisanie. Czy powstanie jakaś znacząca praca teologiczna? Mam nadzieję, że tak, tym bardziej że wszystko zarzuca się papieżowi, ale niewielu jest takich, którzy zarzucają mu, że jest słabym teologiem. Teraz będzie to na dodatek teolog, który będzie miał więcej czasu na to, co dla teologa jest bardzo ważne, czyli modlitwę.

Mam zatem nadzieję, że po rezygnacji papież będzie mógł służyć Kościołowi jako ten, którym jest niejako pierwotnie: jako teolog. Niewykluczone, że Bóg potrzebuje teraz Benedykta XVI w takiej właśnie roli.

Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii

Każdy jest teologiem. Nieakedemicki wstęp do teologiiKażdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii” (książka mojego autorstwa  wydana przez Wydawnictwo WAM), to jak sam tytuł wskazuje, książka dla każdego, bo jak stwierdził Benedykt XVI, „każdy, kto kocha Boga, jest przynaglony, by stać się w pewnym sensie teologiem”. Do tych słów nawiązuje nie tylko okładka książki, ale i jej treść.

To książka dla tych, którzy teologią zajmują się od lat – by zachęcić ich do postawienia sobie na nowo pytania: jak uprawiać teologię? Jest też dla tych, którzy zaczynają przygodę z teologią – by chcieli i potrafili uprawiać teologię, nie dla zdobywania kolejnych stopni kariery naukowej. Książka ta jest też dla tych, którzy zastanawiają się nad swoją wiarą, żyją modlitwą – by uwierzyli w to, że również oni są teologami.

Objętość książki nie jest duża (176 stron), a cena niewygórowana (niecałe 20 zł). Zachęcam więc do czytania i wyrażania swoich opinii, za które będę niezmiernie wdzięczny. Wszak teologia w ścisłym sensie to taka racjonalna ludzka rozmowa o spotkaniu z objawionym Bogiem, w której uczestniczy sam Bóg. A zatem rozmawiajmy…

Na stronie Polskiego Radia można posłuchać mojej rozmowy o książce z redaktorem Janem Pniewskim.

Zobacz, co inni sądzą o książce. Poniżej recenzje książki. Czytaj dalej

Hobbit. Tam i nie z powrotem

Tekst opublikowany w Magazynie Dywiz24 listopada 2012 r.

Bli­ska jest mi inter­pre­ta­cja rela­cji czy­tel­nika do tek­stu doko­nana przez Paula Rico­eura. Zda­niem tego filo­zofa świat tek­stu to pewna moż­li­wość bycia-w-świecie, to pewna pro­po­zy­cja włą­cze­nia wizji rze­czy­wi­sto­ści zawar­tej w tek­ście do spo­sobu egzy­sto­wa­nia czy­tel­nika. Dodam, że teo­log pro­po­nuje w swoim tek­ście nie tylko pewną wizję świata, ale i moż­li­wość bycia-w-świecie-spotkania-z-Bogiem. A skoro każdy wie­rzący jest teo­lo­giem – bo jak mówi Bene­dykt XVI, „każdy, kto kocha Boga, jest przy­na­glony, by stać się w pew­nym sen­sie teologiem” – to taka pro­po­zy­cja może się zna­leźć zarówno w kil­ku­to­mo­wym dziele teo­lo­gicz­nym z tysią­cami prze­pi­sów, jak i w powie­ści. Przy­stę­pu­jąc więc do lek­tury jakie­goś dzieła lite­rac­kiego, mogę się spo­dzie­wać, że znajdę tam nie tylko mniej lub bar­dziej inte­re­su­jącą fabułę, ale i wizję bycia w świe­cie, na któ­rego hory­zon­cie jest Bóg. Jest to bar­dzo praw­do­po­dobne zwłasz­cza w przy­padku autora wie­rzą­cego. O Joh­nie Ronal­dzie Reu­elu Tol­kie­nie wia­domo, że wiara była dla niego czymś istot­nym, bo sam przy­zna­wał, że jest gor­li­wym kato­li­kiem. Czy więc rów­nież w jego dzie­łach, na któ­rych kar­tach spo­ty­kamy tak fan­ta­styczne stwory, jak hob­bity, kra­sno­ludy, elfy, trolle czy gobliny, można odna­leźć jakieś wątki teo­lo­giczne? Czy mówią one coś o świe­cie spo­tka­nia z Bogiem? Czy takie wątki można odna­leźć na przy­kład w „Hob­bi­cie”, któ­rego ekra­ni­za­cja wła­śnie wcho­dzi do kin? Czytaj dalej

Zbuntowana teologia?

Kongregacja Nauki Wiary ma poważny problem z Konferencją Przełożonych Zakonów Żeńskich w Stanach Zjednoczonych (LCWR) i amerykańskimi teologami. W przypadku sióstr chodzi o błędy doktrynalne LCWR, nieposłuszeństwo wobec biskupów oraz uleganie zsekularyzowanej kulturze współczesnej, radykalny feminizm, który może prowadzić do podważenia objawionego charakteru doktryn o Trójcy Świętej, boskości Chrystusa i natchnienia Pisma Świętego, milczenie o tak ważnych kwestiach jak prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci oraz niepromowanie nauczania Kościoła o ludzkiej seksualności, szczególnie o homoseksualizmie. Takie mniej więcej zarzuty KNW postawiła 18 kwietnia w doktrynalnej ocenie działań LCWR. Siostry odpowiedziały 1 czerwca po trzydniowych obradach. Stwierdziły, że watykańska krytyka ich działalności „opiera się na bezpodstawnych oskarżeniach i jest wynikiem wadliwego procesu, któremu brak przejrzystości” (za: „Tygodnik Powszechny”). Z kolei 8 czerwca Katolickie Towarzystwo Teologiczne Ameryki stanęło w obronie s. Margaret Farley, upomnianej 4 czerwca przez KNW za wypaczenia teologiczne zawarte w książce Sprawiedliwa miłość. Zarys chrześcijańskiej etyki seksualnej (chodzi o głoszenie poglądów sprzecznych z nauczaniem Kościoła w sprawach etyki seksualnej, głównie masturbacji, homoseksualizmu, nierozerwalności małżeństwa). Prezydent KTTA, John Thiel, stwierdził, że „notyfikacja [KNW] zdaje się postrzegać rolę prawdziwych katolickich teologów jako tych, którzy mają po prostu powtarzać to, czego uczy Magisterium” (za: Deon.pl). Napięcie w relacjach między amerykańskimi siostrami i teologami a Watykanem narasta i nic nie wskazuje na to, by szybko miało się to zmienić. Obie strony wykazują jednak gotowość do rozmów. Kardynał William Levada, prefekt KNW, uważa, że powstały rozdźwięk może zostać usunięty, choć z drugiej strony stwierdza, że czteroletnie rozmowy z LCWR przypominają dialog z głuchym, gdyż przedstawicielki LCRW podejmują decyzje wskazujące na to, iż nie biorą one sobie do serca uwag KNW. Z kolei siostry wybierają się do Watykanu, by rozmawiać o fałszywej prezentacji LCRW w kwietniowym dokumencie KNW. Czytaj dalej

Co w polskiej teologii?

Niełatwo być prorokiem, zwłaszcza we własnym kraju, w którym coś, co wydawało się prawdziwe i oczywiste jeszcze rok temu, dzisiaj już takie oczywiste nie jest. Zwłaszcza gdy rzecz dotyczy futbolu i teologii… czy może raczej tego pierwszego. Bo weź tu twórz porównania, jak piłkarze robią ci dowcip i zaczynają strzelać bramki już od pierwszego meczu. No, co prawda nie od razu zwyciężają, co prawda tych bramek niezbyt wiele, ale i tak jest postęp, bo mecze ogląda się z większą przyjemnością niż kiedyś, a mecz o wszystko to nie drugi, ale trzeci mecz w turnieju. A co do tego ma teologia? Czytaj dalej